Forum portalu turystyka-gorska.pl

Wszystko o górach
relacje na mapie
Regulamin forum


Teraz jest Pn lis 19, 2018 5:12 pm

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 18 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: Wt wrz 11, 2018 12:26 pm 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
W tym miejscu przez 263 dni planowałam dać dramatyczny opis bicia przeze mnie rekordu wysokości przy pomocy Aneto, ale gdy zostało tylko 3 tygodnie do godziny W, prowiant już skompletowany, bilet w jedną stronę w garści, brutalny sposób zostałam wypisana z imprezy. I co teraz? Tatry na razie wykluczone, bo to dopiero sierpień i jestem skutecznie wyleczona z ich wizytacji w sezonie wakacyjnym. Dostałam co prawda ofertę awaryjną w zbliżonym terminie, ale nie miałam przekonania, czy chcę znowu się szlajać po deszczowych Alpach i na dodatek nie sięgać powyżej przełęczy. Nie wpadła mi jednak w ręce żadna alternatywa i rada, a bardziej nie rada obrałam kierunek Park Narodowy Gran Paradiso. Im bliżej wyjazdu, tym coraz gorsze zamieszano prognozy pogody i tym częściej narastał mój sceptycyzm. Na dobicie – pociąg ode mnie do Wawy ruszał o 13.13, IC do Katowic złapał 90-minutowe opóźnienie, nie zdążyłam wciągnąć planowanych klusek śląskich w stolicy Śląska i jak tu nie wierzyć złym przeczuciom, skoro tyle na raz się sprzysięga przeciwko.
Na miejscu okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny, a najgorszym wspomnieniem będzie 25-godzinna podróż licząc od wyjścia z domu. Pierwsza baza noclegowa została wyznaczona w miejscowości Kuronie (znanej też jako Cuorgne) w Piemoncie, w hoteliku mającym czasy świetności gdzieś w okolicy Jana XXIII, ale miał klimę, balkony z widokiem, a codzienne rano pani Muzina serwowała prawdziwe włoskie cappuccinko 
Cuorgne to nieduże podupadające miasteczko , straszące licznymi pustostanami, chociaż wąskie uliczki nawet w takich warunkach mają swój niepowtarzalny śródziemnomorski klimat. Rankiem z okna też było co podziwiać.
Obrazek

Dzień pierwszy – króliki doświadczalne

Ceresole Reale – Lago Lillet – Colle Della Porta (3005m n.p.m.)– Ceresole Reale

22 km, 1600 m przewyższenia,10 godzin na nogach

Początek powinien być taki – wypoczęci i głodni przygód zrywamy się skoro świt i ogrzewani pierwszymi promieniami słońca ruszmy w trasę. Nic z tego – Włosi otworzyli stołówkę dopiero o ósmej i zanim nasza cała 36 osobowa ekipa opustoszyła bufet minęła godzina i dopiero ok.10-tej stanęliśmy przed szlakowskazem, nieco powyżej kolejnej piemonckiej metropolii Ceresole Reale (ok.150 mieszkańców). Na dzień dobry falstart – przewodnik w sobie tylko wiadomy sposób wprowadził nas w krzaki (tak się kończy używanie gpsa zamiast oczu).
Po powrocie na właściwe tory telepaliśmy się czas jakiś lasem, ale że drzewostan nie był jakiś szczególnie bujny, co jakiś czas stawaliśmy na punktach widokowych, podziwiając przeciwległe zbocza doliny Orco. Na tym etapie jeszcze byle co cieszyło oczy
Obrazek

Po drodze minęliśmy co najmniej 2 wodospady
Obrazek

oraz filię Matki Boskiej Granparadiskiej
Obrazek

W miarę nabierania wysokości robiło się coraz ładniej, zimniej i niestety pochmurniej. Region słynie z tego, że prawie codziennie w okolicach 15-tej regularnie chmury wypróżniają się na turystów.
Obrazek

Ze 4 godziny zajęło nam dotarcie do pierwszego celu – niewielkiego polodowcowego jeziora Lillet, w połowie skutego lodem, co jak na tę wysokość i końcówkę lata jest dość nietypowe, ale muszę przyznać, że było tam dość zimno i kiedy przylazły chmury trzeba było wrzucić ciepłe ubranie i wspomóc się rękawiczkami . Tak się prezentowało jezioro oraz zejście w jego kierunku:
Obrazek

Obrazek

Duża grupa ochotników podjęła się kolejnego wyzwania – spaceru na Colle della Porta. Dla piszącej te słowa miał to być zarazem rekord wysokości ustanowiony przy pomocy nóg, więc oczywiście dopisałam się do listy. Podejście po wysokich kamieniach urozmaiciło monotonne człapanie alpejskimi zakosami. Łapiąc oddech można było pogapić się na fragment Lago Ceresole, które wije się w dolinie przez 3,2km.
Obrazek

Obrazek

Dół jeszcze skąpany w słońcu, my zaś powoli zaczęliśmy zanurzać się w chmury, które postanowiły nas całą rodziną przywitać na przełęczy, fundując lany poniedziałek w sobotę.
Obrazek

W tym miejscu nastąpiło czary mary - normalnie przekraczając przełęcz przechodzi się do innej doliny, a my zaś nie cofając się zawinęliśmy niewidzialnego rogala i zaczęliśmy zejście z powrotem do doliny Orco. Jak napisałam wcześniej, panuje tu specyficzny zimny mikroklimat, toteż zaskoczeniem nie okazały się 3 śniegowe płachty niestopniałego od zimy śniegu
Obrazek

Chmury tymczasem się przetoczyły i odsłoniły przecudny widok na zieloną dolinę, rozpoczynawszy zarazem wodną część naszej epopei, serwując niezliczoną ilość potoków, kaskad i oczek wodnych.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

W międzyczasie okazało się, że nikt z organizatorów nie szedł tą trasą, a trudności i czas przejścia zostały wyliczone zza biurka, zatem należało się spodziewać niespodziewanek. Pierwsza przyszła niebawem, gdy drogę zagrodził potok, na pierwszy rzut oka nie do przejścia suchą nogą. Część luda zdecydowała się zdjąć buty, inni poszli szukać płycizn, ja uznałam, że jak szybko przebiegnę, to woda nie zdąży wlać mi się do środka. Zdążyła  Przy drugim potoku, już głębszym, byłam mądrzejsza o jedno doświadczenie życiowe i grzecznie zanurzyłam bose stopy w lodowatej wodzie. Ale za to potem jak było w nie ciepło :P Za trzecim razem, kiedy woda sięgnęła mi do pół uda mocząc za wąskie u dołu spodnie, by je wystarczająco wysoko podwinąć, zrobiło mi się wyjątkowo wesoło. Poniżej migawki z przeprawy i fragment wodnej pułapki widziany z góry:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Droga tymczasem biegła i biegła i biegła i nie miała końca, zwłaszcza że ni w cholerę się nie opuszczaliśmy się na dno doliny, tylko suneliśmy naprzód po kolejnych chopkach góra-dół-gór-dół. Lud skandował: Gdzie jest zejście? Gdzie jest zejście? Ale tego nie wie naprawdę nikt :evil: Jednemu facetowi, „którego imię niech będzie zapomniane”, że zacytuję Pana stojącego w innym miejscu, puściły nerwy i zaczął rzucać obelgi w stronę organizatorów, że nie płacił za taki chaos. Gorzej niż dziecko, a pomyśleć, że pół godziny wcześniej na rozgrzewkę po krioterapii częstował wyczesaną pigwowcówką… Mi tam było wszystko jedno, możemy nie zdążyć na kolację, za to miałam w zamian łazęgę po górach późnym popołudniem, czego nie doświadczałam za często nawet na tatrzańskich ścieżkach. Tego ciepłego wieczornego światła nie da się porównać z niczym innym. Droga na dół się w końcu znalazła i doprowadziła do Ceresole Reale.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

oczekujcie dalszego wynurzenia

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt wrz 11, 2018 1:17 pm 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 12, 2017 7:32 am
Posty: 1104
Pięknie, te chmury jak krem jakiś.
shesmovedon napisał(a):
Region słynie z tego, że prawie codziennie w okolicach 15-tej regularnie chmury wypróżniają się na turystów.

:rofl_an:

_________________
- Pieprz to. Studia to nie wszystko. Najwyżej zostaniesz żulem albo podróżnikiem.
- Nie chcę być żulem.
- To będziesz podróżnikiem.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt wrz 11, 2018 2:43 pm 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
Dzień drugi – droga do nikąd

Lago Serru – 80% trasy na Colle del Carro – Lago Serru

10 km, 800 m przewyższenia, 2 godziny na plażowaniu

Nie jest to łatwy dzień do relacjonowania.
Zaczęło się od tego, że po awanturze z poprzedniego dnia odnośnie czasu wędrówki, została wprowadzona zasada – jeśli nie da się osiągnąć przełęczy przed 14stą, to jeśli nas limit czasowy zastanie przed celem, zarządzany jest odwrót i nie ma odwołania od tej decyzji. Super, zwłaszcza że na ten dzień wyjątkowo została zaklepana ładna pogoda. Dzięki ci drogi kolego (na szczęście nie musieliśmy mu dziękować osobiście, bo się oddalił na 2 dni na Gran Paradiso).
Wycieczka zaczęła się od trzęsienia ziemi – bus wwiózł nas na 2.275m. nad takie oto cudo natury:
Obrazek

A nie, wróć, Lago Serru nie jest cudem natury – to sztuczny zbiornik, ale muszę przyznać pięknie wkomponowany w otoczenie przez ¾ swojego obwodu, pozostałą ćwiartkę wieńczy ohydna betonowa zapora. Mimo to żal było opuszczać jego otoczenie, ale zew zdobywców przełęczy nie dawał spokoju, zwłaszcza że czas nie działał tego dnia na naszą korzyść. Trasa nie powiem, niczego sobie, bardziej wymagająca od wczorajszej i przede wszystkim krajobrazowo bardziej wysokogórska, jako że alpejskie paśniki dla krów zostały zastąpione kamieniami. Pojawiły się też kochane piargi, ale w ilości nie wymagającej jeszcze interwencji chirurga na kolanach.
Spotkaliśmy jakieś jeziorko bez nazwy:
Obrazek

Kształtem dnia okazały się piramidy
Obrazek

Obrazek

Szkoda, że ten wodospad nie rozlewał się po całej szerokości
Obrazek

A tu majaczy nasz cel – przełęcz Carro.
Obrazek

O godzinie 13.10 grupa buntowników stwierdziła, że nie ma najmniejszych szans na dojście do przełęczy. Weszliśmy dodatkowo na nieciekawe rumowisko skalne, które z tej perspektywy wydawało się ciągnąć do samego końca trasy, więc szkoda generalnie się męczyć, jeśli trochę wcześniej stał taki zajebisty wielki głaz idealny na piknik. Poszanowałam swoje nogi i jak widać poniżej, była to jedyna słuszna decyzja
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Parę osób się postanowiło się zmierzyć z czasem i ponoć prawie doszli do celu, ale urwana poręczówka zabezpieczająca jakiś trudniejszy fragment zakończyła wypad straceńców. A my sobie powoli schodziliśmy do jeziora robiąc co parę kroków pikniki integracyjne. Pod względem sportowym dzień do zaorania, ale co zobaczyłam – śni mi się do dziś

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

przerwa reklamowa

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt wrz 11, 2018 3:05 pm 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 12, 2017 7:32 am
Posty: 1104
Ej weź. Dlatego nie oglądam tv :mrgreen:
Niezłe te Paradiso...
Mam do Was pytanie . Czy odczuwacie jakoś zmiany ciśnienia przy przesiadkach z nizin w góry, a potem po powrocie na niziny? Głowa ok?

_________________
- Pieprz to. Studia to nie wszystko. Najwyżej zostaniesz żulem albo podróżnikiem.
- Nie chcę być żulem.
- To będziesz podróżnikiem.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt wrz 11, 2018 3:24 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn paź 29, 2007 8:31 pm
Posty: 3011
Lokalizacja: Nowy Sącz
Ale masz świetny styl pisania relacji, czyta się tak, że nie mogę się doczekać ciągu dalszego :thumright: . Rejon Gran Paradiso to dla mnie jeden z fajniejszych w Alpach.

_________________
http://www.naszczytach.cba.pl Aktualizacja 2015 - nowe: Karpaty Rumuńskie, Kralova Hola, Welebit, Siwy Wierch i wiele innych. Zapraszam


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 12, 2018 9:39 am 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
Dzień trzeci - Jak w polskim filmie...

Colle del Nivolet – Pont – Pravieux – Schronisko Chabod – Pravieux

A łopatologicznie było tak: Schronisko Savoia (2534) – z buta po bagnach – spuszczenie do Pont (2000) – z buta po asfalcie do Pravieux – podejście do Szalet Szambo (2750) – powrót do Pravieux
21 km, 900m w przewyższeniu, 8h

Po raz trzeci podczas ekskursji odwiedziliśmy Ceresole Reale, po raz drugi wizytowaliśmy Lago Serru i na szczęście pozostałą część rozdziewiczamy, a to wszystko w ramach podziwiania kunsztu rąk ludzkich w postaci aktualnie najwyżej położonej czynnej drogi asfaltowej w Europie. Atrakcja sama w sobie, zresztą popaczcie na obrazki zza szyby
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zaliczywszy najwyższy punkt trasy – Colle del Nivolet (2612m), z którego to roztaczały się takie widoki na 3 strony świata:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ze schroniska Savoia rozpoczęliśmy relaksacyjne przejście płaską, trochę bagnistą doliną. Słońce się zlitowało i tylko blado przeświecało przez chmury, bo w przeciwnym razie groziła śmierć z przegrzania na tym pozbawionym drzew terenie. Trasa jest popularna wśród miejscowych z uwagi na mniej niż zerową trudność, mnóstwo miejsc do rozlokowania się z koszem piknikowym i niezaprzeczalnym zdalaodcywilizacyjnym dyskretnym urokiem serca parku. Teraz nastąpi seria wizytówek, bo jak w polskim kinie – nuda panie…
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Łatwizna skończyła się koło krzyża z rzekomo widokiem na masyw Gran Paradiso leżącym po drugiej stronie doliny Valsaverenche. Przyszła pora na spuszczenie się w dół do Pont, ale nietypowo jak na alpejskie szlaki, ponieważ zamiast walić długimi godzinami po zakosach, ten został poprowadzony ostro w dół, dzięki czemu zaoszczędziliśmy jakieś 6 godzin zejścia, ale po raz pierwszy nogi poczuły niewygody schodzenia. Na drugiej fotce z lewej strony, mniej więcej w okolicy potoku wiedzie ścieżka do Rifugio Chabod, którą mieliśmy podążać 2 godziny później.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na dole big gruppo się podzieliło (ach ten nieodparty urok baru) i w okrojonym składzie pogrzaliśmy ostro przed siebie najpierw 2 km po asfalcie, który przerobił mi stopy na dwa rozgrzane naleśniki, ale kiedy tylko wkroczyliśmy na leśną ścieżkę odzyskałam czucie, energię i miałam ochotę ruszyć w długą ekspresem przed siebie, ale etykieta gromadnego chodzenia na to nie pozwalała.
Nasz pociąg nie był jedynym na trasie, ponieważ mniejsze i większe wielokulturowe grupy ciągnęły do Chabod, który jest jednym z punktów wypadowych na Gran Paradiso. My sami odprowadzaliśmy naszą drugą ośmioosobową ekipę śmiałków do ich miejsca przeznaczenia. Popatrzyłam się trochę na mijanych przyszłych lub nie zdobywców czterotysięcznika i większość szła bez zaprawy, co odzwierciedlały ich czerwone z wysiłku twarze. A my na luzaka z palcem w nosie :D
Obrazek

Obrazek

Ja tu gadu gadu, a dawno minęła 15-sta i gdzie jest kurna deszcz? Nie może być, że przez dwa dni suszy. Spoko wodza, nic w przyrodzie nie ginie. I na dodatek gra z nami w ciula. Idziemy lasem, więc nawet jak trochę popaduje, to drzewa zatrzymują część opadu. Ale las się skończył, żarty też i pora na procedurę – kurtka z plecaka, aparat do plecaka, kurtka na plecy, pokrowiec na plecak. Gotowam stawić czoło żywiołom, tyle że ze dwie minuty później deszcz się skończył. No to procedura odwrotna. Jak się tylko rozebrałam, deszcz o sobie przypomniał. No to procedura pierwotna. Padało 10 minut i 35 sekund. Była parówa, więc ściągnęłam wdzianko . Za trzecim razem olałam objawy opadu, przeca nie rozpuszczę się. Deszcz też mnie olał. Bardzo. W strugach rzęsistego opadu docieramy do schroniska i jak się można spodziewać, za moment wyszło słońce. W samą porę, bo bliżej Gran Paradiso już nie będziemy (oprócz naszej szczęśliwej ósemki, która nie poskąpiła grosza na cyknięcie fotki z Madonną szczytową).
Obrazek

Obrazek

Zastawszy w schronie przerwę na sjestę musiałam zadowolić się ichniejszą kanapką na ciepło (bułka z ogromną wkładką z żółtego sera), podeschłam i czas nieubłaganie wygonił nas w drogę powrotną i tak niczym Lucky Luke ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu, oglądając się często za siebie na miłosne gierki GP i wieczornych obłoków.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

półmietek

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 12, 2018 9:43 am 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
Redemption MM napisał(a):
Czy odczuwacie jakoś zmiany ciśnienia przy przesiadkach z nizin w góry, a potem po powrocie na niziny? Głowa ok?

Nieodnotowałam żadnych skutków ubocznych. Jak ktoś nie jest meteoropatą, to pewnie mu wszystko jedno gdzie idzie 8)

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 12, 2018 9:51 am 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 12, 2017 7:32 am
Posty: 1104
Ja też, oprócz ucisku w uszach i szumów na początku, nie odczuwam jakichś dolegliwości. Ale mój mąż każdą wycieczkę przypłaca migreną, a ostatnio po powrocie z Tatr to już totalna katastrofa, wymioty i straszny ból głowy :cry:

ps. kontynuację ogarnę za chwilę :roll:

_________________
- Pieprz to. Studia to nie wszystko. Najwyżej zostaniesz żulem albo podróżnikiem.
- Nie chcę być żulem.
- To będziesz podróżnikiem.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 12, 2018 12:15 pm 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
Dzień czwarty – tak powinno być od początku

Rhemes Notre Dame – Col Entrelor (3002 m n.p.m.) – Eaux-Rousses

1300 m w pionie, 18 km w poziomie, 7 h

Długo przyszło czekać na ten wspaniały dzień. Po pierwsze zapowiedziano trudną trasę, a po drugie wynikłe z pierwszego, na wieść spodziewanych trudnościach z 36 osobowej grupy zostało ledwie 6 nieustraszonych, w parytecie 1 chłop na 5 bab.
Szlak zaczął się oryginalnie, bo pierwsze 200m prowadził wąskimi uliczkami Rhemes Notre Dame, ale szybko wrzucił nas w tereny leśne – to mi się podobało, od razu do góry bez zbędnego dymania po płaskim. Trasa właściwie aż do przełęczy prowadziła ostrzej pod górę w porównaniu z dotychczasowymi spacerniakami dla ceprów i dobrze się stało, że stan liczebny ekipy tak drastycznie spadł, bo nie było kłopotu z płynnością ruchu.
Obrazek

Obrazek

Niedługo potem zawędrowaliśmy na rozległą łąkę, będącą zarazem siedliskiem licznej świstkowej rodziny. Musicie uwierzyć na słowo, że widać poniżej te leniwe grubasy, tyle że pochowały się w trawie i za kamieniami.
Obrazek

Nie będę się rozwodzić, jak to w milczeniu, wsłuchani w przyspieszone bicie serc i głośne oddechy, skupieni na rytmie kroków, doszliśmy do kolejnego przystanku, nawet z własną nazwą Plan de la Feya, a będącym chyba byłą bacówką.
Obrazek

Od tego momentu krajobraz z pastwiskowego zmienił się w górski, a trawę pod stopami zastąpił gruz i coraz wyższe kamienne stopnie. Za darmo dostaliśmy pokaz siły natury sprzed milionów lat.
Obrazek

Obrazek

W pewnym momencie zaświeciły mi się oooooooczy (ze szczęścia :P ) Jedna poręczówka wiosny co prawda nie czyni, ale dla tego 25-sekundowego niespodziewanego odcinka warto było się tłuc 1500 kilometrów .
Obrazek

Obrazek

I tak oto otwiera się Col Entrelor, tego dnia niezbyt gościnna, bo za rogiem przyczaił się nasz stary znajomy, a zatem kurtki i tarcze przeciwgradowe w dłoń!
Obrazek

Obrazek

Szlak zejściowy okazał się pełną zakosów ceprostradą, ale wyjątkowo było mi to na rękę, bo gdyby w deszczu przyszło schodzić czymś podobnie niestabilnym jak droga na przełęcz, to nie obyłoby się bez dupozjazdów. Żal mam za to do warunków pogodowych, ponieważ wędrowaliśmy mając przed sobą dwie najładniejsze góry podczas całej tury ( z przodu o wdzięcznej nazwie nie ustępującej urodzie stoi Punta Bianca della Grivola, z tyłu zaś pyszni się swoją urodą sama Grivola), ale powietrze było tak wilgotne, że g…o sobie przywiozłam na pamiątkę.
Obrazek

Na totalnym luzie zeszliśmy do piętra zamieszkiwanego przez najszczęśliwsze i najzgrabniejsze na świecie krowy wolno pasące się krowy, z których jedna poczuła miętę do naszego przewodnika i zaproponowała mu małżeństwo. Nieco niżej stał samotny byk, ale jak widać po mowie ciała – nie był szczególnie wyposzczony w temacie stosunków damsko-męskich i nadal gardził chłopcami.
Obrazek

Obrazek

I tak łąkami i lasami zeszliśmy do Eaux-Rousses, po drodze mijając wytwórnię serów (tanich, dobrych), kolejne siedlisko świstacze i ich poszkodowaną przez los opiekunkę z ramienia parku (w czasie pracy została trafiona piorunem doznając trwałego uszczerbku na zdrowiu).
Obrazek

Ile kurna daje przyjemności łażenie w wąskim gronie i do tego osób o zbliżonej kondycji. Pierwszy i ostatni raz zrobiliśmy całą trasę przed czasem :D

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 12, 2018 6:22 pm 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
Dzień piąty – zdobycze cywilizacji

Chardonney – przełęcz Fenetre de Champorcher (2.827m)-Lillaz

1000 m podejścia, 26 km przejścia, 8h

Mały update – nie wspomniałam, że zmieniliśmy czwartego dnia lokalizację przenosząc się do Nus w pobliżu Aosty. Tradycyjnie trafił się niekiepski widok z okna, ale że hotel leżał u zbiegu dwóch ruchliwych ulic, nie dało się spać i jeszcze na dodatek te upalne noce…
Obrazek

Wracając do tematu. Na ten dzień zostało zaplanowane małe zboczenie, a mianowicie porzuciliśmy dzikie tereny parku narodowego przenosząc się do parku krajobrazowego Mont Avic. Pierwsza napotkana zdobycz cywilizacji przyniosła same korzyści, a mówiąc wprost – wykorzystaliśmy do cna kolejkę do Laris oszczędziwszy sobie 500-metrowego shitowego podejścia. Druga zdobycz cywilizacji przyniosła wstyd i hańbę jej posiadaczowi. Nasz główny prowadzący wymyślił jakiś nieistniejący szlak, ponoć łatwiejszy, ale przez godzinę krążyliśmy w kółko po mokrej trawie wiedzeni nieomylnym gps-em, a drogi ani widu. Coś się w końcu znalazło, ale nie była to ani oficjalna mapowa trasa, ani alternatywa wgrana do gps-a i przez to ominęliśmy jedno z zapowiedzianych po drodze schronisk. Trzecia zdobycz – w parku poprowadzona jest szutrowa droga, ułatwiająca dostęp autem do jednej z atrakcji parku – Lago Miserin i położonego nad nim schroniska, a tam gdzie łatwo to i tłumnie. I w końcu ostatni akcent cywilizacyjny – przez obie strony przełęczy Fenetre, czyli doliny Champorcher i Cogne poprowadzona jest linia wysokiego napięcia, doszczętnie paskudząca te dwa całkiem ładne skrawki Alp. Ech, dać człowiekowi wolną rękę, to na wszystkim będzie chciał zarobić.
„Powietrze lepkie i gęste, wilgoć osiada na twarzach…” Od rana powietrze pachniało wodogrzmotami, ołowiane chmury straszyły rozładowaniem napięcia, którego i tak nie brakowało po porannej wtopie ze znalezieniem przejścia. Przy pomocy przygodnych litościwych ludzi odnaleźliśmy wąską częściowo zarośniętą ścieżynkę, która wyprowadziła nas do cywilizacji
Obrazek

Obrazek

Wyszliśmy na większe przestrzenie, a wraz z nimi pojawiły się budynki gospodarcze i wszędobylskie krowy
Obrazek

Obrazek

Przed nami złowieszcze chmury, za nami bardziej optymistycznie
Obrazek

Obrazek

Szeroką, brukowaną alejką doszliśmy do pierwszego znaczącego punktu na trasie, tj. nieszczególnego jeziora Miserin oraz schroniska o tej samej nazwie. Oba najlepiej prezentowały się z oddali
Obrazek

Obrazek

Ze schroniska pozostało już ledwie 45 minut do przełęczy, ale… Nie da się ukryć, że trzeba iść wprost pod wysokie napięcie, a z boku kłębią się złowieszcze bałwany (co nie dziwi, bo za 75 minut piętnasta). W razie burzy…. Nie, lepiej wyłączyć myślenie.
Obrazek

5/6
Obrazek

Przełęcz okazała się łaskawa i nie wpuściła chmur i jednocześnie otworzyła nam okno na rozległą, długaśną dolinę Cogne. (Co za idioten pociągnął tędy te cholerne słupy?)
Obrazek

Dolina jest zajebiście piękna, czego zdjęcia z racji wysokiej wilgotności powietrza nie są w stanie w pełni oddać. Mamy i wyżłobione potokami minidolinki , czarne mieniące się w słońcu skały, troszkę dolomickich kształtów, garbate zbocza, a że trakt równy, można nie patrzeć pod nogi, tylko podziwiać wszystko z otwartą paszczą.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kiedy kable znikły z pola widzenia, słońce zalało dolinę ciepłym popołudniowym światłem, zrobiło się sielsko i prawdziwie wakacyjnie leniwie. Gdyby ktoś jeszcze podstawił leżak :P
Obrazek

Obrazek

Droga w dół ciągnęła się okrutnie, przypominała trochę niekończącą się opowieść z pierwszego dnia, kiedy dno doliny zdawało się być na wyciągnięcie ręki, a za nic się nie przybliżało. Nogom się już nie chciało i dobrze że nie mają samodzielnego bytu, bo by się odłączyły od reszty ciała. Na dole w Lillaz okazało się, że zostawione w schronisku Miserin małżeństwo, zamierzające wrócić do kolejki nie zdążyło na ostatni wagonik i zniknęło bez śladu. Zanosiło się na parogodzinną akcję ratowniczą, a my głodni, zmęczeni i z dala od domu…
Na koniec ostatni akcent cywilizacyjny – w jakim celu podlewana jest na łąka, skoro niemal codziennie spada tyle wody z nieba?
Obrazek

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 12, 2018 8:44 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn paź 29, 2007 8:31 pm
Posty: 3011
Lokalizacja: Nowy Sącz
shesmovedon napisał(a):
a to wszystko w ramach podziwiania kunsztu rąk ludzkich w postaci aktualnie najwyżej położonej czynnej drogi asfaltowej w Europie

To chyba nieprawda, Stelvio wyższe, Kaunertal wyższe, Col d`Iseran wyższe - tak pierwsze z kraja.

_________________
http://www.naszczytach.cba.pl Aktualizacja 2015 - nowe: Karpaty Rumuńskie, Kralova Hola, Welebit, Siwy Wierch i wiele innych. Zapraszam


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz wrz 13, 2018 12:02 pm 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
A to zażalenia proszę kierować do kierowniczki, że takie buble sprzedaje :lol:

Dzień szósty – koniec wieńczy dzieło

Eaux-Roussess – Col du Loson 3299 m – Cogne

1600 m przewyższenia, 26 km po długości, coś koło 9 godzin

Nadszedł długo wyczekiwany dla niezdobywców Gran Paradiso dzień – spacer na najwyżej wyznaczony na całej trasie punkt – przełęcz Col du Loson. Niestety znowu spacer ceprostradą, bo jakoś nikt nie pomyślał, że ktoś może przed osiągnięciem celu chcieć się zmęczyć. Szlak początkowo biegnie zygzakiem po pokrytym niskimi drzewami, by potem odbić w lewo w las i wyprowadzić na otwartą przestrzeń, w której usytuowana jest charakterystyczna kapliczka. Poranek był ładny, niezbyt gorący, nogi nie czuły przedreptanych już 100 km, zostało tylko iść i iść i gdyby nie potrzeba doładowania energii i inne potrzeby fizjologiczne można tak iść i iść aż do końca. W pierwszej części wgłębialiśmy się w boczną odnogę doliny Valsaverenche
Obrazek

Obrazek

Patrząc na grań mniej więcej w jej połowie widać Col Entrelor, z którą mierzyliśmy się dwa dni wcześniej.

Obrazek

Tutaj z kolei, mamy po lewej ładną piramidkę, a jest nią uznawana powszechnie za jedną z ładniejszych gór w parku –Grivola, ta sama, którą podziwiałam razem z Puntą Biancą podczas schodzenia z Enterola.
Obrazek

Obrazek

Gdzieś w tych okolicach natknęliśmy się na stadko kozic, ale pasły się bardzo daleko od nas, toteż skończy się na słownym zapewnieniu, że były
Obrazek

Idziemy, podziwiamy, idziemy, nuda, idziemy, zniknęła trawa, wsiąkła woda, a my ciągle w ruchu. Gorzej, bo jest tak łyso, że nie ma gdzie się udać na stronę
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rekord wysokości coraz bliżej, a mi jest coraz bardziej źle z myślą, że ma on zostać pobity w tak banalny sposób. Skłaniam się do jego nieuznania.
Na szczęście gdzieś na 3000m diametralnie zmieniło się podłoże – gładko poprowadzoną ścieżkę zastąpił usypujący się spod nóg żwir, a niemal poziome ułożenie zyskało od razu kilkanaście procent. Słabszym odcięło prąd, mocniejsi dostali zakaz wyprzedzania, zatem nie pozostało nic innego, jak przeczekać i popatrzeć skąd przyszliśmy
Obrazek

ale ponad głowami jest zdecydowanie lepszy widok na piękne czarne poszarpane turnie
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przyspieszyłam kroku, minęłam rozerwany pociąg i kilka chwil później klepnęłam szczyt
Obrazek

A po drugiej stronie ooooo panie otworzyła się najładniejsza panorama. Gdyby tak jeszcze była większa przejrzystość powietrza, to niesamowity koloryt kolejnych warstw nabrałby większej głębi
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zejście z przełęczy należało do gatunku wrednych (uciekające spod stóp kamienie, a całość posypana, hmmm przypominało to popiół pozostały ze spalenia papieru - czarne, cieniutkie i łamiące się pod butami.)
Rzut okiem na lewo, wprost i prawo – nie przestaje być zajebiście ładnie i na tym kończą się atrakcje. Chociaż nie – spotkaliśmy w końcu ( bo to ostatni moment) prawdziwie długorogie koziorożce alpejskie, tylko rychło w czas Soniak mi się przegrzał i straciłam ostatnią szansę na utrwalenie chociaż jednego zwierza – nic nie mam z całego wyjazdu, kurrr
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tymczasem w dole majaczą zabudowania ostatniego przyjaznego domu na szlaku, czyli schronisko V.Sella. Poszłam sprawdzić, czy mają szarlotkę choć tak dobrą jak nasze schroniskowe, ale dostałam tylko bliżej nienazwany placek.
Obrazek

I co? Pora lecieć do domu, niebo też połączyło się z nami w żalu :cry:
Obrazek

Obrazek

Przepraszam, że Państwa zanudzałam. Obiecuję że ostatni raz w tym roku. Arrivederci

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt wrz 14, 2018 12:27 pm 
Zasłużony

Dołączył(a): Pt sie 07, 2015 10:09 pm
Posty: 208
Lokalizacja: Chrzanów
Też odwiedziłem w sierpniu tą okolicę, wchodziliśmy z Pont na Gran Paradiso. Bardzo podobały mi się okoliczne domy kryte kamieniem, w ogóle Dolina Aosty jest super.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt wrz 14, 2018 6:44 pm 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn kwi 11, 2011 9:25 pm
Posty: 724
Lokalizacja: W-wa
Fajne góry, nie było chyba jeszcze u nas dłuższej relacji na ich temat. Znalazłam tam przed chwilą trasy na kilka trzytysięczników bez lodowca, dla takich jak ja. Ty szybko chodzisz, ciągnie cię do góry, łakniesz szczytów - wydaje się, że bardziej pasujesz do grupy, która poszła na GP, niż tej, która została. A z Aneto nie rezygnuj - ja co prawda krążyłam tylko w okolicach tej góry, ale same Pireneje bardzo mi spasowały.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: So wrz 15, 2018 8:47 am 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr paź 31, 2007 9:46 pm
Posty: 3878
Lokalizacja: GEKONY
PKP!

_________________
http://summitate.wordpress.com/

"Polacy rozpoczęli tę grę i oni powinni ją zakończyć." Simone Moro


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N wrz 16, 2018 10:31 pm 
Swój

Dołączył(a): Wt maja 07, 2013 6:28 pm
Posty: 46
Lokalizacja: brzeszcze
Autem jeszcze wyżej przejezdna jest przełęcz Col de la Bonette 2802 we Francji. Będąc na przełęczy Col du Loson miałaś dwa kroki na szczyt Punta del Tuf 3395 z pięknym widokiem na Gran Paradiso. Jeśli ktoś wybiera się w tamte strony polecam swoje wypociny które są tu http://www.gorskiswiat.pl/forum/showthread.php?tid=6877


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 19, 2018 9:39 am 
Zasłużony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 20, 2016 9:13 am
Posty: 153
Lokalizacja: Mazovia
maka napisał(a):
Będąc na przełęczy Col du Loson miałaś dwa kroki na szczyt Punta del Tuf 3395 z pięknym widokiem na Gran Paradiso. Jeśli ktoś wybiera się w tamte strony polecam swoje wypociny które są tu

Regulamin nie pozwalał zbaczać z trasy, więc nawet mi nie mów, że cokolwiek było w realnym zasięgu nie tylko wzroku

anke napisał(a):
Ty szybko chodzisz, ciągnie cię do góry, łakniesz szczytów - wydaje się, że bardziej pasujesz do grupy, która poszła na GP, niż tej, która została. A z Aneto nie rezygnuj - ja co prawda krążyłam tylko w okolicach tej góry, ale same Pireneje bardzo mi spasowały.

Wejście na Paradiso nawet mi chodziło po głowie, ale uznałam, że lepiej sobie odpuścić mając zerowe doświadczenie w poruszaniu się w warunkach zimowych. Później się okazało, że tak przypadkowi ludzie z naszej grupy się porwali i weszli, więc pewnie i jak bym dała radę. Ale i bez tego szkoda było mi kasy na przewodnika 8)
Pireneje nie wyszły, bo się zgłosiło za mało osób na wyjazd, ale nie mam zamiaru odpuszczać - kiedyś się uda, choć w najbliższych planach mam powrót w Julijskie

_________________
Kozica nizinna wędrowna


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pn wrz 24, 2018 11:46 am 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 640
Lokalizacja: Dolny Śląsk
super fotki! szanuje!


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 18 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL