Już dość długo zabierałem się do odwiedzenia tego miejsca, ale dopiero dziś zdecydowałem się na wyjazd. Po niewykonaniu niezbędnych przygotowań ruszyłem więc samotnie na trasę. Początkowo szlak wiódł spokojnie pod górę, po równych kamiennych schodach. Po wejściu na pierwszy szczycik na mojej drodze nastąpiła chwila podziwiania widoków i obserwacja warunków. Wydaje się, że sytuacja jest bezpieczna, na niebie ani jednej chmurki, ciepło powoli przeradza się w upał. Po chwili kontemplacji tego miejsca ruszam dalej. Szlak jest wyjątkowo trudny orientacyjnie - wąska ścieżka wije się, wielokrotnie zmienia kierunek. Po wielu trawersach i stromych zejściach docieram do kolejnej wyłożonej kamieniami drogi - tym razem powoli zaczynam zagłębiać się w dół. Dookoła mnie zaczynają wyrastać skały. Sceneria staje się iście wysokogórska, a na szlaku ze względu na wczesną porę panuje jeszcze cisza i spokój. Postanowiłem obrać dłuższy wariant i poszedłem dnem skalistego wąwozu na wschód. Po kilku minutach marszu zrozumiałem, że nie ma już alternatywnej drogi odwrotu - wokół mnie ściany stawały się coraz wyższe, coraz bardziej nieprzystępne... Nad ścieżką górowały potężne urwiska mojego celu, wystające wśród okolicznych zielonych wierczhołków. W pewnym momencie wąwóz zakręcił na północ, a mi na przeszkodzie stanęła woda. Po chwili zastanowienia postanowiłem minąć staw z prawej strony. Decyzja okazała się słuszna. Po chwili musiałem strawersować nachyloną, spadającą prosto do wody, gładką ścianę - i droga stała się o wiele przystępniejsza. Mogłem w spokoju napawać się widokiem pionowych ścian Szczytu spadających w błekitne odmęty jeziora.... Po kilkuminutowym trawersie wszedłem na grzbiet i rozpocząłem atak szczytowy. Początkowo droga wydawała się technicznie łatwa - ale wkrótce zobaczyłem, jak bardzo zmyliło mnie pierwsze wrażenie... Pod samym, najeżonym skalnymi fajkami szczytem ujrzałem wspaniały kominek, który, choć krótki okazał się przekraczać moje możliwości. Spróbowałem obejść szczyt - ale jego pionowe ściany nie pozwalały długo z nim obcować. Na zachód droga prowadziła wąziutką, trawiastą półką, na wschód nie prowadziła w ogóle. Pod samym kominkiem stał skalny chłopek. Znalazłem inną drogę wejścia, która, choć technicznie łatwiejsza, była o wiele bardziej eksponowana - brakło mi odwagi, aby wchodzić tu bez asekuracji... Wtem, gdy zacząłem schodzić, moją uwagę przykuła mała jaskinka, która w rzeczywistości okazała się oknem. Po przejściu dwumetrowego tunelu ujrzałem światło, a z nim - wspaniały widok na okoliczne wzniesienia. Tutaj również znalazłem drogę na szczyt - ta była już nietrudna technicznie, ale ekspozycja i brak liny przeważyły. Po nacieszeniu oczu widokiem i pogrzaniu się na słoneczko zacząłem schodzić w stronę ulicy Krakowskiej... Mój pierwszy atak na Skałkę Geologów na kieleckiej Kadzielni zakończył się wycofem. Zapraszam w ten piękny zakątek!
