Ostatnio krajan wrzucił relację z Orlej, która oprócz tego, że bardzo mi się podobała, była napisana na długo po przejściu trasy. Postanowiłem pójść jego śladem i opisać trasę, którą zrobiłem w wakacje. Miałem to zrobić już dawno, ale jakoś nigdy nie mogłem się zmotywować, a teraz mam trochę czasu, więc nic nie stoi na przeszkodzie.
Był sierpień, zeszłego roku. Jako, że jeździ nas 5 osób, możemy sobie pozwolić tylko na tydzień pobytu w górach. Pogoda była zmienna. Pierwszego – wietrznego, ale słonecznego dnia - padł Ornak. Drugiego, nauczeni doświadczeniem sprzed roku, kiedy to padał deszcz, przez co musieliśmy wracać znad Czarnego Stawu z niczym, zostaliśmy w domu. Jakoś się to przewlokło, ale nie zapowiadało się na poprawę. Kolejny ranek przyniósł chmury i mżawkę. Ale w siedzeniu na tyłku kolejnej doby nie widzieliśmy najmniejszego sensu, dlatego też uznaliśmy, że ta przerwa zastępowała nam nieunikniony odpoczynek - bez żadnej aklimatyzacji, organizmowi ciężko się przystosować. Plan jest, chęci są, a pogoda? Może jeszcze zawita słońce. W zeszłym roku też tak myślałem, ale nic z tego nie wyszło… :\ Co by nie było, tego dnia mogło nawet rzucać gównami, i tak byśmy poszli

Ruszyliśmy do Palenicy. Mimo wczesnej pory i niepewnej sytuacji meteo, było około pięćdziesięciu samochodów, co nas trochę zdziwiło. Czy oni śpią na tym parkingu? Bilety kupione, ruszamy w drogę! Przez te dwie godziny wleczenia się asfaltem zdążyło się ocieplić i co najważniejsze rozstąpiły się chmury. Może nie całkiem, ale to dawało jakieś nadzieje.

Mięguszowieckie… Widziałem je tyle razy, a zawsze robią na mnie takie wrażenie, że nie mogę się powstrzymać od robienia zdjęć. Najchętniej rozbiłbym sobie od nimi namiot i gapił się do śmierci, ale to prawdopodobnie niewykonalne, więc nacieszę się tym co mam.

Wreszcie docieramy do Moka. Od razu dostrzegamy młoda parę, która robiła tu sobie zdjęcia. Też sobie kiedyś zrobię w górach, ale nie w tu, w tych nieprzebranych tłumach opychających się batonami i zalewających piwem… Ogólnie pomysł jest fajny, ale ze zdjęciami to może lepiej się na Krzyżne wtelepać , będzie ciszej

Strzelam kilka fotek i jedziemy dalej.

Pobożny i majestatyczny…


W drodze na Czarny, mijamy jedną z najbardziej rozpoznawalnych limb w Tatrach.

Nie bawimy tu długo, bo wzywa nas niedostępna ściana Kazalnicy. Nie wiem jak można na to wleźć, chyba bym utknął i darł się, żeby mnie zdjęli, bo opcji, że będą mnie zbierać spod ściany wolę nie brać pod uwagę
Ach ta górska roślinność!

Jednak mało brakowała, żeby mnie zbierali…

Puszczam wodze swojej manii włażenia na wszystkie większe głazy mijane o drodze :\ Oczywiście bez zdjęcia by się nie obeszło.


Ledwo żyjąc podupadłem jak Mania Kargulowa.

Opalając się w blasku Mięgusza.

Teraz czuję się przy nim jak na solarze!

Z miejsca gdzie jest najfajniej, tzn. z około 100 metrowej wspinaczki zdjęć nie mam. To znaczy mam, ale zabrałem aparat, żeby uwiecznić jak sobie tu radzi moja rodzinka, stąd swoich nie mam żadnych. Nagrałem nawet filmik (jedną ręką trzymałem aparat, drugą windowałem się w górę, ale mało co widać

niestety…) Miło wspominam ten odcinek, jak się okazało a zejściu poszło mi ze 3x szybciej, co mnie trochę dziwiło. Na szczęście wszyscy mnie przepuszczali, bo naprawdę schodziłem (czy tez może zeskakiwałem szybko). Mój sposób polegał na tym, że opierałem się rękoma na skale, a nogi wyrzucałem przed siebie (może to dziwnie brzmi, ale stwarzałem mniejsze zagrożenie niż co poniektórzy zbyt ostrożni). Już tylko rzut beretem i jestem na szczycie Kazalnicy. Zawsze miałem marzenie, żeby spojrzeć w dół, ale kto tam był, ten wie, że nie da się tego zrobić, nie złażąc nad pionowe urwiska, więc pomysł odrzuciłem.
Widok z Kazalnicy

Znów goniłem z aparatem, więc do samego Chłopka nie mam swoich zdjęć, a cudzych bez pytania nie będę wrzucał. Kiedy wbiłem się na przełęcz od razu zacząłem męczyć cyfrówkę, nie dając jej chwili wytchnienia. Raz do roku można, a co!


Ktoś się jednak dorwał i mi też strzelił zdjęcie. Ino klaty nie widać. O dzióbku nie wspomnę, bo lustra mi się taszczyć nie chciało.

Pośredni Miegusz wydawał się łatwo dostępny, ale wiem, że naprawdę taki nie był, poszedłem więc tylko kawałek, w celu wypatrzenie trudności. (Zdjęcia z góry)

Te czerwony punkcik, na przełęczy to moja ekipa


Delikatna zmiana perspektywy:

Dzięki temu schronisku można dostrzec ogrom Moka

Posiedzieliśmy ze 20 minut, ale wydawało nam się, że czas goni (podkreślam wydawało) więc zaczęliśmy schodzić. Po drodze zdjęcie na Lwiej Skale:

I nad trudnościami prze Kazalnicą

Moko przypomina mi trochę Plac Św. Piotra, jak mają ogłosić nowego papieża, tylko sceneria lepsza


To by było na tyle, potem już tylko leżenie do góry dupą na łóżku, i wleczenie się na obiad, ale to już inna bajka

Szkoda, że dwa zdjęcia się nie wczytały, bo były jednymi z ładniejszych, ale mam nadzieję, że to nie będzie duży problem, i że relacja się spodoba

Cofam to, zdjęcia udało się wstawić
