Wstajemy chyba nawet przed trzecią, no dziewięć godzin snu to sporo
Schodzimy na jadalnię, tutaj lipa ze śniadaniem, nic konkretnego i jeszcze wrzątku nie ma
Po czwartej wychodzimy przed schronisko, wiążemy się i ruszamy w dół na przełęcz Gnifetti. Jest ciemno, mroźno i wieje, czyli alpejski poranny standard

Podejście na Zumsteinspitze dłuży się troszkę, niestety nie widać końca ścieżki ani szczytu, nadal jest ciemno
Ze szczytu Zuma widać jednak, że Alpy to nie są dzikie góry

Czego nie widać w dzień widać bardzo dobrze w nocy, w koło wioski i miasteczka, trzeba by w jakiś Kaukaz jechać by było naprawdę dziko
Widok w kierunku Dufora i Nordenta, fajnie się Wielki Wóz uchwycił.


Widnokrąg się rozjaśnia, ale do wschodu jeszcze trochę czasu zostało, my tym czasem kombinujemy, bo po krótkim fragmencie śnieżnej grani, pojawia się skalny fragment, który nijak nie da się ugryźć na wprost. Michał schodzi jakimś czujnym kominkiem w lewo, po czym robi trawers w prawo do grzbietu skalnego żebra. W miejscu, w które dotarł znajduje ring, robi stan i zciąga nas. Przebudzenie na tym fragmencie przychodzi natychmiast. Dalszej części postanawiamy nie schodzić a zrobić zjazd do śnieżnego fragmentu grani. W między czasie pojawia się jeszcze jeden dwójkowy zespół, który przepuszczamy po zrobieniu zjazdu. Stoję, czekam na swoją kolej na zjazd, Liskamm czai się w półmroku.

Dufor też w półmroku.

Lądujemy na śniegu i przepuszczamy dwójkę.

Schodzimy jeszcze niżej na siodło przełęczy Grenzsattel, zejście z serii miażdżących, stromo na prawo i lewo, w dół też stromo i ma się wrażenie, że idzie się jak po linie, nie ma gdzie oprzeć czekana by łatwiej utrzymać równowagę, do tego śnieg jest mocno przewiany i tak pewnie nie trzyma. Na przełęczy startuje wschód.

Duforek oświetlony promieniami wschodzącego slońca.

Drugi powalający widok tego wyjazdu, najwyższe alpejskie szczyty na kontrze wschodzącego słońca.


Po typowo śnieżnej grani ...



... wchodzimy w teren mikstowy.





Dobrze widać śnieżną grań i skalny fragment pod szczytem, który przysporzył troszkę komplikacji.

Od przełęczy grań lekko się wznosi, idziemy jej ostrzem lub w pobliżu, potem grań wchodzi we wschodnią ścianę.







Ściana jest dość obszerna, ale nie trzeba po niej kluczyć, idziemy prosto w górę. W środkowej części jest fragment płytowy, Michała asekurujemy na sztywno, potem on ściąga nas do siebie.




Po przejściu płyty jest strome pole śnieżne, z którego wchodzi się w krótki labirynt wyprowadzający na grań szczytową.



Po krótkim poziomym fragmencie wchodzi się na wybitniejszą kupkę kamieni w grani o nazwie Grenzgipfel.




Z tego piku widać już właściwy wierzchołek, ale trzeba przejść jeszcze kolejną kupkę kamieni Ostspitze.



Grań nie jest długa, ale dość zajmująca, są dwa czujniejsze miejsca i jedno, które trzeba pokonać na czworakach tuż przed szczytem
Tymczasem Nordent, i w oddali Dom.





Widoki z grani przednie.





Gdzieś po dziewiątej stajemy na szczycie.




Sesjona trwa w najlepsze

Na szczycie jest trzech przewodników z klientami, którzy weszli normalną szwajcarską i jeden trójkowy zespół, który prawdopodobnie zrobił Cresta Rey.



