Wracamy do Grani Jubileuszowej. W tym regionie jest dość trudna logistyka. Bo i wysoko i daleko. Taka góra dla maratończyków górskich. A dodatkowo jeszcze schronisko, które wydaje się idealne na bazę przesiadkową jest o tej porze zajęte...
No cóż. Mamy alternatywę. Wjeżdżamy z Ehewadlu kolejką. Kiedyś trzeba. Ruszamy na szczyt Zugspitze pierwszą kolejką, która startuje o 8.30. W 15 minut pokonujemy różnicę wysokości prawie 2000m. Chcemy ruszyć od razu, ale nie da się. Widoki ze szczytu są imponujące. Pogoda idealna, więc zatracamy się w czasie i obserwujemy, pstrykamy we wszystkich kierunkach.


Krzyż na szczycie:

No cóż, trza się ocknąć i ruszyć na grań. Czasu nie ma dużo. Grań liczona jest na 7-9 godz. amatorskiego tempa. Ubieramy uprzęże i do dzieła.
Po lewej dolina z jednym z największych lodowców w DE, po prawej Reintal, a właściwie górne piętro tej doliny z infrastrukturą narciarską.


Początek grani jest łatwy, niewiele jest ubezpieczeń, trudności znikome. W dalszej części trudności rosną.



Widok w kierunku Zugspitze

Na grani jest kilka miejsc, gdzie może przydać się lina do zjazdu. Jak wiadomo, schodzi się gorzej, niż wchodzi, więc taka lina może ułatwić i przyspieszyć przemieszczanie się. Poniżej jedno z takich miejsc.


Widok w tył. Ekipa Austriaków na podejściu

Grań, góra-dół-góra-dół...



W trudniejszych miejscach pojawiają się sztuczne ubezpieczenia


Mijamy kilka zespołów, które podążają w przeciwnym kierunku. Prawdopodobnie ze schroniska Knorrhuette. Tutaj jedna z ekip schodząca z Innerehöllentalspitze

Niestety, nie mamy dobrego tempa. Jest późno, więc decydujemy, że wolniejsza dwójka z nas zejdzie na awaryjny nocleg do Knorrhuette, a ja z kolegą maratończykiem polecimy dalej. Z Innerehöllentalspitze jest zejście właśnie do tego schroniska. Chłopaki schodzą, a my idziemy dalej. W oddali widoczny biwak (czerwona buda na awaryjne sytuacje)

Biwak z bliska:

I widok ze środka. Urzekający...

A nas czeka jeszcze kilka wejść, kilka zejść i oczekiwana ferratka D, z lekkim przewieszeniem. Gonimy...



Obiecana ferratka:



Na grani jest kilka miejsc, gdzie można zabiwakować pod chmurką. Przygotowane są platformy i w razie konieczności można wykorzystać. Poniżej miejsce, gdzie nawet ktoś zostawił spiwór.

Docieramy do jednego z ostatnich miejsc zejściowych przed Alpspitze. Przełęcz Grieskarscharte. Do Alpspitze zostało 40min.

Nasz cel w zasięgu wzroku. Alpspitze już tuż, tuż

Mordy się cieszą. Na szczycie będziemy kilka minut pod 18.

Ostatni szczyt. Tutaj trochę posiedzimy, bo widoki są piękne. Można też odetchnąć. Co prawda do schroniska mamy jakieś 1300m w pionie, to jednak pozwalamy sobie na chwilę dla duszy.
Widok w kierunku Zugspitze.

Inne kierunki również są imponujące.


Widok na Garmisch

Widoki fantastyczne. Spotkana Niemka oznajmia, że nocuje na szczycie

My niechętnie, ruszamy w dół.
Ten odcinek - dla nas zejściowy do Alpspitz - jest wyjątkowo dobrze "ożelaziony":





Docieramy do Rinderscharte, a następnie skręcamy w lewo i schodzimy dalej w dół tzw. Rindereweg
Tutaj, poniżej górnej stacji kolejki Alpspitz, na piargu niemieckie służby ustawiły drabinkę zejściową


Miło, a my dalej zakosami, w kosówce, w lesie idziemy w kierunku schroniska. Docieramy przed 22 przed zamknięciem kuchni. Zupka, dwa piwa - wypas na zakończenie tego dnia.
W tych czasach schroniska wypełnione są w połowie, więc nocleg też mamy komfortowy. Co drugie łóżko zajęte, więc miejsca pod dostatkiem. Ząbki i dobranoc
