Ścieżka, z której korzystałam podczas letniego trekkingu w Parku Adamello, to wytyczona 50 lat temu
Alta via dell'Adamello, nazywana Sentiero Uno:
https://it.wikipedia.org/wiki/Alta_via_dell%27Adamello. Przeznaczona jest dla bardziej zaawansowanych turystów (escursionisti esperti), no i faktycznie, nie jest to spacerowa trasa, szczególnie im bliżej przełęczy, gdzie stromo i gdzie ścielą się kamienie, kamsztory i głazy, czasem przykryte śniegiem - nie było go zresztą dużo, ale trafiło mi się kilka stromych, zaśnieżonych podejść i trawersów, które na bieżąco kwalifikowałam do przejścia pod kątem długości nieoczekiwanego zjazdu. Na plecach 11-12 kg, niby utrudnienie, ale zawsze myślę, jaką to będę miała grubą warstwę ochronną pleców, jeśli gdzieś nimi walnę. Na głowie - tam gdzie bardziej stromo i kamienie - kask, mimo że to zwykła turystyczna trasa - każdy chodzi, jak lubi i jak mu własna historia chodzenia po górach podpowiada.
Do końca lata wejdę jeszcze na 10 szczytów w Alpach Kotyjskich i Schladming, ale na razie muszą mi wystarczyć 3 przełęcze, wszystkie dość wysoko, na ponad 2800 m. Nie powiem, umordowana ledwie na nie z worem wlazłam.
1. Mocno kombinowałam, jak i w którym miejscu dotrzeć w głąb gór, szukałam autobusów, obliczałam kilometry do przejścia piechotą, na stopa się tym razem nie nastawiałam. Padło w końcu na dość korzystnie usytuowaną względem gór miejscowość Vezza D'oglio i do pierwszego schroniska Alla Cascata dotarłam w niecałe 7 godzin od wylotu z Warszawy, ale uwaga – nie ma ono w ofercie noclegów, co mnie kompletnie zaskoczyło.
Jest bardzo gorąco, w rejony tych zaśnieżonych szczytów dotrę za dwa dni.

2. Następnego dnia w porannych ciemnościach ruszam dalej. Na luzie, zobaczymy, co uda się wykroić z dnia. Po siódmej jestem niecałe 500 m wyżej, w schronisku Sandro Occhi all'Aviolo, tam czytam, że do kolejnego - Garibaldi - mam jeszcze 7 godzin.

Pomnożyłam te 7 godzin przez swój osobisty mnożnik i wyszło mi, że przed nocą dojdę do celu. Dopiero pisząc relację sprawdziłam, że w sumie musiałabym tego dnia podejść 2000 m do góry i zejść 900. I na to wszystko ja: wolno chodząca, z dużym plecakiem, nierozchodzona jeszcze. To nie mogło się udać.
Wejście na przełęcz Gole Larghe (2804) nie stwarzało żadnych problemów, przed przełęczą było całkiem spore pole śnieżne, ale poza trasą.

Nałogowo robię zdjęcia szlakowzkazom, niech więc jeden wskoczy do relacji. Te w Adamello są metalowe, farba słabo na nich trzyma, ale litery są żłobione, więc wszystko można przeczytać, np. to, że na przełęcz mam stąd jeszcze dwie godziny.

Poniżej jeden z wielu kamienistych odcinków Sentiero Uno, będzie ich dużo, tu akurat jest jeszcze wygodnie, idzie się, można nie patrzeć pod nogi. Na trasie pustki, przez dwa dni tylko raz zobaczę ludzi, ale to już jutro, bliżej celu. Przełęcz już widać na horyzoncie.

A na przełęczy, szarej, zachmurzonej, kamienistej, rosła pojedyncza kępa wyrośniętych jaskrawożółtych kwiatków. Wprost świeciły swym kolorem - i do niczego nie pasowały, były jak przywidzenie. Kwiaty w Adamello jeszcze nie raz mnie zaskoczą.

Przez chwilę widać było w oddali zaśnieżone szczyty. Idę z grubsza w ich kierunku. Od rana podeszłam 1350 metrów, teraz mam 900 na dół, a potem znowu 600 do góry - taki los turysty górskiego.

Przełęcz Gole Larghe (2804) i po lewej góra o tej samej nazwie, na mapie widzę nikłą ścieżkę prowadzącą na szczyt.

Skończyły się kamienie, nic nie widać, nie mam pojęcia, jaka droga przede mną, jak daleko na dół, czuję tylko, że wciąż jestem wysoko. Więc jak się teren na chwilę wypłaszczył, zatrzymała mnie myśl, czy by nie wykorzystać możliwości noclegowych tego miejsca, bo szanse, że dotrę do schroniska o przyzwoitej porze, miałam już niewielkie.

Noszę od jakiegoś czasu lekką, mocną płachtę folii, czasem się nią przykrywam, ale nie jest stabilna, zsuwa się, rogi fruwają. Wycięłam więc w niej nożyczkami malutkie dziurki na szpilki, a wcześniej podkleiłam te miejsca taśmą techniczną. No i teraz zadowolona z pomysłu przypięłam ją szpilkami do ziemi, a śpiącą siebie, plecak i buty – wsunęłam do tego foliowego tunelu. Czułam, że może pokropić deszcz.
W nocy lało jak z cebra, na folii utworzyły się w zagłębieniach małe jeziorka, woda gdzieś poprzeciekała, miejscami było mi całkiem mokro, ale najważniejsze, że nie przyszedł mnie w nocy poszturchać rogami jedyny towarzysz dzisiejszej wędrówki:


a mógłby to być także misiek, bo 20 lat temu rozpoczęto proces jego reintrodukcji i wypuszczono w sąsiednim parku Adamello Brenta 10 niedźwiedzi brunatnych, które przystosowały się do nowego środowiska i odnowiły populację, a nawet usadowiły się w logo parku.
3. Rano ruszam dalej, wciąż nic nie widać, a chciałabym zobaczyć, kiedy skończy się mozół schodzenia po śliskich kamieniach, mokrą ścieżką, zarośniętą jak widać niżej na maksa, pewnie nikt nią jeszcze nie szedł w tym roku. Staram się strącać wyciągniętym kijkiem krople wody, ale to strata czasu, trzeba się poddać.

Zeszłam w końcu do jeziora Benedetto. Jest tych jezior tutaj trzy, jedno za drugim, ale zdjęcie będzie później, bo na razie ich nie widać, mimo że idę tuż nad lustrem wody.
Za to 600 metrów wyżej, przy schronisku Garibaldi (2550), widoczność była już na całego i obiekty czekały w gotowości do zdjęcia. Schronisko usytuowane jest nad Lago Venerocolo (2540) – to jeden z najwyżej położonych sztucznych zbiorników w Alpach. Na jego dnie spoczywa stare schronisko, obecne powstało w ramach rekompensaty.

Na wejściu mierzą mi temperaturę. Wygląda na to, że w schronisku nikogo oprócz mnie nie ma. Ludzie, którzy gdzieś się czasem przewijają, to chyba pracownicy. Pewnie złaknieni już gości, może jestem dla nich jakimś znakiem powrotu do normalności. Zrobią wkrótce coś czułego w stosunku do mnie, ale postanowiłam nie pisać, co to było. Zostaję tu na dwie noce.
4. Kolejnego dnia wybieram się na krótką wycieczkę na przełęcz Venerocolo (3150), a może nawet na szczyt Venerocolo, który jest 160 m wyżej?
Woda w jeziorze poniżej wygląda jakby była z innej niż wodna materii, jest zbyt jednorodna, zmatowiała, ma zbyt wyrównany kolor. Sprawdziłam, że nie jest to za sprawą zdjęcia i jego interpretacji – wody w okolicznych zbiornikach mają po prostu znaczną zawartość mułu. Na dalszym planie najwyższa góra grupy - Adamello (3539), lub druga najwyższa, jeśli nieco szerzej potraktujemy rejon i dodamy trochę wyższą Cima Presanella (3556).

Ten śnieg robi wrażenie miękkiego, łatwego, ale taki nie był. Nie dało się po nim tak po prostu iść, trzeba było ciosać butami stopnie, przed każdym krokiem, a przy okazji uważać na czające się pod śniegiem dziury. Na początku trasy nie było to zresztą problemem, ale wyżej trafiłam na dłuższy zaśnieżony trawers, z którego – gdyby mi coś nie poszło – zjazd na dół byłby za długi, więc odpuściłam.

Miejsce dezercji:


Podczas pierwszej wojny przez ponad 70 dni transportowano z doliny na przełęcz armatę, ważyła kilka ton; dzisiaj możną ją oglądać po drugiej stronie lodowca, gdzie ostatecznie dokonała żywota na wysokości 3276 m;
https://youtu.be/eh2cvQ67syw?t=495. Schronisko Garibaldi – schronisko Tonolini. Po drodze: przełęcz w wersji mini - Bacchetta Pantano (2650) i przełęcz Premassone (2834), a między nimi sztuczne jezioro Pantano z 400-metrową koroną tamy, przez którą prowadzi trasa. Dodałam do tego 380 metrów tamy przy Garibaldi i wyszło mi, że betonowy chodnik stanowił prawie 11% całej trasy. Nie chciałabym jednak w żadnym wypadku, aby ostatnia uwaga coś ujęła tej świetnej trasie.
Wyszłam po piątej, pogoda piękna, przede mną 5-godzinna trasa, którą pozwoliłam sobie znacznie przedłużyć. Niedaleko schroniska mijam kościół zbudowany podczas pierwszej wojny światowej. Działania wojenne na terenie Alp nazywano „białą wojną”, ludzie ginęli nie tylko od kul - przede wszystkim zabijały ich poniekąd same góry: lawiny, osunięcia ziemi, odmrożenia, zimno, wycieńczenie. Nie ma lekko, góry czy doliny, każda piędź ziemi musi być zroszona krwią bogu ducha winnych ludzi. W tym roku topniejący lodowiec odsłonił kolejne ciała żołnierzy.

Trasa przez chwilę prowadzi w pobliżu północnej ściany Adamello. Wejście na szczyt jest po przeciwnej stronie i ponoć nie jest trudne – prowadzi przez teren największego włoskiego lodowca (jest to w zasadzie kompleks lodowców); w jego wschodniej części znajduje się Cima Giovanni Paolo II (3307), przemianowana z Cresta Croce na pamiątkę kilku wizyt naszego papieża na tych terenach.

I pierwsza przełęcz, Bocchetta del Pantano, malutka, oprócz oficjalnej nazwy ma ksywkę „poniedziałkowa” bo przechodzili przez nią ludzie do pracy po wolnej niedzieli - te tamy i zbiorniki wodne tworzą kompleks hydroelektryczny.

Za nią w końcu mogę w całej krasie zobaczyć trasę, którą przeszłam przedwczoraj, całkiem ładna, z turkusowymi oczkami jezior zaporowych Benedetto i d'Avio. Pierwsze od prawej wcięcie na grani to przełęcz Gole Larghe, ta z żółtymi kwiatkami.

Nazwa jeziora – Benedetto – to nazwisko budowniczego zapory. Miło, że wiele nazw w Adamello nadawano dla upamiętnienia poniekąd „zwykłych” ludzi. Garibaldiego można uznać za postać historyczną, ale kolejne trzy schroniska na mojej trasie honorują bohaterskich żołnierzy I i II wojny - kapitana Franco Tonolini i porucznika Serafino Gnutti oraz górskiego zapaleńca, pioniera alpinizmu w Adamello - Paolo Prudenzini.
Patrząc zaś w kierunku dzisiejszej trasy, miałam jedno życzenie – byle nie przez śnieg. W którym miejscu będę przekraczać grań na horyzoncie – nie wiem, póki co schodzę do tamy.
Przy zaporze budowlany rozgardiasz, po lewej stoją jakieś czarne szkielety po fabryce betonu, przed czołem tamy – budynki, chyba mieszkalne - wszystko to wygląda jakby wyrosło tu z ziemi, tworząc ten szalony industrialno-przyrodniczy pejzaż, w środku gór, bez żadnej drogi dojazdowej. Prawie wszystkie tamy, które widziałam kiedykolwiek w górach, wyglądały jak opuszczone, nieczynne. Ta robiła podobne wrażenie, chociaż jakieś oznaki pracy były: na zdjęciach widać czerwony wagonik kolejki, a w mijanym budynku zobaczyłam przez okno kilku mężczyzn, poza nimi przez cały dzień nie spotkałam już nikogo.
Po przejściu tamy trzeba skręcić w lewo i podejść bardzo stromym trawiastym zboczem. Mobilizowałam się do ostrożności wizją turlania do wody - nic by mnie nie zatrzymało po drodze, a plecak pociągnąłby mnie na dno, i kto by mnie tam szukał.

A to już widok z tamy, w rzeczywistości to zakole z gór wygląda bardziej majestatycznie.

Nie wiadomo skąd wpadła mi do głowy głupia myśl, że ze schroniska popatrują, jak przemieszcza się maleńki punkcik, czyli ja, co mnie deprymowało, bo szłam w ślimaczym tempie, i mobilizowało, żeby iść szybciej. Po znakach czy na przełaj droga przez głazy wydawała się podobna.

Śnieg jednak był. Przed przełęczą przykrył nieco kamienie, no i stworzył niewielkie pólka śnieżne, które musiałam forsować, ciosając butami stopnie. Ciekawe że między dwoma zdjęciami poniżej jest 40 minut różnicy, co też ja tam robiłam tyle czasu?


Przed śnieżnym trawersem na samej górze zaparłam się, że może on i krótki, ale za stromy – więc jak się wczołgam na lekko nachylony głaz obok, to przejdę dalej w bardziej bezpieczny sposób. Udało mi się chwycić górne krawędzie kamienia, ale próby wczołgania się wyżej były tyleż śmieszne, co nieskuteczne – plecak ściągnął mnie z powrotem, rączki puściły krawątki, zsuwałam się... albo w szczelinę przy kamieniu, albo w bliżej nieokreśloną przestrzeń za plecami, trochę się przestraszyłam. Lądowanie miałam poprawne, ale odechciało mi się dalszych eksperymentów, wróciłam do trawersu, skoncentrowałam się na maksa i przeszłam.
Wkrótce potem stanęłam na przełęczy Premassone (2834), która jest najwyższym punktem Sentiero Uno.

Dalsza trasa prowadzi na prawo w kierunku jeziora o tej samej nazwie co przełęcz. Taka bieda z nazwami w tych górach – jedna musi czasem obskoczyć wszystkie obiekty wokół.

Po drugiej stronie przełęczy luz, zero śniegu na trasie. Ale w tych górach na wielu przejściach trzeba zapomnieć o wygodnych ścieżkach, idąc, trzeba się natrudzić, nagimnastykować na głazach, piszę to oczywiście jako zadeklarowany wróg ścieżek odpicowanych pod turystów.

Bardzo tam było jak widać kamieniście w wyrazie, więc może pora napisać, że między kamieniami kwieciło się w tych górach czasem mocno i nieoczekiwanie. Tak jak na zdjęciach niżej, które zrobiłam, schodząc do schroniska Tonolini, widocznego już przy drugim jeziorze.



6. Ze schroniska Tonolini do schroniska Gnuti jest bardzo blisko, idę więc rano zobaczyć pobliskie jezioro Gelato, żeby dopełnić górami dzień po sam czubek.
Poniżej schronisko Tonolini (2467) nad jeziorem Rotondo, w którym zatrzymałam się na noc - najstarsze w Adamello. Powstało w 1891 roku, a jednym z inicjatorów i fundatorów był wspomniany już wyżej Paolo Prudenzini. No i ma teraz ten prawnik, pionier alpinizmu i wielbiciel Adamello trzytysięcznik swojego imienia i jeszcze przełęcz i schronisko na dodatek.
Poniżej cel wycieczki - jezioro Gelato Est, 2780 m. Dwa najwyżej położone jeziora alpejskie, według polskich nurków próbujących zdobyć „Koronę Jezior Ziemi”, to Matscherjochsee - 3185 m i Schwarzsee – 2800 m, przy którym spotkałam ich ekipę któregoś lata. Czyli Gelato jest niedaleko drugiego miejsca, ale potwierdzenie powyższego zestawu znalazłam jedynie na amatorskich stronach pasjonatów tematu.

I droga powrotna:


Powiedziano mi, że między schroniskami Tonolini i Gnutti będę szła bez utraty wysokości, a tu za progiem widzę przepaścistą dolinę. Się zmartwiłam, że przyjdzie mi jednak schodzić na dół.

Dziwne wrażenie robią te patrzące niemo w przestrzeń zadbane, opustoszałe budynki, usytuowane 500 metrów nad doliną, bez drogi dojazdowej. Ten z czerwonymi oknami to zresztą schronisko Baitone, myślałam, że zjem tam obiad, ale było zamknięte na cztery spusty.

Nie trzeba było schodzić do doliny - trasa prowadziła wąską ścieżką wykutą, na potrzeby militarne, w skalnej ścianie poniżej. Nazwę tego miejsca - Passo del Gatto - przetłumaczyłam sobie jako „przejście kota”. Wściekle pachniało tam kwiatami.



Wzdłuż ścieżki ustawiono zdjęcia z czasów I wojny.

Widok na Val Malga i zachęcający opis z Wikipedii:
dolina jest całkowicie pozbawiona zamieszkałych ośrodków i niewiele jest tam ludzkich form działalności.
W schronisku Gnutti ludzi już było więcej, także z racji piątku, ale warto dodać, że połowa z 34 miejsc była wyłączona z użycia - w każdym włoskim schronisku (i austriackim też) ustanowiono zasadę, że obcy sobie ludzie muszą być oddzieleni wolnym łóżkiem/materacem; w jadalniach czasem stosowano przegrody z pleksi. Wszędzie widzę plecaki obarczone linami, bo w okolicy są miejsca wspinaczkowe - ich właściciele wychodzą bladym świtem, a przed wyjściem dają istny koncert na suwaki i torebki foliowe.

7. Oni na szczyty i gdzie tam jeszcze, ja - na przełęcz Miller (2818), to ta głębiej wcięta na zdjęciu wyżej. Wyszłam bardzo wcześnie, do góry mam około 600 m, pogoda będzie piękna, na trasie spotkam tylko kilka osób. Dzisiejszy cel: schronisko Prudenzini.
Jezioro Miller, a po jego prawej stronie można dostrzec biały domek schroniska Gnutti. Miller to także nazwa: doliny, jeziora, stawu, mokradła, przełęczy, szczytu, lodowca, i wszystkie „millery” - obok siebie.

Wejście na tę poszarpaną przełęcz poniżej podobne w sumie do poprzedniego: po kamieniach, głazach, przez niewielkie łaty śniegowe, przy samej przełęczy łańcuchy; zaliczyłam krótki zjazd na tyłku po osypującym się zboczu w ramach „wycofu”, gdy chciałam się tradycyjnie wymigać od przechodzenia przez śnieg.

Górskie ścieżki w Adamello:



Widok z przełęczy Miller na dolinę Miller:

i po drugiej stronie - na dolinę Salarno z jeziorem Dossaccio:

Dobrze, że urlop był krótki, inaczej szłabym dalej przez przełęcz, którą widać na horyzoncie, śniegu tam sporo, mogłabym się nieźle pokiereszować przy próbie przejścia, albo wpaść w rozpacz, gdyby przyszło mi zawrócić.

Jezioro Salarno (będę tam jutro, w drodze powrotnej do domu):

Po drugiej stronie przełęczy był długi trawers po rozsypanych z fantazją granitowych głazach, dobrze wstrząśniętych uprzednio.


W końcu ziemia się uspokoiła, teren złagodniał, a jeszcze i ulubiony czerwony kolor wszedł mi na zdjęcie - w postaci niemieckiego turysty, który przebiegł naokoło po lodowcach w jakimś zawrotnym tempie.

Schronisko Prudenzini, w którym będę spała, widać już na dnie doliny. Gdybym została w górach dłużej, poszłabym dalej przez przełęcz po drugiej stronie doliny - na razie przeszłam połowę Sentiero Uno. Pewnie już tu nie wrócę, i mówię to z żalem, bo góry są tu dostatecznie jak na środek Europy dzikie. Nie ma tu wyciągów, kolejek linowych, dróg, niewielkie schroniska wpisują się w krajobraz. Co do zbiorników wodnych z tamami - pisałam kiedyś, że mi aż tak nie wadzą: może się przyzwyczaiłam, bo widziałam ich wiele we Francji, Hiszpanii i teraz we Włoszech, a może uznaję, że energia, którą wytwarzają, jest darem gór dla ludzi zamieszkujących te tereny. Te, które widywałam, w większości położone były w takich miejscach, że o drodze dojazdowej nie było nawet mowy. Wokół nich panowała cisza.
E questo è tutto, i to by było na tyle.
Rano idę jeszcze na krótki spacer w stronę Adamello:

Patrzyłam na ten przelewający się lodowiec... co też tam musi się dziać na górze, mało mu tam miejsca?

Ano mało:
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/ ... oramio.jpghttps://www.pnab.it/wp-content/uploads/ ... e-Zeni.jpgSchodzę doliną Salarno 800 m na nocleg do Stella Alpina di Fabrezza, a kolejnego dnia - 1000 m do Cedogolo, trochę na piechotę, trochę z pomocą busa, który spadł mi z nieba w ten upalny dzień, gdy straciłam już nadzieję po godzinnym wyczekiwaniu na przystanku i ruszyłam asfaltem na dół - byłam jego jedynym pasażerem.
(ściśle w centrum zdjęcia można wypatrzeć schronisko Prudenzini)