Wreszcie warunki w Highlandzie pozwalają na zrobienie trasy zimowej. Tzn. takiej, żeby można było poćwiczyć z ekwipunkiem, bo oczywiście tatrzańska zima to to nie jest, raczej bardzo fajny poligon dla początkujących.
Wybrałam trasę na munrosa Ben Lui, "The Gaothach Circuit". Coire Gaothach to kocioł w centrum.
Wycieczka liczy sobie pięć osób, trzech ogarniętych panów i dwie pół-pierdoły, z których dodatkowo jedna nie ma raków. 80% ogarnięcia wydaje się jednak wystarczającą proporcją, zaczynamy więc z optymizmem.
Z brakiem raków u Doroty radzimy sobie tak, że idzie przedostatnia, po przetartej ścieżce.
Marcin odkrywa, że dopiero z keczapem w łapie jest w swoim żywiole
Wszyscy zresztą mieliśmy banany na gębach. Nawet nie marzyły nam się takie warunki i taka pogoda. Oczywiście oficjalnym stanowiskiem naszej grupy pozostaje forumowe "nie jesteśmy tu dla przyjemności", a te śniegowe zabawy to śmiertelnie poważne wdrażanie do posługiwania się ekwipunkiem
W dwu, niestety nie uwiecznionych, momentach konkretnego scramblingu oznajmiłyśmy z Dorotą, że równouprawnienie teoretycznie panuje, ale my osobiście popieramy oldskulowe myślenie o kobiecie jako istocie uprzywilejowanej. Panowie poprzewracali oczami, powzdychali, Mazio jako ciężko doświadczony w temacie parę jawnogrzesznic nawet puścił, ale wciągnęli, popchnęli i pomogli.
Było pięknie.
Kolega Przemek, człowiek, który za mało ma w życiu kłopotów więc musi ich szukać:
Kol. Przemek się lansuje:
Naprawdę było pięknie:
Przed drugim z trudniejszych momentów:
Na górze widoków specjalnych nie było, ale za to czuliśmy się jak w samolocie.
Na szczycie obowiązkowy lans zbiorowy, z niższym wierzchołkiem w tle:
Podczas drogi na niższy kolega Przemek, jak sie okazało, testował wytrzymałość nawisów.
Sympatyczny lokals zaczepia mnie - "wiesz, ludzie mnie często pytają po co właściwie chodzę w góry, no i" - oczy mu się świecą, zatacza ręką łuk, tocząc wzrokiem dookoła - "jak ja mam im TO wytłumaczyć?".
Zgaduje się, że był w polskich Tatrach, które w warunkach zimowych określa jako "pure drama"
W zejściu kolega Przemek pokazuje na co go stać, uskuteczniając zjazd z podszczytowych partii aż na dno kotła. Zjazd, jakkolwiek celowy, szybko staje się niekontrolowany, Przemek z obłędem w oczach przewraca się na brzuch, próbując bezskutecznie hamować czekanem... Świadkowie obserwują akcję wstrzymując oddech, a Przemek dotarłszy w superszybkim tempie do dna kotła wstaje nieco oszołomiony, po czym otrzepuje się i unosi kciuk do góry.
Kazanie, które dostaje nieco później, powinno odwieść go od podobnych eksperymentów, przynajmniej w naszym towarzystwie. Mimo to Przemuś bardzo żałuje, że nikomu nie przyszło jakoś do głowy go nagrywać
Potem jeszcze marsz do samochodu, rajd po piwo, i wesoła podróż do domu. Kolejny dobrze wykorzystany weekend, kolejne świetne wspomnienie, trochę nowego doświadczenia
