Jest chwilę po siódmej, jestem w szoku, że w 5h udało nam się zrobić takie przewyższenie. Na szczycie jest niecka, w której nie zalega śnieg, można spokojnie usiąść na kamieniach i osłonić się od wiatru, który osłabł a słońce świeci centralnie na nas, więc zaczynam się troszkę rozgrzewać. Przez chwilę jesteśmy sami, więc rusza sesjona, na której uwieczniam rysunek, który przed wyjazdem narysowała dla mnie córka, bym o nich nie zapomniał



Widoczność jest znakomita a widok dość rozległy, szczyt jest jednym z wyższych i troszkę z boku.
Monte Rosa.

Masyw Weisshornu.

Matterhorn i Dent Blanche, daleko Mont Blanc, w dolinie, jeszcze w cieniu Zermett.

Na szczyt dociera w końcu goniąca nas dwójka, okazuje się że to polski przewodnik z klientem, który stwierdził, że bardzo starał się nas dogonić, ale nie daliśmy mu szans. Pojawiają się jeszcze dwa francuskie zespoły, które schodzą w dół chwilę przed nami. Po krótkiej pogawędce z przewodnikiem ruszamy w dół. Będąc na ścianie cały czas towarzyszy nam widok na ostatni szczyt z Grani Nadel, Lenzspitze, na drugim planie Weissmeise i Lagginhorn.

Troszkę niżej Hobarghorn, drugi w grani.

Około 30min od szczytu mijamy Michała z Magdą, walczą, z tego miejsca już się raczej nie wycofają i będą parli na szczyt. My dość szybko z dwoma francuskimi zespołami schodzimy w dół lodowca.





Na środku zdjęcia Przełęcz Fasti, na którą musimy wejść, nad nią Matterhorn.

Przed podejściem na przełęcz zdejmujemy sporo odzienia bo grzeje nieziemsko.



Podejście po odpuszczonym już śniegu i pokonanie dużego uskoku szczeliny brzeżnej wysysa resztki sił, ale do schroniska już niedaleko.

Na zejściu z przełęczy Francuzi troszkę nas przytrzymują, mają jakąś dziwną technikę zjazdów, my robimy dwa zjazdy, jeden fragment schodzę i jesteśmy przed szczeliną, dla bezpieczeństwa przechodzimy przez nią z użyciem poręczówki.


Lodowiec Festi pomimo, że jest koło południa jest mocno zmrożony.




Lodowiec szybko udaje się przejść i wejść na skalną ścieżkę w kierunku schroniska.




W schronisku jesteśmy po trzynastej, jeszcze około 5h przychodzi nam czekać na powrót Michała z Magdą w tym czasie przechodzi konkretna burza. Szczęśliwie oboje docierają do schroniska konkretnie skąpani. W schronisku spędzamy jeszcze jedną noc. Rano schodzimy do Randy.




Po dotarciu do samochodu robimy wielką wyżerkę, śniadania w schronisku nie mieliśmy a żarcie, które nam zostało trzeba skonsumować i zrobić miejsce na włoskie specjały. Podjeżdżamy jeszcze na kemping do Tasch wziąć prysznic i można ruszyć w drogę powrotną, przez przełęcz Simplon wracamy do Włoch. W pierwszym większym mieście po zjechaniu z przełęczy robimy zakupy a głodni włoskiej pizzy, której nie było okazji skonsumować, zatrzymujemy się jeszcze na przedmieściach Mediolanu.

Okazuje się, że właściciel przybytku dość długo pracował w Polsce, więc zbiera mu się na wspomnienia, jest bardzo zadowolony, że ktoś "obcy" odwiedził jego lokal, jednocześnie zdziwiony, że Polacy nic nie piją. Niestety każdy z nas miał rundę za kierownicą, więc wypić nie mogliśmy, ale gość przynosi własnej roboty limoncello, co prawda trunek słaby, ale wypijamy z iście polskim zamachem

Potem już żmudne toczenie się na daleką północ. Tak kończy się tegoroczna alpejska przygoda, można zacząć planować nową
KONIEC