Gór nie widziałem od stycznia i tęskno mi było do tatrzańskiego granitu
rozgrzanego południowym słońcem.
Do drobnych szarotek skropionych poranną rosą,
do dzielnych krokusów przebijających się z determinacją
przez zmarznięte płaty śniegu
i puszystych świstaczków wesoło pogwizdujących na dnie doliny.
Ciężko tak jakoś człowiekowi na sercu
bez tych hal zielonych i łąk pachnących.
Żeby więc nacieszyć swą duszę i wlać nieco miodu
w swe serce skąpane w dziegciu dnia codziennego
postanowiłem ze swym druhem
kilerusem
wyruszyć na kolejną tatrzańską wyprawę.
No, dobra koniec pieprzenia. Pora przejść do konkretów.
Start około 5:30 z parkingu w Popradzkim Plesie.
Mimo braków kondycyjnych całkiem sprawnie podążałem
po śladach kilerusa w górę Doliny Złomisk.
Ścięty nocnym mrozem śnieg pozwalał gładko sunąć po jego powierzchni.
Zaledwie kilka razy zapadłem się powyżej kolan
(oczywiście idąc po śladach kilerusa

).
Nie było źle, nawet pomimo tego, że wypchany
sprzętem letnim i zimowym plecak ciążył niemiłosiernie.
Około 8 byliśmy pod wschodnią ścianą Złomiskiej Turni.
Słońce grzało niemiłosiernie, a termometr wskazywał 25 stopni.
Ściana była prawie zupełnie wolna od śniegu.
Zimowe ciężkie buty, stuptuty oraz kurtki schowaliśmy
do plecaków i przywdzialiśmy buty wspinaczkowe.
Droga którą planowaliśmy przejść to WHP 1286 o wycenie IV.
Pierwszy wyciąg zaczynał się tak:
"Zacięciem kilkanaście metrów w górę".
Jednak po kilku metrach bez przelotu doszedłem do paskudnej kruszyzny,
spojrzałem na stojącego wprost pode mną kilerusa,
wyobraziłem sobie lecący spod mojej ręki wprost na niego kamień
i stwierdziłem, że to zacięcie to głupi pomysł.
Mimo jego protestów wytrawersowałem w prawo z owego zacięcia
na ograniczające go żeberko, a za nim ukosem w prawo przez kilka
ciekawszych momentów doszedłem do wygodnej platformy z hakiem.
Drugi wyciąg poprowadził kiler.
Najpierw przez lekką przewieszkę (myślę, że IV to było),
do stromego wąskiego płytowego komina.
Kiler sporo tam walczył i ku memu zdziwieniu jęczał coś, że zaraz odpadnie.
Jakoś mu nie bardzo w to wierzyłem. W końcu przemęczył i poszedł dalej.
O ile przewieszka poszła mi dosyć sprawnie o tyle komin okazał się gehenną.
Walczyłem w tym miejscu dobre piętnaście minut.
Lewa przewieszona część pozbawiona była jakichkolwiek chwytów.
Po prawej stronie, po której ciekła całkiem spora struga wody,
znalazłem jakieś stopnie i chwyty i próbowałem iść w górę.
Jednak okazało się, że wypchany plecak nie daje możliwości żadnego ruchu.
Nawet przyklejony maksymalnie do tej mokrej płyty nie byłem w stanie się ruszyć do góry, bo trzymał mnie plecak.
Po długiej szarpaninie i miotaniu się na boki w końcu zmęczony odpuściłem.
Wiedziałem, że w taki sposób tego odcinka nie pokonam.
Próbowałem nawet podciągnąć się z wbitego tam haka,
ale ten cholerny plecak uniemożliwiał mi jakikolwiek ruch w górę.
W końcu przełożyłem przez niego pętlę i trzymając się jej wychyliłem się nieco z komina i wyszedłem w górę.
Męka niesamowita i demotywacja przez A0, ale cieszyłem się,
że mam to już za sobą.
Następny wyciąg prowadził już chyba właściwą drogą
przez ostatnie trudności do łatwego terenu,
którym w 15-20 minut dotarliśmy na Złomiską Turnię.
Tutaj właściwie miała się zacząć planowana na ten dzień droga
czyli Siarkańska grań (III).
Spodziewaliśmy się warunków bardziej zimowych,
dlatego w plecakach mieliśmy raki i po jednej dziabce.
Okazało się, że grań była prawie zupełnie bezśnieżna,
a sprzętu zimowego nawet nie wyjęliśmy.
Przez ciężar plecaków, przekraczanie płatów śniegu
w butach wspinaczkowych, kilka trudniejszych wariantów kilera,
i nogi odgniecione od butów,
grań zajęła nam niesamowicie dużo czasu.
Na Siarkańskiej przełęczy byliśmy dopiero koło 18.
Samej grani nie będę opisywał, bo nie chcę kopiować WHPa.
Z pewnością jest bardzo ładna i niewiele ustępuje sąsiedniej biegnącej z Szarpanych Turni na Wysoką.
Widoki stamtąd są bardzo piękne, zwłaszcza na cały masyw Wysokiej, czy grań Kończystej.
Mam nadzieję, że kilerus wrzuci jakieś słit focie na których będzie co nieco widać.
Zejście z Siarkańskiej Przełęczy do samochodu z przerwą na Kofolę w Popradzkim Plesie zajęło nam około dwóch godzin.
Schodziło się rewelacyjnie. Śnieg nie zapadał się więcej niż do kostki i można się było po nim ześlizgiwać bardzo szybko w dół.
TATRZAŃSKI SEZON LETNI 2012 NINIEJSZYM UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTY!!!