Lata mijają, nogi się starzeją, a włosy wypadają... Trzydzieści lat nie ubłagalnie puka do moich drzwi. Myślę sobie, że trzeba przed śmiercią gdzieś jeszcze się wybrać mimo, że śniegu jeszcze w żlebach Kasprowego tak dużo, że połowa czytających "Tatry - warunki i pogoda na szlakach" wybiera kupę z majtek na myśl o zepsutej kolejce.
Tym razem czuwać nade mną będą rumpel i Lukasz_, a celem naszym będzie mała górka o nazwie Wołowa Turnia. Długo smażyć nie trzeba to w sam raz na moje schorowane kości. Z resztą żona i tak nie pozwali mi już wychodzić powyżej 2500 m.n.p.m.
Rafał przez pół drogi męczył nas żebyśmy poszli na Puskasa. Jak sobie przypomniałem, jak na "Ściany mają uszy" latałem jakieś dwa tygodnie temu, to "słowacka" szóstka wydawała się nie najlepszym pomysłem.
Niech moje stetryczałe kości przejdą chociaż to V-. Ba, żebym doszedł pod ścianę chociaż... jeszcze z tymi zapierdalaczami.
Docieramy pod ścianę w czasie 2,5 godziny i od razu pomykamy na Rampę.
Dalej trzeba się uzbroić w jakieś żelastwo. Wychodzi w końcu komu brakuje friendów...
Wbijamy się w Staflovą. Postanowiłem pokazać, ze jeszcze moje kości nie zezarła osteoporoza i prowadzę pierwszy wyciąg. Trzeba przyznać, ze stanie w butach wspinaczkowych w śniegu nie należy do najprzyjemniejszych.
W sumie bałem się ciut tej piątki i postanowiłem wszystko robić powoli i z wyczuciem, tak by mieć zupełną pewność ruchów i... o dziwo to się w zupełności udało. Wyciąg poszedł mi bez żadnych problemów, był banalny. Czy to na pewno jest V-?
Chłopaki migiem dobiegają do mnie.
Drugi wyciąg zaczyna się problematycznie. Ze schematu wynika, ze na lewo i Rafał doznaje szoku. Rozkminia i rozkminia... Już ma dawać, ale Łukasz krzyczy, ze to to to mylne miejsce. Topo jest skopane, trzeba dawać na wprost. Według mnie na prawo jest łatwiej, ale Rafał już jest z drugiej strony więc próbuje wariant na wprost, który wydaje się nie chodzony. Trochę myśli i zadaje. Fik, myk i już jest na górze. Dalej idzie Łukasz, a później ja. Miejsce nie jest banalne. Trochę musiałem się zastanowić jak do niego podejść, a i przechwyty nie były robione z taką pewnością, jak wcześniej. Nie rozumiem jak to się ma do wcześniejszego wyciągu, co by potwierdzało teorię o tym, ze trzeba było próbować z prawej. Po wyjściu z trudności ma być III, które przechodzimy jak biały człowiek. Coś mi tu nie gra...
Dalej jest wyciąg za IV+, który prowadzi Łukasz. Zupełnie nie wiem co się dzieje. Ktoś se z nas jaja robi. Patrzykont z prostszym wariantem to też IV+. Łot de fak?
Dalej jest płyta za V-, którą Rafał myka pozując nam do zdjęć. Gadamy z Łukaszem, ze pewnie ta mała przewieszka to najtrudniejsze miejsce.
Ale nie ma tam żadnej przewieszki, a wyciąg jest bardzo ładny, ale banalny.
Później szybko na lotnej na szczyt i zaczynam poszukiwania puszki wpisowej, której nigdzie nie ma.
Złazimy na Wielką Wołową Szczerbinę i kierujemy się na Rogatą Turniczkę żeby zejść jej ramieniem. Niestety ze szczytu nie da się tak łatwo zejść, więc musimy się ciut wrócić i po sporych kombinacjach schodzimy na żebro. Nie jest jednak super fajnie i przekraczamy zaśnieżony żleb żeby dostać się na kolejne żebro. Nim już spokojnie sobie schodzimy.
Dalej doliną schodzimy w zawrotnym tempie po śniegu i do szlaku.
8,5 godziny akcji górskiej, sama droga 2,5 w zespole trójkowym bez napinki, spokojnie i bez pośpiechu. Ot rekreacja na niedzielę.
Rafał przez pół drogi nie mógł nam darować, ze nie poszliśmy na Puskasa
