Nasz weekendowy trip rozpoczął się 26 dżulaja na PKS Wrocław. Do elbrusowej trójki (ja, rabe, aina13) dołączyły się dwie nowe osoby – Beata (uczestniczka i organizatorka himalajskiej wyprawy 3-peaks-trek) oraz Daniel (pomysłodawca tego wyjazdu).
Po 11h jazdy staliśmy już na parkingu przy Lucknerhaus i podziwialiśmy nasz cel „z nizin” (1920m npm). Imponujący! Szczególnie dla tych, którzy byli w Alpach po raz pierwszy… Szybki przepak i ruszamy do góry. Niesamowita lampa… Zaliczamy schroniska i po dłuższym postoju w Studlhutte idziemy ambitnie do Erzh. Johann Hutte (3454m npm).
Lodowiec Kodnitzkees, przez który wiedzie droga w górę, miejscami mocno puszcza i zdarza się, że brodzimy po kostki w wodzie. Generalnie idzie się niełatwo a kiedy zaczyna się stromizna robimy dwa kroki w przód a trzeci już w tył.
Widoki jednak wynagradzają wszelkie trudy.
Zarządzamy odpoczynek i czekamy na Daniela, który zdecydowanie musi popracować nad kondycją… Po pół godzinie ruszamy już skałkami do Erzh’a.
Jest jakoś przed 20… Kolacja, herbatka, pyszny strudel (polecam!), przywitanie Daniela, zachód słońca i spać.
Następnego dnia budzi nas wschód i czyste niebo. Daniel oświadcza, że rezygnuje z ataku szczytowego i poczeka na nas w Studlhutte. Tak więc w okrojonym składzie przywdziewamy szpej i lecimy w kierunku Grossglocknera.
Czym bliżej wierzchołka jesteśmy tym lepiej sprawa wygląda. Początkowo ze schroniska EJH podejście wydawało się bardzo „ostre” a teraz z każdym metrem stwierdzamy, że trudności są niewielkie. Początkowo trawersujemy w dobrze ubitym śniegu. Dochodzimy do miejsca gdzie zaczyna się skała i wypadałoby związać się liną – co też czynimy.
Postanawiamy przepuścić ekipy z przewodnikiem, żeby nie siedziały nam na ogonie.
Stromo, miejscami nawet bardzo, więc zahaczamy linę o batinoxy. Docieramy do Klein’a a tam oczywiście mega korek.
Czekamy bite 15 minut w mocno eksponowanym miejscu przepuszczając 2 wycieczki. Przepaście robią na mnie wrażenie. Są fantastyczne!
Zaczynamy schodzenie na przełączkę między szczytami a dla większego bezpieczeństwa wpinamy się karabinkiem w stalówkę.
Skała jest dość łatwa – w tych warunkach. W deszczu niektóre miejsca były by pewnie problematyczne. O około 9.30 stoimy już na szczycie (3.798m npm). Gęby się śmieją
Podziwiamy, pstrykamy fotki i odczekujemy aż wycieczki zaczną schodzić.
No i czas na drogę powrotną. Chmury nachodzą delikatnie na szczyt i momentami wokół nas robi się mlecznie.
Przewodnicy mocno irytują swoim przepychaniem. Z jednym nawet wchodzimy w pyskówkę, bo jego ekipa wchodzi pomiędzy nas a na dodatek jakaś laska zdejmuje nam pętle z batinoxa! – no bo ich lina jest przecież ważniejsza… No szlag trafia. Żeby nie psuć sobie humorów postanawiamy przepuścić całą tę ferajnę. Szkoda nerwów.
Chmury nachodzą coraz bardziej ale my jesteśmy już na lepkim śniegu i dymamy trawersem.
Mijamy chamskich przewodników i dochodzimy uchachani do Erzh’a. Szybka herbatka, kawka, strudel jabłkowy i uderzamy na dół. Pogoda fatalna! Pada deszcz a od strony doliny nadchodzi burza.
Przyspieszamy niesamowicie. Połowę drogi przez lodowiec pokonujemy zjazdem na tyłku (każdy na swoim oczywiście

). Ania wpada w małą - na szczęście, szczelinkę, mnie udaje się wyhamować dosłownie parę cm przed nią. Zaczyna padać grad, grzmoty są coraz częstsze a ja przy każdym z nich uświadamiam sobie jaki ogrom żelastwa mam na sobie. Już niemal biegniemy. Docieramy do Studlhutte przemoczeni, ale bezpieczni. Droga z Erzh.’a zajęła nam niecałą godzinę. Przeczekaliśmy najgorsze, zgarnęliśmy szczęśliwego i/bo najedzonego Daniela i szybkim krokiem kontynuowaliśmy schodzenie. Nim się zorientowaliśmy, byliśmy już przy Lucknerhaus. Kąpiel, suche ciuchy, pyszna kolacja, piwko, strudel (w L. nie polecam) i z bananami na buziach odpływamy w sen przed godziną 23.
Następnego dnia za oknem pogoda w kratkę. Mieliśmy fuksa! W ciągu całego tygodnia okno pogodowe było tylko przez dwa dni… Zbieramy manatki i ruszamy na Polandię. Byle do następnego!
