Sierpień roku 2011 – Niemal spontaniczna wyprawa na Kozi
Pierwszego dnia pobytu zdobyliśmy Kościelec. Dzień drugi – wyruszamy na Palenicę z zamiarem wgramolenia się na MPpCh, jednak pogoda całkowicie krzyżuje nam plany. Przemierzałem asfalt z coraz bardziej gasnącą nadzieją, że się poprawi. Czasem deszcz ustawał, zapalając we mnie jej nikły płomyk, ale zaraz potem znów wszystko padło. Po dotarciu do Moka mieliśmy pewność, że tutaj nic się nie zmieni, ale nie dopuszczaliśmy myśli o powrocie. Poszliśmy dalej, obejrzeliśmy początki szlaku, co tylko rozpaliło we mnie żądzę zdobycie przełęczy, dlatego rok później na nią wlazłem

Ale o tym już było.
Tematem tej relacji jest Kozi Wierch, który z Chłopkiem ma niewiele wspólnego. Jak dla mnie tylko tyle, że wracając ze spuszczonymi głowami, pokonani na parking, dumałem sobie, że jutro włazimy na Kozi. Mimo młodego wieku, to ja ustalam trasy, bo interesuję się tym także poza pobytem w górach. Chciałem ponowić wejście na przełęcz, ale wizja wleczenia się dwa dni z rzędu asfaltem trochę ostudziła mój zapał

To znaczy poszedłbym z wielką chęcią, ale nie byłem tam sam. No dobra, plan zaakceptowany, idziemy na Kozi. Jako, że na Kościelec idzie się od Jaworzynki, a tego też nie chcieliśmy powtarzać, ruszyliśmy od Palenicy. Przeszliśmy ten kawałeczek, żeby zaraz skręcić w zielony prowadzący do Piątki. Pogoda była znacznie lepsza, wracać się nie musieliśmy (na szczęście). Można nawet nie oszukując stwierdzić, że była całkiem ładna, może pomijając chmury, które zakrywały nam Rysy, Mięgusze i większość wysokiej Słowacji. Zdjęć nie będzie tu dużo, bo miałem mały wybór, ale co mogę to wrzucę. Już przy samej dolinie, na szlaku do schroniska zobaczyłem kwiat. Ot taki sobie kwiat, któremu zrobiłem zdjęcie. Ale podobno jest dobre, jak na amatorkę, więc stale się nim jaram


Obejście stawów, wyszukanie szlaku i już za chwilę wbijamy się w górę. Przedtem jednak (ta chustka to niby kark miała chronić przed zbytnim opaleniem

)

Podejście jest niezbyt strome, ale to zrozumiałe - sam stok taki jest. Widoki odsłaniają się powoli, a właściwie to nie odsłaniają się wcale, tylko zmienia się kąt spojrzenia, a przy tym sam widok zyskuje na uroku. Naprawdę jest co podziwiać, mimo że jedyną zmianą jest perspektywa. W miarę chodzenia wyłaniają się Rysy, Mięguszowieckie i słowackie granie, które jednak zasłaniały mi chmury. Grunt, że oszczędziły mi piątkę, bo np. w Gąsienicowej było jak w kotle. Kilka zdjęć z podejścia.
Jedno z moich ulubionych o nazwie ,,Czacha Dymi!’’

Szlak się kończy, dalej idziemy czerwonym, bardzo widokową, choć na tym odcinku bez specjalnych trudności Orlą. Urzeka nas Opalony i Miedziane, które - jeśli patrzy się od Moka - takiego uroku nie ma.

Kawałek czerwonym szlakiem i dochodzimy do szczytu.

Siedziałem sobie nad urwiskiem zafascynowany trudnościami Orlej i ktoś mi fotkę cyknął! Zlazłem nawet kawałek po klamrach ku przerażenia starszych członków załogi, ale nie chcę i przecież przyprawiać o zawał! Zresztą nieprzerwany tłum ludzi i tak zepchnąłbym mnie na górę. No dobra dobra, trochę cykora może było, ale ciii...

Z radością czy może przerażeniem odkrywam, że co rok ubywa mi jakiegokolwiek strachu w górach... Pamiętam jak kiedyś bałem się na Szpiglasowej (największy strach jakie mnie dotąd w górach poraził), a już w te wakacje Szlajałem się wszędzie pod Kazalnicą i Pośrednim Mięguszem

Aby się to kiedyś nie zemściło.
Ale co do tego urwiska:

Posiedzieliśmy tam trochę, zjedliśmy po Prince Polo, nacieszyliśmy się widokami, po czym zebraliśmy się do drogi powrotnej. Przy siklawie oczywiście wbiłem się na głaz, jeden z fajniejszych jakie tam są


Ty razem bez sandałów, więc nie ma się czego czepić
Trasy nie można nazwać trudną, jednak jest bardzo widokowa co w pełni to rekompensuje.
Z pozdrowieniami – Bańdzioch
PS. Jak się komuś nie podoba to WON!