To jest zarazem i ostatnia moja relacja, i post na tym forum, dziś wieczorem znika moje konto. Chciałbym jeszcze tylko pozostawić po sobie relację, ubogą w zdjęcia z drugiej części dłuższego pobytu w Alpach Julijskich, bo też wciąż zdjęć od ludzi, którzy mi towarzyszyli, niestety nie mam. Zresztą - większość poniższych zdjęć to zdjęcia wykonane tanią komórką w ramach idei light&fast

Najpierw były ambitne plany. Wielka ściana. Wielka droga. Przygotowania. Wyobrażenia. Trening. A później, na początku marca, odkleiła mi się siatkówka w oku. I plany się posypały. Zaczął się kilkutygodniowy stres. Może nawet depresja. Przemożna obawa przed powtórną operacją, znacznym pogorszeniem wzroku lub jego utratą. Tygodnie czarnych myśli, wertowania literatury fachowej, przeglądania forów okulistycznych. Pierwszy miesiąc po operacji upływa mi na spacerach pod Górkę Szczęśliwicką. Setkach razy wejściu na krzesło. Po drugim - mogę wracać do normalnej aktywności ale irracjonalna obawa nie pozwala działać na 100%. W oku niby niemal wszystko gra (choć obraz widzę wciąż lekko zdeformowany), ale mam czekać 90-100 dni na bardziej precyzyjną ocenę skuteczności operacji. Niemniej mój lekarz, po kolejnym check-upie zachęca do wyjazdu w Alpy, normalnego życia. No ale chuchając na zimne, pierwotny plan odkładam na przyszły rok. Albo już na nigdy.
Przed wyjazdem trenuję spokojniej, ale metodyczniej i w większej mierze z głową. Wciąż jednak boję się pojechać w skały. Nie jadę na Memoriał Skwirczyńskiego, zostawiam tym samym Grubego na lodzie, M_S nie daję lekcji z rozróżniania subtelnych wątków w bukiecie taniego wina, nie spotykam się z Mrocznym, Całką i resztą. Ładuję za to w warunkach cieplarnianych, generalnie trenując wytrzymałość. Pechowo kilka tygodni przed planowanym wyjazdem w Alpy łamię sobie serdeczny palec lewej ręki. Ha! Cóż zrobić. Jak pech, to pech.
Jedziemy jednak z Saxifragą mając pewne plany. Plany dotyczyły ładnych a w miarę prostych i krótkich dróg na kilku ścianach Alp Julijskich. No cóż - uprzedzając wydarzenia, pogoda nie pozwoliła na pełną ich realizację. Najpierw było upalnie, później burzowo a na koniec deszczowo. To nie są dobre warunki do wspinania w julijskim wapieniu. Ani nawet do turystyki.
Ani nawet do podróży pociągiem. W Czechach lokomotywa ciągnąca nas do Wiednia zapala się, spóźniamy się na dalszy pociąg do Słowenii. Jak pech, to pech. Docieramy jednak w końcu znajomą taksówką z Villach do Mojstrany. Na szczęście Saxifraga po powrocie do Polski składa reklamację w PKP i odzyskamy 50% ceny biletów.
Następnego dnia przejeżdżamy autobusem na przeł. Vrsic, załatwiajac po drodze różne sprawunki. Nie jest ani wcześnie, ani późno, idziemy wspinać się na Mojstrovkę. Raz raz i jesteśmy pod drogą.

Droga jest zajęta niestety przez 6 Chorwatów. Zrzucają na nas niestety kamienie. Ale jesteśmy dzielni i cierpliwi, nie wyprzedzamy, dajemy się im cieszyć powolną wspinaczką. Droga jest fajna, niedługa, z 200 m różnicy w deniwelacji, 6 wyciągów, w tym jeden (drugi) bardzo prosty. Niestety, pomimo pięknych, litych pasaży i świetnych widoków, zdarzają się kruche miejsca. Chorwaci je bezbłędnie wynajdują i zrzucony przez nich kamień wali mnie prosto w rękę, pancerny zegarek z trudem to znosi

Złamany palec trzymam we własnoręcznie skonstruowanej plastikowej szynie - jakoś daję sobie radę

Niebo się zaciąga. W oddali grzmi.
Tu z końca 3. bodaj wyciągu
To chyba wyciąg 4.Po tej rozgrzewce, następnego dnia wstajemy stosunkowo wcześnie i po szybkim, nieco ponad godzinnym podejściu, jesteśmy pod znaną z wcześniejszego roku drogą na południowej ścianie Prisanka. Jakoś źle mi się nią tym razem wspina. Pewnie dlatego, że w ogóle nie potrafię się na niej skoncentrować. Wiem, że jest miła i łatwa. Może dlatego w kluczowym piątkowym wyciągu, z którego miłe i pozytywne emocje doskonale pamiętałem jeszcze z zeszłego roku, robię własny wariant, śmiało omijając przeloty po prawej, i brawurowo

wychodząc ponad 10 metrów nad przelot. No cóż. Brak koncentracji i dezynwoltura spinają w efekcie pośladki

na szczęscie czuję moc i szafa gra. Zbiegamy z drogi do schroniska. Grzmi. Burza. Pada.
Podejście pod drogę
Na starcie
Prosty wyciąg pod dojściem do trudności
Na drugim piątkowym wyciągu
Saxifraga już po wyjściu z trudności, ostatnie metry drogi
Zbiera się na burzę, więc czas ładować graty i zmykać do schroniska
Kolejnego dnia idziemy się wspinać na kolejną, nieco dłuższą i trudniejszą drogę na Prisanku. Pierwszy stosunkowo łatwy wyciąg - równo 60 m - ledwo dociągam do stanowiska. Kolejne wyciągi , wszystkie za pięć lub pięć +, są już nieco krótsze (58 m, 55m, 35 m, 50 m, 45m). Wszystkie jednak bez wyjątku - piękne! Lita skała. Ekspozycja. Doskonałe tarcie. Świetne widoki. Ponieważ jednak wciąż chodzę z głową w chmurach, roztrzepany, rozkojarzony swoimi problemami - a chmury coraz większe i cięższe - zapomniałem wziąć przyrząd, więc wolę nie myśleć o jakimkolwiek odwrocie w razie niepogody lub odnowienia kontuzji palca, i bardzo szybko, przed czasem przewodnikowym, kończymy tę świetną linię. Po zbiegnięciu do schroniska - znowu burza z deszczem.
Podejście
Zdjęcie trochę słąbo oddaje stromiznę, ale droga generalnie trzymała się lini horyzontu
Gdzieś na wyciągu
Zdaje się, że w czwórkowym terenie
Top
W centrum - fajna formacja - Filar diabelski, może cel na kolejny rok?Następnego dnia muszę mentalnie odpocząć. Saxifraga wbiega sobie na Mojstrovkę, ja literalnie nie robię niczego. No, coś robię, tj. zjeżdżam z Saxifragą autobusem i z buta podchodzimy do schroniska w Krnicy. Jednego z najpiękniej położonych w Alpach Julijskich. Prognozy otrzymywane w schronisku brzmią pesymistycznie. Po rozsądny horyzont czasowy - burze i deszcze. Szlag - plan na tradycyjny wspin z Gregorem staje pod znakiem zapytania, wygląda na to, że pogoda nie zdąży się ustabilizować przed jego wyjazdem do Norwegii.
W drodze do schroniska w Krnicy
Taka to pogoda....Tymczasem kolejnego dnia wchodzimy sobie turystycznie na Kriż przez Krizską ścianę - piękną, stroma i groźną ścianę, którą prowadzi interesujący i dość śmiały szlak. 1400 m podejścia pokonujemy szybko, bo z wszystkimi odpoczynkami itd. w 2h10min. Systematyczny trening dobrze mi zrobił, bo nie mam poczucia, że goniliśmy, choć obiektywnie sprawy oceniając, byliśmy na Krizu bardzo szybko, w nieco mniej niż połowę przewidzianego przewodnikowego czasu. Wracamy szybko. Chwile po południu zaczyna grzmieć, robi się burzowo, w końcu - a jakże! - pada.
Siła! 
Kriżska stena
Saxifraga na ferracie
Już po przejściu Kriżskiej steny
Są jeszcze widoki i nie ma wciąż chmur, ale jest raptem 9 rano...
Widok w kierunku Triglava
Widok w kierunku Pihavca
Zasłaniam Razor 
Jeszcze trochę Kriżskiej stenyPodobnie błyskawicznie zdobywamy następnego dnia honorny Spik. Czas wejścia znowu niemal ten sam - 2h20min. Schemat się powtarza - popołudniu pada i grzmi.
Się napiera



I znowu te burze...Następnego dnia - leje od rana. Udaje nam się wyczekać na przerwy w deszczu i w miarę susi docieramy pod Północną Ścianę Triglava. Mamy w okolicy co najmniej 3 drogi wspinaczkowe na oku (zdrowym

). Ale cóż z tego?! Padać i lać będzie dalej. Sfrustrowani chodzimy niemal byle gdzie - na przeł. Vratca, Stenar, przeł. Luknję. Niewiele widać, skała mokra jak nigdy, szans na znalezienie choćby wejścia w drogę - brak.


Cóż te salamandry wyczyniały... Obcy kontra Predator!
Saxifraga niepocieszona i nieskatowana wraca do Polski. Ja zostaję, czekam na grupę ludzi z Polski, którym obiecałem pomóc w trasach w Julijskich. Ze znajomym i polecenia Gregora umawiam się na wspin Scianą Triglava. Plan jest prosty - droga Bawarska. Droga - klasyk. Droga rekomendowana w chyba każdym wspinaczkoym przewodniku po Ścianie. Co dalej? Się zobaczy, bo wariantów jest trzy. Pierwszy - połączyć z krótką Drogą Niemiecką. Ale kiedyś już wspinałem się Krótką Drogą Niemiecką. Fajniejszy byłby wariant połączenia Bawarskiej z Długą Drogą Niemiecką. Ale to już ponad 1000 m nawet nie drogi ale różnicy wysokości między jej początkiem a końcem! Jest jeszcze ostatnia wersja - jak piszą autorzy
Popular climbing routes in Slovenia - istna alpejska
Grand Course: Bawarska + Długa Niemiecka + wejście grzebieniem na sam pik Triglava. Całość około 1300-1400 m różnicy wysokości od początku drogi, 37 wyciągów, plus 500-600 m podejścia!
Dzień przed wspinaniem idę sobie na testowy spacer na piękną łąkę pod Sleme. Szlak należy do istnie katorżniczych - ostro, cały czas ostro, do góry. Po nieco 1000 m podejścia robię sobie wymarzony popas. Pogoda wydaje się klarować

Czuję, że kondycję mam dobrą, mogę spokojnie utrzymywać 700 m podejścia na godzinę. Plan grand course wydaje mi się całkiem realny.
Żeby zabić czas, po wyjeździe Saxifragi a dzień przed wspinem dynamicznym spacerem idę sobie 1000+na widokową polankęWspin Bawarską rozpoczynamy wcześnie. Około 5 opuszczamy auto. Po 1h15min jesteśmy na początku Bawarskiej. Widać, że tydzień niepogody zrobił swoje i na podejściu widać dużo zespołów. Ale dróg na Ścianie - trzeciej co do wielkości w Alpach Wschodnich - jest tyle, że dla każdego starczy miejsca

Pierwsze dwa wyciągi są dość proste, prowadzą kominkiem. Doganiamy zespół, który ustępuje nam drogi. Trzeci wyciąg jest dla mnie najtrudniejszy - czujna ścianka, trawers, wciąż czujny, wejście przez przewieszkę w komin. Zespół za nami utknie na dłużej w tym miejscu. Subiektywnie było to trudniejsze dla mnie miejsce niż na wcześniej opisanych tu drogach. Mieli Bawarczycy sprężą! Kolejne wyciągu - właściwie do końca Bawarskiej - są m e g a piękne. Ekspozycja. Ekspozycja. I jeszcze raz - wspaniała ekspozycja

A skała - lita i pewna. Bez fuszerki, bez rozczarowujących prostych pasaży, albo zniechęcającej kruszyzny. Ostra, z charakterem, śmiała. Droga na pewno z n a c z n i e piękniejsza od ładnej w końcu Skalaskiej z Ladjo, na której byłem w zeszłym roku. Niemal dorównująca Direktej ze Spika. Niestety, po 20-21 wyciągach (to klasyk, wiec liczą po 40 m) droga się kończy. Jesteśmy 500 m od podstawy ściany, choć dno doliny jest znacznie niżej, co zdecydowanie pogłębia ekspozycję.
Początek drogi
Widać linę, widać, jak biegnie droga
Gdzieś na początku
Prostszy wyciąg gdzieś na początku
Ruszam się 
To chyba moje dojście do 4. stanowiska
Pierwsze wyciągi

To już z połowy, wciąż ostro do góry!
Znowu się ruszam 
A taki widoczek ze stanowiska
Widok ze stanowiska gdzies z połowy Bawarskiej
Choc niedawny odłom skalny trochę zmienił drogę, niemniej wciąz skała lita i świetna
Ostatnie wyciągi Bawarskiej
To już chyba prawie koniec Bawarskiej
Końcówka
Ostatnie wyciągi Bawarskiej
Z wygodnej półki na dno dolinyIdziemy teraz w normalnych butach i bez asekuracji do Długiej Niemieckiej. W jednym miejscu niemal odpadam w wygładzonej wodą >>beczce<<. Mocniej zaciskam dłoń na chwycie, boli złamany wcześniej palec, jakoś przechodzę to wypolerowane dziadostwo. Dochodzimy do Długiej Niemieckiej (takie bite IV), dochodzimy bardzo szybko dzięki temu, że wspina się na niej, widoczny z daleka trzyosobowy zespół. Przeganiamy go na pięknej formacji formacji - odstrzelonej 50 metrowej płycie, tzw. Lustce. Najpierw idzie się w kominie, między ścianą a płytą, tak daleko jak można, następnie jakby wracając wchodzi się na nią, daje się śmiały krok na ścianie, na szczęście z dobrym i wyraźnym podchwytem. Ponieważ skała jest wciąż mokra, wychodzimy nieco dłuższym ale i prostszym wariantem na tzw. półki Kugyego. Z nich zaraz wbijamy się w grzebień kopuły Triglava. Sześć prostych (bo tak około II+) wyciągów wyprowadza na szczyt Triglava. Z niego po krótkim postoju zbiegamy w 2h30min do auta. Ponieważ na szlaku graniowym z Triglava jest sporo ludzi, zbiegamy równolegle do nich. Nieco to karkołomne i może trochę głupie, ale nie mamy siły czekać. Całość wyszła nadspodziewanie szybko. 37 wyciągów zajęło nam mniej niż 8 h, podejscie było szybkie, zejście również, więc o młodej godzinie zaczynam w pizzeri oczekiwanie na grupę z Polski.
Lustca
Krok
I po kroku 
Po przejściu Lustki nie mamy już sił na robienie zdjęć.... Zresztą po zejściu, wypiciu piwa (no, dwóch..) zamawiam pyszną pizzę i nie mam za bardzo siły jej zjeść. Dopiero teraz czuję ogromne zmęczenie. Mądry zegarek mówi, że droga kosztowała mnie 6600 kcal.
Następnego dnia czuję oczywiście zmęczenie. Na szczęście pada równo i z grupa osób z klubu górskiego, którzy przyjechali w Julijskie a którym mam towarzyszyć w wycieczkach, jedziemy do Lublany. Następnego dnia - łada pogoda, więc znowu od doliny Vrata idziemy Tominskova potą na Triglav. Z niego - przez Rz - idziemy na nocleg do Domu Stanica. Tego dnia urobiliśmy, jak mówi mój wysokościomierz, równo 2000 m podejścia. Po przedwczorajszym wysiłku czuję już jednak zmeczenie. Po nocy przechodzimy jeszcze piękną ferratę na grani Vrbanovih Spic po czym schodzimy do aut.
Na Tominskova pot
Z grupą na szczycie TriglavaKolejnego dnia grupa chce odpocząć, więc jedziemy na objazd krajobrazowy, plażing itd. Kolejnego dnia wychodzimy znaną, krótką i ładną ferratą na Małą Mojstrovkę. Byłem tam już tyle razy, że idę bez użycia stali. Nie przypłaciłem tego o mały włos zdrowiem - wyrywam potężną klamę, spadajacy kamień na szczęście nikomu nie robi krzywdy.

Kolejnego dnia wracamy do Polski, skąd po weekendzie na przepranie i wizyte kontrolną u okulisty, wracam z kolegą ze studiów, obecnie psychiatra i psychoterapeutą, do Słowenii. I tak znowu jestem, popołudniu, na przełęczy Vrsic. Wchodzę z Pawłem ponownie ferratą na Mojstrovkę. Lubię ją, nigdy mi się nie nudzi a z Pawłem jest śmiesznie, bo dusza z niego towarzystwa i skrzący inteligencją towarzysz. Następnego dnia lecimy ferrata przez Wielkie Prisojnikove Okno na Prisank. Jest wcześnie, więc idziemy dalej, aż do Małego Okna, trasą bardzo rzadko uczęszczaną a w mojej opinii - chyba w Julijskich najpiękniejszą.
Niestety, Paweł robi dużo bardzo pięknych zdjeć, ale będąc w rozjazdach nie zdążył mi po dziś ich przesłać. Proszę wieć uruchomić wyobraźnie 
Kolejny dzień - biorę Pawła na wspinaczkę na Mała Mojstrovkę. Choć zrazu nieufny w swoje umiejętności - dawno temu wspinał się po raz ostatni - bardzo dobrze i sprawnie pokonuje trudności. Świetna pogoda, więc i widoki, dobre tempo, widzę, że z każdym wyciagiem Paweł ma większą ze wspinu radochę. Na koniec - siadamy i delektujemy się tym wspaniałym dniem.
Paweł w trudnościach
To ja w trudnościach
Gdzieś mnie tu widać...
Szczęsliwy psychiatra
I jego kwaśny towarzysz 
Po wspinaniu - przepak, podchodzimy na przełęcz, z której schodzimy przez Slemenowa Spicę, świetny punkt widokowy, do schroniska Tamar dom.
Z koleżanką
Ze Slemenovej spicyNastępnego dnia idziemy z niego na piękny i honorny Jalovec. Ze szczytu - przez schronisko Zavetisce pod Spickom - idziemy na przeł. Vrsic. W upalnej pogodzie, szczerym słońcu, te 1800 m podejść dały nam się we znaki. Szybko jednak myjemy się, przebieramy się, wskakujemy w samochód i po całonocnej podróży, lądujemy w Warszawie
Może pogoda nie była idealna, może nie udało się zrealizować wszystkich ambitnych planów, ale satysfakcja była koniec końców ogromna, udało sie pięknie powspinać a łącznie blisko 20000 metrów podejścia również mnie całkowicie zadowoliło. Siła!
Tu również brakuje mi jakichkolwiek zdjęć, poza zdjęciem klaty szczytowej, którym się z Wami na tym forum żegnam. Berg heil!