To było tak:
Chciałem wk... moją żonę to mówię jej:
- W sobotę jadę w góry!
- Jak w sobotę? W sobotę miałeś... (już nawet nie pamiętam co miałem, ale coś faktycznie miałem, no ale wk... trzeba)
- Ale w następną sobotę...
O dziwo nie wkur... się i w mojej głowie zasiane zostało ziarnko niecnej przygody...
W następnym tygodniu lampa była jak na Maderze. Trzeba zostawić ten grajdół i lecieć!
Ok, to przepustkę mam, ale kto pojedzie z takim dziadem jak ja? Raz, ze mieszkam w najbrzydszym mieście na świecie i nikogo tu nie znam jeżdżącego w góry (już), dwa, że po dwóch latach (prawie) nic nie robienia pewnie bardziej nadaję się do leżenia na plaży w Łebie niż do górskich wyryp. W tamtym roku byłem w górach... raz. Hm... Czy ja jeszcze umiem się wspinać? Są tacy co mówią, ze tego się nie zapomina. Jest jak jazda na rowerze. Jaką ja mogę mieć kondycję? Przecież ja nic nie robię. Nic! W sumie rok temu też tak się zastanawiałem. Mam kondycję naturalnie. Nie muszę nic robić. Tak mam. Tak przynajmniej sobie teraz myślę. Grunt to dobre nastawienie.
Cóż zrobić, trza zadzwonić do Madnessa. Pewnie będzie chciał jakieś piątki łoić, ale moze dostał osteoporozy i zechce np. wejść najprostszą drogą na Jastrzębią Turnię, albo inną emerycką wycieczkę. Możemy też zamówić pizze w Da Grasso jak Szlezwig Holsztyn, albo wysmarować się pastą do butów, żeby nakręcić materiał o rasizmie dla Wyborczej.
Madness strasznie się zdziwił, ze zadzwoniłem. Myśłał, ze już sprzedałem swój sprzęt górski albo mi pikawa stanęła. Mówi piąteczka (jakbym zgadł) Cesta k Slnku. Ponoć proste pięć. Żeby ją przemłucić wystarczy mieć przynajmniej jedną nogę, półtora ręki i umieć przeskoczyć przez płot Stoczni Gdańskiej. Droga jest na Słowacji, toteż zażyjemy wolności z dala od straszliwego kaczystowskiego reżimu.
Tylko, ze ja nie umiem się wspinać. Tzn. nie wiem czy umiem. Pewnie nie umiem. A tam kit z tym. Będzie co będzie. Jak się zdupczy to będziemy mysleć. Na drugiego to jakoś to umęczę. Droga lita, chodzona. Nie ma co srać po krzakach tylko pakować sprzęt i jechać.
Pojawia się problem o której wstawać. Po kilkukrotnych przedstawieniach projektów i wnoszeniu do nich zmian, zostaje przegłosowane jednomyślnie (troche krakowskim targiem) 3:15 w Skomielnej, czyli dla mnie pobudka 1:30 i 1:40 w samochodzie. Ja wstaję ubieram łachy, myję zęby, biorę plecak i idę do samochodu. Nie wiem czy coś spałem. No ale tak to już jest. Nie jedziemy tam dla przyjemności!
Mój stan umysłu można porównać do rozwielitki, czy konika morskiego. Podobnie też wyglądam. Już na początku mylę zjazd w Bielsku (nie wiem jak można pomylić!), później przegapiam skręt i jadę na Tresną (jadę tutaj sam chyba pierwszy raz). No ale w końcu dojeżdżam do Skomielnej i tam przesiadam się do samochodu Madnessa.
Na miejscu jesteśmy straszliwie wcześnie. Wyruszamy o 5:05. Idzie się nawet nieźle, aż do Chaty Zamkowskiego. Tam zaczynam czuć biurko i komputer. Gdybym nie był sobą, to pewnie miałbym już pokaźny basior. No ale jestem sobą i nie mam nawet grama tłuszczu. Trudno mi sobie wyobrazić, ze to może się zmienić.
Próg pod Chatą Terry'ego to już zupełna maskara.
Czas dojścia do Chaty poraża. Aż wstyd napisać: 2 godziny i 45 minut. TRAGEDIA!!! Jeszcze piętnaście minut i mógłbym się nazwać pisdą. No ale nic. To jest obowiązkowy przystanek bo można w komfortowych warunkach zrzucić parę zbędnych dekagramów. I nie uwierzycie! Był papier!!! I to trzy rolki!!! W jednej kabinie!!!

Dalej w stawie pompujemy nasze bukłaki. Zasada light and fast ponad wszystko! Tyle, ze dzisiaj ten fast to tak nam idzie, że wyprzedza nas jakaś para, która też idzie na naszą Cestę. W sumie wyszło fajnie bo nam ślady zrobili na śniegu i szło nam się o niebo lepiej. Chociaż i tak średnio. W podejściówkach po śniegu nie jest super komfortowo. No i buty nam przemakają. Co prawda mi delikatnie.

Zespół powyżej idzie sprawnie. My się nie spieszymy. Prowadzę pierwszy wyciąg. Coś musze poprowadzić. Akurat czórkowy wyciąg. Bardzo fajny. Nie sprawia mi on problemów. Tylko Madness marudzi, ze sadzę przeloty jak Petru gafy.
Dalej idzie Madness dwa wyciągi. Zaczyna się takim łatwym kominozacieciem, dalej lufa jak stopiędziesiąt. Już mi się podoba. Na drugim wyciągu robi może dwa przeloty. Minimalista!

foto by Madness
foto by MadnessKolejny wyciąg to akurat dla mnie. Jest tak łatwo, ze nie robię żadnego przelotu. Madness jest zawstydzony.
foto by MadnessKolejny wyciąg jest zdecydowanie najładniejszy. Przepiękny trawers i wyjście z niego. Lufa, lufa, lufa! Ależ mi się podoba! Nie wiem czy Madness dobrze poszedł, bo wyjście jest niebanalne. No ale jest przepiękne! Nie ma co marudzić. Wszystko idę na spokojnie, jak tetryk.
foto by MadnessSpodziewałem się tego: Madness chce walić końcową płytę na wprost. Już mi wszystko jedno. Tak dobrze mi się dzisiaj idzie, ze choćby góry srały to to przejdę. A niech idzie! Madness przełazi, ale jakoś łatwo mu to poszło i stwierdza, ze jak sześć, to chyba bardzo łatwe. No sześć to to na pewno nie było, bo ja to przeszedłem bez najmniejszych problemów.

Zakładamy buty i robi się mniej przyjemnie. Moje trzewiki zdążyły nasiąknąć. Woda ładnie się w nich umościła. Nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności. To na pewno.
Dalej zastanawiamy się co robić po skończonej drodze. Wiadomo nie wejść na szczyt, to jak nie skorzystać z last minute z koleżanką z Nowoczesnej. No ale co dalej? Ostatecznie zostawiamy tu plecaki, wbiegamy na Kopę i paczymy na Lodowego.
Pamiętałem, ze jak złaziliśmy z Lukaszem to czas 50 minut z WHP był jakoś mocno skrócony, więc rzucam z głupa, że 40 minut trzeba liczyć tam i z powrotem. Po 17 minutach jesteśmy na Lodowym. Wpisujemy się do książki, robimy zdjęcia i na Kopie meldujemy się w sumie po 43 minutach. Grań na Lodowy jest na prawdę piękna. Szkoda, ze taka krótka.






Złazimy po plecaki i dalej walimy granią. Straszny parch. Nie wiem czemu ale mi się ubzdurało, ze kiedyś szedłem tę grań od dołu. Tyle, ze to była grań na Swistowy. Jakoś mi się tak umaniło. Nie patrzymy naawet w opis tylko idziemy jak puszcza.
foto by Madness
foto by MadnessJesteśmy trochę umęczeni i gdy dochodzimy do wyraźnej przełęczy (Skryta Ławka) złazimy na dół na stronę Lodowej Dolinki. Kolejny raz kijki się przydają. Moje podejściówki z twardym zapiętkim też chyba lepiej sobie radzą z takim śniegiem niż buty Madnessa, które jadą po tym jak po maśle. W butach breja totalna. Jestem na siebie zły, że buty na zmianę mam w Skomielnej.
Dalej nie ma co pisać tylko zejście. No moze poza tym, ze na Hrebenioku dostałem jakiegoś totalnego kopa. Poczułem, ze mogę jeszcze iść i iść, więc zacząłem sobie zbiegać. Nie wiem skąd się bierze u mnie ta energia. Może ją przez rok akumulowałem w organizmie. Wycieczka prawie 16 godzin. Jakby nie patrzeć kawał wyrypki.
Powrót samochodem to była oczywiście tragedia. Najlepiej jak mnie Madness zostawił w Skomielnej, a ja zgubiłem klucze do samochodu. A już go wcześniej otworzyłem. No jakoś to zrobiłem, więc gdzie są klucze? Normalnie poczułem napierający imperatyw kategoryczny. Ale nagle mnie oświeciło. Bagażnik. Rzuciłem klucze do bagażnika. Jazda była dramatem. Jechałem sobie spokojnie, powoli. Dopiero na ekspresówce przycisnąłem. Wycieczka trwała prawie całą dobę. Na drugi dzień czułem się jak po wypadku.