Jakiś czas temu, gdy wracałem przez Rajec, mój wzrok przyciągnął szczyt w Małej Fatrze Luczańskiej o ciekawym kształcie i łąkowym grzbiecie. W domu dość szybko doprecyzowałem, że jest to górka o wesołej nazwie - Cipcie. Na mojej starej mapie szlaku na nią nie było, ale po sprawdzeniu na słowackiej stronie internetowej okazało się, że Słowacy dwa lata temu otwarli na nią dwa szlaki ze wsi Turie: żółty i niebieski. A jako, że ostatnio trochę zasiedzieliśmy się w Tatrach, tym razem postanowiliśmy zmienić nieco rejon i pojechaliśmy w Małą Fatrę.
Już po drodze pierwsze zaskoczenie: Słowacy dzień wcześniej otwarli wiaduktowy odcinek autostrady D3 na odcinku Zwardoń - Svrcinovec. Chociaż ciężko go nazwać autostradą, bo jest dwupasmowy z ciągłymi ograniczeniami do osiemdziesiątki bądź setki.
Po dojechaniu do Turie ruszyliśmy niebieskim szlakiem do góry akurat w momencie, gdy zaczęły się rozwiewać mgły w dolinach - zjawisko, jak na czerwiec, dość osobliwe.

Niebieski szlak prowadził nas zakosami przez gęste, najpierw iglaste, a następnie bukowe lasy. Po drodze kilka punktów widokowych na Rajecką Kotlinę. No i w końcu dotarliśmy na trawiasty grzbiet górki Cipcie (wolę tej nazwy nie odmieniać ,

)z widokiem w głąb Doliny Turskiej. Przed nami wznosił się masyw Kozola, po naszej lewicy Martinske Hole. Fajna miejscówka.




Dalej następuje dość strome zejście, krótki odcinek w wąwozie i długi trawers do przełęczy Kobylie. A z przełęczy ostro pod górę. Naliczyłem aż cztery "ścianki".
Szlak wyprowadza na wzniesienie Skalka, które jest doskonałym punktem widokowym oraz miejscem, które latem jest rajem dla zbieraczy jagód.





Odcinek Skalka - Krizava należy do moich ulubionych w Małej Fatrze; dziwię się, że jest tak rzadko uczęszczany.



Od przełęczy pod Krizavą idziemy już głównym grzbietem w kierunku północnym i w końcu mijamy tu pierwszych turystów. W ten sposób docieramy na Mincol (1364 npm); zresztą, nie my jedyni, jak widać na zdjęciu poniżej.




Nadszedł czas na dłuższy postój, który wiąże się z obserwacjami krajobrazowymi, innych turystów oraz ich psin, odganianiem wszelakiego robactwa, a także zajadaniem się pysznymi kromkami z konfiturką. Szczyt jest również oblegany przez rowerzystów - podejrzewam, że Dolina Turska świetnie się nadaje się na zjazd. Zresztą moglibyśmy nią schodzić żółtym szlakiem, ale my wybieramy niebieski, który prowadzi wzdłuż grzbietu nad doliną.
Po drodze towarzyszą nam ciekawe widoki na Kozol i Hoblik.


Niebieski szlak w dolnej części został zmieniony, my wybieramy tą starszą wersję, z dobrze widocznymi, zamalowanymi znakami na drzewach. Tak też docieramy do linii elektrycznych, które zgodnie z naszym założeniem mają nas doprowadzić z powrotem do Turie. Pierwszy odcinek drutów był jednak zawieszony nad jakąś dolinką, czego w żaden sposób nie dało się odczytać z naszej mapy. Byliśmy więc zmuszeni obejść go dołem.


Zamiast dalej iść dołem przez malownicze pola, jak zahipnotyzowani przez owe linie, ruszyliśmy ku nim do góry. Zrobiliśmy jakieś dwieście metrów przewyższenia, po czym okazało się znowu, że niepotrzebnie, bo Turie leżało centralnie pod nami. Jednak pragnę Was uspokoić, bo ostatecznie jakoś dotarliśmy do auta i wróciliśmy do domu - nie piszę tej relacji z jakiegoś dzikiego ostępu w Małej Fatrze.
Wycieczka, która miała miejsce wczoraj, zabrała nam osiem i pół godziny (w tym błąkanie się na końcu półtora). Zrobiliśmy około 1500 metrów przewyższenia i jakieś 20 kilometrów. No i te Cipcie - prawdziwy mężczyzna/turysta musi je zdobyć

.