Jadę
Decyzję odkładałem do ostatniej chwili, jednak w końcu siedząc w pustym mieszkaniu zdecydowałem, że
nie straszna mi dwudziestogodzinna samotna jazda samochodem, i że naprawdę chcę zobaczyć rejon o
którym myślałem od wielu lat – Alpy Julijskie. Następnego dnia zaczęła się karuzela – wykupienie
ubezpieczenia, zakupy, przygotowanie samochodu, w końcu o 14 wyrwałem się z pracy i ruszyłem. Plan
zakładał dotarcie późnym wieczorem (a raczej w nocy) do schroniska Koca v Krnici gdzie spać mieli Beata
(saxifraga), Tomek (Zombi) oraz ich kolega Paweł.
Cóż można napisać o samej drodze – to zło konieczne, 10h jazdy właściwie bez przerwy. Ok. 23
zjechałem z autostrady za austriackim Villach, przekroczyłem słoweńską granicę na przeł. Wurzenpass i
przez Podkoren dotarłem do Kranjskiej Gory. Tam skręciłem na Vrsić. Najgorsze było to, że nie
wiedziałem do końca w którym miejscu mogę zostawić samochód aby najkrócej było do schroniska. W
pewnym momencie, w ciemności mignęła mi po lewej jakaś boczna droga skręcająca do lasu a obok niej
kilka zaparkowanych aut. Zawróciłem kawałek dalej. Wyszedłem z auta znaleźć jakiś szlakowskaz. Bingo.
To tu. Zaparkowałem auto, wyłączyłem światła. Zupełna ciemność i zupełna cisza.
Szybko pakuję plecak i o świetle czołówki ruszam szlakiem ku schronisku. Musiałem bardzo mocno
pilnować znaków, aby nie skręcić błędnie w jedną z licznych ścieżek, które minąłem. Kilka razy nawet
wracałem do ostatniego znaku. Po kilkudziesięciu minutach dotarłem jednak do cichego i ciemnego
schroniska. Po zapukaniu, uprzedzony wcześniej przez Beatę, że jeszcze jeden wariat z Polski przyjdzie w
środku nocy, gospodarz otwiera mi drzwi. Chwilkę potem wchodzę do uśpionego pokoju i sam zasypiam
chwilę później.
Rano witam się ze wszystkimi. Tomek opuszcza nas gdyż musi się przemieścić w inny rejon, był
umówiony na jakąś poważną wspinaczkę kolejnego dnia, natomiast pozostała dwójka zgadza się trochę
ze mną pospacerować. Na rozgrzewkę (dla mnie, dla Beaty i Pawła raczej na dojście do siebie po
poprzednich przejściach) idziemy na Spik. Szczyt bliski, ponoć widokowy, całkiem wysoki. Przystałem na
ten plan, choć wolałbym iść na Skrlaticę, która wydawała mi się bardziej interesującym celem. W moich
planach i wyobrażeniach hamowała mnie nieco Beata, która doradzała żebym raczej zobaczył najpierw
jak tu się chodzi, jakie przewyższenia i dystanse wchodzą w grę i jak na aparat ruchu działa poruszanie
się w tym trudnym terenie, niż od razu porywał się na wymagające trasy. No i miała sto procent racji.
1. Z podejścia na Spik. Widok na Razor. Od razu wpadł mi w oko.

2. Prisojnik, w chmurach Mangart, Jałowiec, Mojstrovki

Ale do rzeczy – szlak na Spik oznacza pokonanie na dość krótkim dystansie ok. 1400m przewyższenia od
schroniska. Dla mnie bomba. Lubię konkretną petardę a nie łażenie 10 kilometrów po płaskiej dolinie.
Początkowa część drogi biegnie korytem jednego z licznych tu o tej porze roku wyschniętych potoków.
Po kilkunastu minutach wychodzimy z koryta i rozpoczynamy długie obejście trawersem jednego z
mniejszych wierzchołków w okolicy Spiku, najpierw w piętrze lasu a potem kosodrzewiny. W miarę
zdobywania wysokości wokół nas zaczynają roztaczać się coraz szersze, piękne widoki na Razor, Prisojnik
(zamykające dolinę z przeciwległej strony), a następnie, położone dalej - Jałowiec i Mojstrovkę.
Większość tego pierwszego odcinka drogi pokonałem rozmawiając z Pawłem, Beata natomiast,
hmmmm, swoim tempem poszła do góry jako pierwsza. Może żeby bardziej zobrazować sytuację
napiszę, że Beata po górach zap... Ja myślałem, że chodzę dość szybko, ale nie mam do niej startu
absolutnie (i myślę, że mało kto ma), odpadam po góra kilkunastu minutach.
Tymczasem przeszliśmy na jasną stronę mocy. Słońce zaczęło dogrzewać coraz mocniej. Środkowa część
szlaku biegnie już powyżej piętra roślinności, z tamtego miejsca mogliśmy dokładnie prześledzić dalszy
przebieg drogi – najpierw na przełęcz, a następnie na szczyt Lipnicy, na który końcowy, ubezpieczony,
odcinek trasy biegł ostrzem niewielkiego filara. Stamtąd granią, lub tuż pod nią, już w trudniejszym
terenie skalnym, miejscami eksponowanym, w niewielkich trudnościach wychodzimy na wierzchołek
Spika. Droga zajęła nam ok. 3h30. Widoki ze szczytu były kapitalne. Oprócz wierzchołków, które
wymieniłem wcześniej, w pełnej krasie pokazał się masyw Velikiego Oltara oraz Skrlaticy. Prawdziwe
dzikie skalne gniazdo górskie. W dalszej perspektywie zieleń dolin, słoweńskie miejscowości, na
horyzoncie Karawanki i jeszcze inne pasma za nimi. Daleko na zachodzie potężne ośnieżone masywy. Kto
wie co to było?
3. Piękne skały

4. Skrlatica. Jeszcze tam wejdę

Zeszliśmy szlakiem biegnącym prosto na zachód, najpierw po piargach, potem bo bardzo stromym lesie
– szlak biegł prościutko w dół, żadnych zakosów (klamry w lesie? Tylko w Julijskich!). Kolana dostały
mocno , podczas schodzenia nie było w ogóle mowy o rozluźnieniu czwórek, wszystko na spięciu i
kontroli.
5. Zejście ze Spika

6. Podczas zejścia

Po akcji górskiej podszedłem na chwilę do zaparkowanego w pobliżu samochodu uzupełnić zapasy.
Spotykam się z resztą już w schronisku. Przyniosłem trochę ciekawych wiktuałów, które w obliczu
skromności schroniskowej oferty żywieniowej wywołały spore zainteresowanie (rzodkieweczki!). Po
solidnym posiłku udaję się na drzemkę, a później spędzamy przyjemny schroniskowy wieczór przy jakiejś
miejscowej naleweczce. A przedtem panie ze schroniska zaserwowały nam pyszne risotto z kurkami,
które pracowicie czyściły większość popołudnia. Miodek.
7. Dolina Krnicy

Poza jedzeniem, w stosunku do polskich gór, w Slowenii inaczej wygląda również kwestia mycia i w ogóle
dostępu do wody. Czułem, że po całodziennej jeździe dnia poprzedniego i wymagającej wycieczce fajnie
by się było umyć. Tylko nie za bardzo było jak. Ale i na to znalazł się sposób. Wziąłem sobie kilka butelek
wody, mydełko i zrobiłem sobie elegancki prysznic w środku lasy nieopodal schroniska. Na dokładne
umycie całego ciała wystarczyło mi jakieś 3l wody. Niesamowite. A w domu zużywa się tego pewnie z 20
razy więcej.
Dzień kolejny rozpoczął się ponownie od pysznego, wyjątkowo bogatego śniadania. Krótko po nim
wyruszamy zmierzyć się z Kriską Steną – kilkusetmetrową ścianą broniącą dostępu do Kriskich Podich –
tarasu krasowego otoczonego przez wysokie widokowe szczyty. Aby dostać się pod ferratę
umożliwiającą łatwe pokonanie ściany najpierw należało pokonać ok. 900m podejścia w lesie, następnie
kosówce i na koniec piargach górnego piętra doliny Krnicy. Otoczenie tego zakątka Alp jest iście
wysokogórskie, a końcowa część doliny to kocioł otoczony z trzech stron przez kilkusetmetrowe ściany.
Coś pięknego.
8. Pod Kriską Steną

9. Wyjście na płaskowyż

Samo podejście ferratą nie było trudne technicznie, lecz należało naprawdę uważnie śledzić przebieg
szlaku, aby nie zapchać się w jakiś nieciekawy teren. Po ok. 3 godzinach od wyjścia ze schroniska stajemy
na skraju płaskowyżu. Zaczynają się konkretniejsze widoki a samo otoczenie robi piorunujące wrażenie –
krajobraz jest iście księżycowy, z licznymi zjawiskami krasowymi. Skała ma strukturę gąbki, a leje osiągają
czasem monstrualne rozmiary. Nie pozostało nam nic innego jak zdobyć pobliski Kriż – szczyt może nie
najpiękniejszy kiedy patrzy się na niego z boku, za to z całkiem przyjemnym zajmującym wejściem
(kawałek ciekawego komina ubezpieczonego liną) oraz piękną panoramą. Aparaty rozgrzewają nam się
do czerwoności, zwłaszcza kiedy z chmur wyłonił się olbrzymi masyw Triglava a pod Skrlaticą kłębiło się
całe ich morze.
10. Idziemy w stronę Kriża

11. Skrlatica

12. Ze Stenarem

13. Kriski Podi czyli moje rondo, w dole Pogacnikov Dom

W tym miejscu drogi Beaty z Pawłem oraz moja się rozchodzą. Dwójka ma zamiar schodzić tą samą
drogą na nocleg natomiast ja zamierzam pokręcić się po okolicy i na noc zawitać do Schroniska im.
Pogacnika. Żegnamy się i zostaję sam. Robię trawers Kriża od południa i przymierzam się do
skonsumowania kolejnego smakowitego kąska – Stenara. Na szczyt ten podchodzi się jego dość połogimi
południowymi zboczami co w palącym słońcu oznacza niesamowity skwar. Na szczęście wyjście na grań
oznacza zbawienne podmuchy wiatru przez które robi się tak chłodno, że szybko ubieram polar. Tak też
wygląda cały ten dzień – na krótko na podejściach i szybkie ubieranie się na wietrznych szczytach. Trud
podejścia na Stenar wynagradza kapitalna, szersza niż z Kriża panorama – przede wszystkim na słynną
północną ścianę Triglava. Niestety, akurat w tamtym momencie przez większość czasu skrytą w
chmurach. Na Stenarze robię dłuższą posiadówkę, trochę z boku od głównego wierzchołka, z którego
ewakuowałem się zirytowany głośnym zachowaniem Słoweńców (co jest dosyć typowe dla tej nacji –
podczas tego krótkiego pobytu przekonałem się o tym niejednokrotnie, że Słoweńcy po prostu lubią
drzeć ryja).
14. Triglav

15. Bavsky Gamsovec i Pihavec

Po Stenarze schodzę na położoną między nim a Bavskim Gamsovcem przełęcz. I jednocześnie zbliżam się
do schroniska. Ten ostatni szczyt prezentował się bardzo ładnie przez kilka poprzednich godzin i
postanowiłem na niego również wejść. W ogóle Kriski podi skojarzyło mi się z ogromnym rondem, ze
„zjazdami” na poszczególne szczyty. Tyle, że ja to rondo pokonywałem po angielsku – zgodnie z ruchem
wskazówek zegara.
16. Stenar

17. Fauna

18. Schronisko Pogacnika

Bavsky Gamsovec to też bardzo atrakcyjne widoki – niestety w tamtym momencie coraz bardziej ukryte
w chmurach. Wkrótce poczułem wyraźnie przyciąganie schroniska i zew złotego trunku. Byłem dość
mocno zaniepokojony czy w schronisku będzie jeszcze jakieś miejsce noclegowe, ale obawy okazały się
bezpodstawne. Kilkanaście minut potem zajadałem się gulaszem i popijałem piwem mając zaklepany
nocleg. I dobrze, bo zejście 1500m w pionie do Trenty uśmiechało mi się średnio.
Porządnie posilony zacząłem zastanawiać się nad dalszą częścią popołudnia. Nie było jeszcze tak późno,
jednak jak to zwykle bywa w górach o tej porze dnia, szczyty skryły się w chmurach co nie wróżyło
rozległych widoków z wierzchołków. Mimo to postanowiłem zaryzykować i zabierając w kieszeń tylko 2
żele, bez wody i plecaka, z samym polarem, zdecydowałem się skierować ku położonej ponad 300m
wyżej przełęczy Planja. Sprawę komplikował fakt, że początkowy odcinek szlaku biegł w dół, czyniąc
podejście jeszcze trudniejszym. W pewnym momencie, przechodząc tuż koło żebra schodzącego gdzieś z
grani Razora usłyszałem koło głowy świst. Zupełnie jak świst kuli. Wkrótce okazało się, że to stojące ze
sto metrów wyżej koziorożce dybią na moje życie i zrzucają na mnie kamienie. Nie chcę nawet myśleć z
jaką prędkością leciały te kamyki i jak blisko były mojej głowy. Przyspieszam kroku aby czym prędzej
pokonać feralny moment trasy.
19. Zmęczony Słup

W miarę zdobywania wysokości wszystko rozmywa się we mgle. Po
przejściu kilku ubezpieczonych fragmentów i stromego pokrytego szutrem zbocza melduję się na
przełęczy. Widoczność nie powalała, ale mój plan zakładał wejście najpierw na niższą Planję, rozejrzenie
się w sytuacji czy są szanse na przejaśnienia i – jeśli moje nadzieje by się spełniły – zejście i podejście na
leżący po przeciwległej stronie Razor. Wejście na szczyt Planji to była krótka piłka – może kilkanaście
minut. W pewnym momencie zrobiło się jaśniej i ujrzałem za plecami, wysoko w chmurach wyłaniający
się szczyt Razora. To było niesamowite! Odniosłem wrażenie, że jest bardzo potężny, pewnie
spowodowane tym, że ukazał się w środku okienka chmur, natomiast nie mogłem uwierzyć, że jest on
położony tylko ok. 150m w pionie wyżej niż ja. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że szanse na
przejaśnienia są i trzeba spróbować – mimo coraz większego zmęczenia. Ze szczytu Planji momentami
odsłaniały się ciekawe widoki na okolicę, fajne wrażenie zrobił też tzw. Zmęczony Słup – niesamowita
formacja skalna. Po kilku minutach zszedłem szybko na przełęcz, wciągnąłem dwa żele i – z coraz
większą suchością w ustach – zacząłem ostatnie podejście tamtego dnia, 250-metrowe.
Szlak prowadził koło ciekawie wyglądającej jaskini, po kilkunastu minutach doszedłem do
niespodziewanego miejsca, o którym nie było nawet słowa w przewodniku. Otóż zamiast
bezproblemowego podejścia piarżystym zboczem drogę zagrodziła mi 10-metrowa, miejscami
przewieszona ścianka bogato ozdobiona biżuterią. Miejsce ochrzciłem roboczo Razorską Próbą –
skojarzenie do tej Gerlachowskiej narzucało się samo. Muszę przyznać, że przejście tego samotnie na
żywca, bez lonży, która została w plecaku, kosztowało mnie nieco nerwów. Zwłaszcza wobec nieco
miękkich już ze zmęczenia nóg. Poradziłem sobie jednak z trudnościami i ok. 18 wszedłem na najwyższy
szczyt tego dnia. I okazało się, że wszedłem dokładnie o czasie. Mój górski noc nie zawiódł mnie. Po kilku
minutach chmury zaczęły się przerzedzać rozpoczynając spektakl, o którym nie śniło mi się w najbardziej
optymistycznych założeniach. Odsłoniły się wszystkie julijskie olbrzymy z pobliskim Prisojnikiem, dalszym
Mangartem oraz Jałowcem, z przysadzistym, ogromnym masywem Skrlaticy i wreszcie –
monumentalnym Triglavem na wschodzie.
20. Na Razorze. Coś się zaczyna odsłaniać.

21. Triglav

22. Jalłowiec, Mangart, Prisojnik

23. Skrlatica

Spektakl trwał może 10 minut, byłem na szczycie zupełnie
sam i dziękowałem w myślach za piękno, którego było mi dane doświadczyć. Nie przypominam sobie
abym kiedykolwiek w górach przeżył takie chwile. W momencie, kiedy na szczyt zaczęły docierać osoby,
które wcześniej wyprzedziłem na podejściu, znowu się zachmurzyło. I była to właściwa chwila aby
zmywać się na dół. Jeszcze emocjonujące chwile na Razorskiej Próbie, żmudne zejście do schroniska i
mogłem z czystym sumieniem oddać się konsumowaniu swoich zapasów i odpoczynkowi. To był piękny i
intensywny dzień, który zakończyłem z bilansem ok 2400m podejść i 5 wybitnymi szczytami, każdy
powyżej 2400mnpm.
24. Razor ze schroniska

Niestety, nie wiem czy to z emocji czy ze zmęczenia, nie dane było mi porządnie się zregenerować. Noc
była bardzo męcząca – najpierw nie mogłem spać przez głośnych Słoweńców, potem… sam nie wiem
dlaczego. Wstawałem kilka razy w ciągu nocy i wychodziłem na dwór pooglądać gwiazdy. Z ulgą
przywitałem wschód słońca.
Niedziela zapowiadała gorszą pogodę. Wedle planu miałem dostać się jakoś na Przełęcz Vrsić i
spróbować złapać stopa do auta. Idealnie było by po drodze wejść jeszcze na wierzchołek Prisojnika,
niestety szlaki w jego kopule szczytowej to przeważnie dość trudne ferraty – raczej nie na niepewną
pogodę. A taka niestety była. Po śniadaniu rozpocząłem podejście na zdobytą już kilkanaście godzin
wcześniej przełęcz Planja. Stamtąd długim trawersem Razora – uciążliwym i bardzo mylnym (trzeba było
naprawdę zwracać baczną uwagę na znaki) dostaję się na rozstaj szlaków w górnej części doliny
Mlinaricy. Gdyby była pogoda – poszedłbym na Prisojnik. Ale z niejaką ulgą patrzę w stronę chmur
kłębiących się wokół jego wierzchołka. Wszedłbym tam, ale to wydłużyłoby o co najmniej dwie godziny
moją drogę, a po 4tys. metrów podejść w 2 dni i perspektywie 10-godzinnej podróży do domu zaraz po
wycieczce poczułem że naprawdę mi się nie chce.
25. Ponownie na Przeł. Planja

26. Prisojnik

27. Mojstrovki w chmurach

Powoli rozpocząłem trawers w stronę Vrsicia. Raz w
górę, raz w dół, przekraczając niezliczoną ilość żlebów i podziwiając widoki, które cały czas dopisywały
Raz w promieniach słońca raz w ulewie, po 4 godzinach od wyjścia ze schroniska docieram do drogi
publicznej. Wkrótce łapię stopa, który podrzuca mnie do samego samochodu gdzie czekają na mnie…
Beata, Paweł i Tomek, z którymi niespodziewanie umówiłem się jeszcze poprzedniego dnia. Jedziemy do
Mojstrany na kawę i przepyszną pizzę, gadamy, jest fajnie. Ależ żal wyjeżdżać… Podrzucam trójkę do
Aljażev Dom a sam wracam do domu. O północy jestem na miejscu.
I tak dobiegł końca mój krótki, acz całkiem dobrze wykorzystany dłuższy weekend w Alpach Julijskich –
górach, które chciałem odwiedzić od lat. Górach wymagających dla turysty, ale oferujących
niezapomniane wrażenia. Do zobaczenia! Oby niedługo. I może następnym razem nie zapomnę kijków.