05.05.2017
Po dwóch dniach pogodowej dupówy wreszcie los sie do nas uśmiechnął i piątkowy poranek przywitał nas pięknym słońcem. Prognozy na piątek były jednoznaczne – czekał nas cały dzień fantastycznej pogody, a ponieważ był to nasz ostatni dzień nad Gardą podczas tego wyjazdu, chcieliśmy go maksymalnie wykorzystać.

Taką pogodą wita nas jeziorko w piątek

Początkowo plan był taki, aby przejść dwie ferraty nad samym jeziorem – Fausto Sussatti i Del Amicizia. Plan był szalenie ambitny, ponieważ sumaryczny czas ich przejścia to ponad 11h. Mimo wczesnej pobudki, sprawnego śniadania i dotarcia pod pierwszą z ferrat, było pewne ryzyko, że może nam się ten plan nie powieść. Ferrata Fausto Sussatti ma swoje dobre i złe strony. Dobrą na pewno jest fakt jej położenia i to, że po drodze przy dobrej pogodzie są epickie wręcz widoki na jezioro i majaczący po drugiej stronie jeziora masyw Monte Baldo z najwyższym szczytem sięgającym 2218m. Złą stroną jednak jest fakt, że samej ferraty podczas tej wycieczki jest bardzo mało. Tak naprawdę jest to zwykły oznakowany szlak górski, który pod koniec jest ubezpieczony kawałkiem żelastwa. Według opisów szlak ten, który wyprowadza na wysokość 909m, przez 600m deniwelacji prowadzi ścieżką, a zaledwie 300m to ferrata. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że tej ferraty jest jeszcze mniej. Większa część drogi to mozolne dreptanie pod górę. Szczęśliwie ścieżka bardzo szybko skręca w las, więc idzie się w cieniu. Po drodze można jeszcze odbić do oddalonych o 5 minut drogi pozostałości po tamtejszych fortyfikacjach. Pierwsze 600m pokonuje się w około 2h i dopiero wtedy dochodzi się do miejsca, z którego startuje ferrata. Jest ona wyceniona na B/C. Nie jest zatem specjalnie trudna. Przyznam, że przy podejściu, ani razu nie wpiąłem się do stalówki, bo nie widziałem takiej potrzeby. Ferrata wyprowadza na wierzchołek Cima Capi (909m), z którego rozciąga się piękny widok na jezioro i otaczające go wzgórza i góry.

Początek drogi na Cima Capi

Panorama na jeziorko, Rivę i masyw Monte Baldo z punktu widokowego przed rozpoczęciem właściwej ferraty.

I jeszcze jedna panoramka, zrobiona kilkaset metrów wyżej

Nieco dalej, przy zejściu z wierzchołka w kierunku przeciwnym do jeziora, mogliśmy obserwować panoramę gór tej części wyspy z dominującym w okolicy wierzchołkiem Cima Sat, sięgającym 1245m i położoną w dolinie miejscowością Biacesa wraz z nieznacznie od niej oddalonym schroniskiem. Na tenże wybitny szczyt prowadzi druga z zaplanowanych przez nas ferrat, która miała trwać sześć godzin. Okazało się jednak, że zejście z Cima Capi jest wyjątkowo długie i mozolne. Co więcej, również prowadzi ferratą, bo jak się okazuje, Fausto Sussatti wcale nie kończy się na wierzchołku, ale ubezpieczenia można znaleźć również na zejściu.

Rzut oka w przeciwnym kierunku - w dolinie widoczna górska miejscowość Biacesa.

Cima Capi widoczna już ze ścieżki zejściowej
Po drodze spotkaliśmy jeszcze wycieczkę (chyba biegaczy) z Rosji, który wybrali się w przeciwnym kierunku bez uprzęży i bez lonży. O ile jeszcze wejście od tej strony bez szpeju mogę próbować zrozumieć, o tyle na pewno nie zazdroszczę tym ludziom zejścia, które czekało na nich z Cima Capi w kierunku miejsca, skąd startuje ferrata. Nieopodal zrobiliśmy sobie przerwę na drugie albo i trzecie już śniadanie, zajmując miejsce przy ławkach i stole pod czymś, co przypominało źródełko. Stamtąd już udaliśmy się na dół, pogodzeni, że drugiej ferraty zrobić nam się nie uda.

Charaktrerystyczny grzebień, którym opada wierzchołek Cima Capi.

I już na dole pod restauracją, do której prowadzi ta sama droga co na Cima Capi (naszą drogą zejściową).
Po zejściu do auta była godzina 14. Pierwszą ferratę przeszliśmy zgodnie z szacowanym czasem, ale gdyby druga miała nam znów zająć szacowany na nią czas sześciu godzin, oznaczałoby to, że wrócilibyśmy na camp bardzo późno, bo przecież po drodze gdzieś jeszcze trzeba było znaleźć czas na dotarcie po drugą ferratę i jeszcze jakiś obiad. Niewykluczone zatem, że drugą ferratę moglibyśmy nawet kończyć po zmierzchu, na co, pomni doświadczeń z Triglava, się nie godziliśmy. Dlatego zmieniliśmy plany i ruszyliśmy w kierunku masywu Monte Baldo.

Na jednym z punktów widokowych pod Monte Baldo.

Widoczna droga, którą pokonała Srebrna Strzała, aby dostać się na 1550m


Widok na Gardę z wysokości naszego parkingu.
Z Rivy udaliśmy się do Mori, skąd potem odbiliśmy na miejscowość Besagno i dalej w kierunku miejscowości Brentonico. Podróżując autem bardzo szybko nabieraliśmy wysokości. Za miejscowością San Valentino skręciliśmy w drogę SP3 (Strada Provinciale), która już w nazwie ostrzegała, że jest drogą lokalną. Dla mnie jako kierowcy oznaczało to podwyższony poziom stresu, bo nagle wjechaliśmy na dróżkę, która nie dość, że pięła się cały czas ostro pod górę, to jeszcze był bardzo wąska i w przypadku mijanki gdybym musiał się zatrzymać, to nie wiem, czy byłbym w stanie potem ruszyć pod górę. Pomijając fakt, że i zatrzymać się, aby się wyminąć, nie było za bardzo gdzie.

A to już widok na okolicę Brentonico - fotka zrobiona z wierzchołka na wysokości ok 1750m. Po prawej najwyższe wierzchołki Monte Baldo już na wyciągnięcie ręki


Po lewej górskie okolice Brentonico, a po prawej Garda

A pomiędzy nim Maciek

Tą drogą dotarliśmy do schroniska Rifugio Bocca Di Navene położonego na wysokości 1430m. Tu zasięgnąłem języka i pan gospodarz powiedział, że jest możliwość wjechać autem jeszcze wyżej. W efekcie naszym końcowym przystankiem okazał się parking mniej więcej w połowie drogi między tamtym schroniskiem, a górną stacją kolejki. Wysokościomierz pokazał, że zaparkowałem na wysokości 1550m. Tam zrobiliśmy sobie obiad i stamtąd ruszyłem z Maćkiem na krótki spacer, na majestatycznie wznoszący się w pobliżu wierzchołek. Ten nienazwany wierzchołek znajdował się na wysokości ok 1750m, a przynajmniej taką informację uzyskałem z wysokościomierza w telefonie. Tam wykonaliśmy kilka zdjęć i udaliśmy się w kierunku górnej stacji kolejki, która swój początek ma w znanej nam już miejscowości Malcesine. Po drodze spotkaliśmy m.in. świstaka, który wcale nie bał się ludzi oraz paralotniarzy, którzy uprawiali tam w masywie swój sport. Od górnej stacji kolejki zaczynał sie teraz śnieżny, a też ze względu na późną porę, zdecydowaliśmy się na zejście. Zwłaszcza, że przy aucie czekał na nas Przecier z Tomkiem.

Górna stacja kolejki na Monte Baldo.

Ostatni rzut oka na majaczące w oddali Dolomity...

Po zejściu ruszyliśmy w drogę powrotną, która też zajęła chwilę czasu. Trzeba było bowiem rozsądnie dysponować klockami i tarczami hamulcowymi i gdy tylko się dało – hamować silnikiem. A i tak konieczny był techniczny pitstop na wystudzenie tarcz mniej więcej na wysokości miejscowości Brentonico. Trzeba jednak oddać Włochom, że mimo iż znajdowaliśmy się w trudnym, górskim terenie, górskie drogi, którymi się poruszaliśmy, choć bardzo wąskie i strome, były w idealnym stanie technicznym. Idealny asfalt, żadnej dziurki, jazda jak po stole – to naprawdę przyjemność poruszać się po tamtej okolicy.
Podobnie, jak poprzednie dni, tak i ten zagospodarowaliśmy w pełni. Na nasz camp wróciliśmy już około 20.