Na tę wycieczkę ubrałem szarość. Szara koszulka do niej szare buty, szara chusta na głowę i opaska na kolano tejże barwy. Skarpety czarne. Ożywić wizerunek miały spodenki - błękitne, kask dobrałem pod kolor plecaka. Sebastian postawił na beże. Beżowy kapelusik nieco sugerował przygodowy charakter stroju a la Indiana Jones. Buty niebieskie, kask biały.
I nie na darmo o tym piszę. Jak się zobaczyłem na zdjęciach to mówię "Ło Jezu jaki cudak"
Sebastian tym razem wybierał cel wycieczki. Ot przysłał sms z listą 5 propozycji, to się zabraliśmy za listę po kolei.
Prawdę mówiąc to nie sądziłem, że to przejdziemy ani przez chwilę. Dwa lata temu byłem na Lodowym z Krank1 i widziałem jak to wygląda z drugiej strony. Myślałem sobie, że przejdziemy na Mały Lodowy, a jak się uda na Lodową Kopę to będzie super. Miałem też cichy plan B, czyli wejść z Czerwonej Ławki na Mały Lodowy, wrócić, wejść na Lodową Przełęcz i na Kopę i wrócić. Byłbym zadowolony. Ale grani się bałem. Ja jestem turysta nożny, a nie wspinacz. Spełniły się jednak moje najgorsze obawy. Jak się Sebastian rozpędził, to już wypadało iść za nim, chociaż z drugiej strony to ja miałem kluczyki od auta
O 5 rano termometr w aucie pokazywał 19 stopni, przez cały dzień grzało nawet wiatr był gorący i suchy. Przypominał mi wiatr z Egiptu.
Z Łodzi do Chaty Teryego jest 8 godzin.
Czerwona Ławka, Mały Lodowy Szczyt i Lodowa Przełęcz
Na łańcuchach pod Czerwoną Ławką 

Istnieją opinie, że szlak na Czerwoną Ławkę jest najtrudniejszy w Tatrach Słowackich. W mojej ocenie Rohatka jest znacznie trudniejsza. W każdym razie weszło nam się bez wydarzeń i emocji większych. Za to widoki mieliśmy bajeczne.
Zbocze Małego Lodowego Szczytu w które weszliśmy z Czerwonej Ławki.
Dalej granią nawet bez wielkiego błądzenia jak się dało do góry.
Sebastian na grani szczytowej
Kopa Lodowa z Małego Lodowego Szczytu
Zaraz, zaraz - zapalę i zaraz przyjdę 
Na Małym Lodowym Szczycie 
Jak w dobrym pornosie - było widać wszystko
Studiowanie Jaćkiewicza, ale tym razem dobrze opisał
Ciąg dalszy grani w stronę Kopy
Cudak na zjeżdżalni.
Ostry Szczyt i Jaworowy Mur z Lodowej Przełęczy. Jak ja tam wejdę
Aparaty się grzały
Mały Lodowy i grań ku Lodowej Przełęczy - to już za nami
W podejściu na Kopę Lodową popełniliśmy jedyną omyłkę. Zamiast wejść w pierwszy żleb przetrawersowaliśmy kawałek dalej do drugiego. Ale nic się nie stało, bo wyszliśmy na grań bezproblemowo. Trochę nie wiedzieliśmy przez chwilę gdzie jesteśmy, ale charakterystyczna płyta wyjaśniła problem.
Mała Lodowa Kopa
Ci co wjechali kolejką na Łomnicę mieli fart do widoków
Powoli niebo zaczęło zmieniać barwy. Burza nadciągała nad Polskie Tatry.
Lodowy Szczyt z Kopy Lodowej
Na Lodowej Kopie
Potem już przyspieszyliśmy bo robiło się nieciekawie. I z pogodą i z granią. Sebastian szedł jak burza, a burza była coraz bliżej. Nie ukrywam, że bałem się bardziej niż na grani Kościelców. Tam była lina, były spity do których mogłem się wpiąć i odpocząć. Poczuć się bezpiecznie. A tutaj w lewo lufa w prawo lufa i takie dwa zęby skalne do przejścia. Przeszliśmy pierwszy. Weszliśmy na drugi z którego trzeba było zejść tak ze dwa metry i przejść w lewo gdzie było już widać stary pręt po jakiejś klamrze. Potem już łatwo 5 - 10 minut na szczyt Lodowego.
Wtedy pioruny zaczęły już napieprzać w Mięguszowiecki. Powstała dyskusja. Bałem się schodzenia z tych zębów wolałem iść do przodu. Sebastian chciał schodzić. Tylko dokąd ? Na stronę 5 Stawów się nie da. Stres był co niemiara. W końcu na tym zębie założyliśmy uprzęże, przerzuciłem przez ząb linę bezpośrednio i zjechaliśmy kawałek do bezpieczniejszego terenu na stronę Doliny Jaworowej. Lina oczywiście się zakleszczyła i nie mogłem jej wyrwać. Szkoda bo nowa była. Miałem w plecaku repy, taśmy itp, ale czas naglił, miejsce nie było dobre na grzebanie w betach.
Pożyczę zdjęcie Madnessa i Kilerusa żeby pokazać gdzie to było. Swoich nie mamy.
Z tego zęba na pierwszym planie zjeżdżaliśmy.
Zeszliśmy kilkadziesiąt metrów z grani. Znowu zrobiliśmy burzę mózgów. Seba chciał spadać w dół do Jaworowej. Ale auto mieliśmy w Smokowcu. No to trzeba by iść w dół i potem w razie burzy drałować aż do Jaworzyny. Albo podchodzić z powrotem na Lodową Przełęcz. Jedno i drugi mi się nie uśmiechało bo zmęczenie czułem coraz większe. Posiedzieliśmy chwilę patrząc co się dzieje z chmurami. Dzięki Bogu burza poszła na wschód i nad nami zaczęło się pojawiać znowu błękitne niebo. Pamiętałem z poprzedniej wycieczki na Lodowy, że pod granią biegła ścieżyna. Wyszło mi że jak nią pójdziemy to wyjdziemy na Lodowy Zwornik a z niego zejdziemy do Terinki. Użyłem swego górskiego autorytetu. W końcu to ja miałem kluczyki

i poszliśmy. Znaleźliśmy ścieżkę. Przeszliśmy jedno skalne żebro, potem drugie i kolejne, ale Zwornika wciąż nie było widać. Pojawiła się za to jakaś taka łatwiejsza grań.
Wiedziałem, że przedtem od szczytu dzieliło nas parę metrów. No to zacząłem wchodzić nią do góry. Seba zapytał z dołu jak to wygląda ? - Lepiej niż myślisz - odpowiedziałem. Bo nad moją głową pojawił się już charakterystyczny triangul. I coś tak sobie myślę, że znaleźliśmy najłatwiejszą drogę wejściową i zejściową na Lodowy Szczyt. Przez Sobkową Grań. Ale kompletnie niechcący
Znowu mordy się śmieją 

Liny było żal, to Sebastian uzupełniał zeszyt a ja po nią poszedłem. Szczęściem za nami szło dwóch taterników, którzy liną uwolnili i nawet nie musiałem po nią schodzić. Trochę byli zdziwieni jak mnie zobaczyli.
Zderzenie dwóch światów
Sebastian na Lodowym Koniu
I Lodowy Zwornik. Fota pod tytułem "Doszedłem więc tu"
Potem Sebastian pognał w dół po wodę, bo przecież nie padało w końcu, a upał był przez cały czas i wysuszyło nas na wiór. Schodziłem kopyto za kopytem oszczędzając kolano. A staw wciąż był daleko.
Na pożegnanie tacy mi się jeszcze trafili 
Zejście dłużyło się nieprawdopodobnie. Na koniec jeszcze kilka godzin jazdy i po 26 godzinach byliśmy w domu. Ja następnego dnia miałem urlop, ale Sebastian poszedł do pracy. Terminator.
