Tytuł wykwintny, jak przystało na polonistkę, ale nigdy w górach nie rzuciłam tyle ciężkich słów, jak na tym wyjeżdzie. Właściwie nie ma o czym pisać, ale że kilka osób z szacownego forumowego grona udzieliło mi cennych wskazówek przedwyjazdowych to czuję się w obowiązku zrelacjonować, jak z owych wskazówek skorzystałam.
Wyjazd zaplanowano na 20 I,. 19 na Portalu Tatrzańskim straszą, że po Fryderyce ma wrosnąć zagrożenie lawinowe do 3. Panika w oczach, miękkie kolana, ale cóż - Muro klepnięty, trzeba jechać! Już od Rabki było wiadomo, że różowo nie bedzie. Napisałam do córki sms - Gór nie ma! Odpowiedż - Pewnie owce je zjadły.
Drogę na Halę postanowiłam wybrać gdy już organoleptycznie sprawdzę warunki. W Zakopanem chmury się rozstąpiły, przebiło się słonko, lawinowa jednak 2, idziemy przez Boczań. Plany na wyjazd mam klarowne i jasno sprecyzowane: Kościelec, Świnica, Zadni Granat, przebić się przez Zawrat do 5. Luzik. Mąż mój Sławomir pierwszy raz w górach zimą...
Napieramy.

Miejsce w pokoju czeka, porcja obiadowa za 20 zł. całkiem spora i smaczna, lekko przytyka cena piwa - 10 zł. Herbata z cytryną 7....... Hmmmmmm.... Dobrze, że wzięliśmy z dołu nieco prowiantu. Pobudka na 6.
O 5 rano zeskoczyłam z łożka (zawsze się boję, że na tych górnych łóżkach zrobię sobie krzywdę przy schodzeniu). "Sławek, Sławek, wstawaj!" Szybko łazienka, wywlekam graty na korytarz (musieliśmy opuścić pokój, bo przenosiliśmy się do innego), "Sławek wstawaj! Idż robić kawę!" Wskakuję w ubranie, buty, Sławek wraca z dołu: wrzątek od 6:30. Patrzę na zegarek - 5;30. K..... a. Idziemy spać. Sławek milczy.
6;00. Zbiegam na dół - otworzyli. jadalnię. Bierzemy prowiant, termosy, śniadanie, kawa, idziemy. Od razu pod schroniskiem lekcja zakładania raków. I tak cały dzień w tych rakach....
Idziemy. Pada śnieg. Gówno widać, Nie przetorowane. Czy tędy dziś nikt nie szedł???? Jest koło ósmej.... To możliwe....

Idziemy. Ja z przodu (oczywiście! Przecież mi góry owce zjedzą albo Yennefer je teleportuje na Skelige!) Kierunek - Kościelec. Niestety, trasa przez pojezierze zarysowana tylko teoretycznie. Zapadam się po kolana, potem po uda.... Odwrót. Czy dziś nikt nie idzie w góry???? Zmieniamy kierunek na Kasprowy, ale gówno widać.
Zakładamy obóz I.

Przy odbiciu szlaku na Karb zatrzymuje się w końcu grupka ludzi. Czekamy chwilę, potem idziemy za nimi. Za chwilę idziemy przed nimi. Przodem sunie przewodnik tatrzański na nartach a za nim grupa kursantów objuczona szpejem. Będą wchodzić na Kościelca. Hurra! Akurta Jego widać ładnie, i niewiele poza nim. Jako się rzekło - przewodnik idzie na nartach, za nim, ja, za mną cała grupa..... Ci to się umieli ustawić, cwaniaki.
Na Karbie panika wśród kursantów. Przewodnik krzyczy "Wracamy! Aśka (imię domniemane) repka zapomniała!" wtrącam się nieśmiało - Mogę wam pożyczyć....
Pożyczyłam. Oni się szpeją, mąż Sławomir dociera, zamiast Kościelca gówno widać. No idę pod górę, ale bez przekonania. W połowie góry nie widzę ani szczytu, ani Karbu. Na dodatek telefon od męża, że spod śniegu słyszał dudniące odgłosy. I wtedy odpuściłam.
Bo na uj? Nic nie widać, żadnej frajdy z wejścia, walić to. I zeszłam spod szczytu. Gdybym wtedy wiedziała, że to jedyna szansa na zdobycie czegokolwiek na tym wyjeżdzie, to pewnie bym poszła dalej.


Im niżej, tym gorsza widoczność. Sypie na całego. Z tych nerwów znowu wydarłam przed siebie. Kuwa, znowu torowanie. To co przedeptaliśmy w tamtą stronę już zasypało. Godz. 14;15 jesteśmy w Murowańcu. Aż się popłakałam i po raz pierwszy w górach były to łzy porażki. I tu mogłabym przeprowadzić wywód filozoficzno - egzystencjalny, ale to może inną razą. .....
Za oknem sypie.
Wieczorem podrywam toprowca, wykręcając się chęcią uzyskania od niego info o warunkach. Ten , zajęty swoją grupą, ignoruje moje starania, straszy 3 lawinową i doradza Kościelca (.!) albo Świnicę granią. To Świnica. Daję się jeszcze dwukrotnie ograć w szachy mężowi mojemu Sławomirowi (jeszcze jakaś porażka na dzisiaj?) i idziemy spać.
Rano Hala równiutka jak stół. Jedyny ślad założył "mój" toprowiec, idąc na nartach na Kasprowy na dyżur.

Poleciałam za nim jak dzik w żołędzie w śniegu po dupę, bo przecież góry mogli zamknąć albo je znowu owce zjeść. Umordowana jak w.w. czworonóg dotarłam na Kasprowy, za mną mąż mój wierny, sapiąc i rzucając ciężkie plugawe słowa na nieskazitelną biel śniegu. Pogoda nawet nawet, słońce i mróz -15. Trochę widać.


Idę w stronę Świnicy. Sławomir został na Beskidzie z powodu złych raków i ogólnie nie czuł się na siłach, a ja go nie zachęcałam ("Pokochaj swego męża na nowo i nie bierz go na Świnice" Czyje to były słowa?). I tu była najpiękniejsza część mojego wyjazdu. Sama z moimi górami, chłonęłam słońce, śnieg i widoki. Ze Skrajnej Turni podziwiałam piękne nawisy na Pośredniej i te olbrzymie masy śniegu w żlebach.







Nie chciałam w tych warunkach sama zdobywać Świnicy, a szansy na towarzystwo nie było. Pózniej Sławomir mówił, że z Beskidu 3 ekipy zrobiły odwrót na widok drogi na Świnicę.
Na dół nam się nie spieszyło, więc oglądaliśmy sobie strumyczki lawinek wypływające spod nawisów.


Wieczorem kolejny podrywany toprowiec powiedział, że sporo śniegu z Turni poleciało i stanowczo odradził Zadni Granat a tym bardziej Zawrat.
Udało się nocleg przedłużyć i zostaliśmy na kolejny dzień w Murowańcu z planem opalania się nad Czarnym Stawem. Zainspirowani licznymi grupami kursantów (nawet był sam Jan Krzysztof!) na naszych repkach ćwiczymy różne węzły, bawiąc się przy tym setnie ('króliczek wychodzi z norki, okrąża drzewo...")
Ostatni dzień, czyli wtorek 23. 01 znowu wstał pochmurny. W równie pochmurnych nastrojach idziemy nad Staw. Przynajmniej nie trzeba torować. Korzystając z okazji łazimy po Czarnej Dolinie, pomimo, że z Małego Kościelca co miało polecieć, to już raczej poleciało.... Kurs z przewodnikiem idzie letnim szlakiem, to chyba jest względnie bezpiecznie. Rozbudza się moja nadzieja - a może idą nad Zmarzły? Niestety, zatrzymują się na Stawie. My się próbujemy przebić nad Zmarzły, ale jednak poduchy śniegu wiszące w żlebach i piętrzące się pod ścianami chłodzą nasze zapały. Pogoda się nieco poprawia. Do tego stopnia, że mąż mój Sławomir zaczyna popadać w nastrój liryczno romantyczny i nawet recytuje mi fraszkę w stylu Geralta: " Lambert. Lambert tu ch.ju".


Postanawiam Sławka nieco przyuczyć do hamowania czekanem i takie tam. Wyciągaliśmy się na repie wiążąc węzeł skrajny i robiliśmy co mogliśmy, żeby tego dnia całkowicie nie spisać na straty.


Koło południa chmury znowu zaczęły siadać i poszliśmy na obiad.
Nie wiem, zaiste nie wiem które z nas wpadło na wspaniały pomysł zdobycia Psiej Trawki, ale wydawało się nam to super myślą. Pięknie i malowniczo wyglądała ośnieżona droga do Brzezin, tylko z zazdrością patrzyliśmy na narciarzy sunących tam i z powrotem. Piękny sport. Po dojściu do Psiej Trawki było nam mało, na Rusinową nie było co iść bo gówno widać, a że nie byliśmy jeszcze w Brzezinach, to sobie poslziśmy, zobaczyć. Doszliśmy do parkingu, popatrzyliśmy na samochody jadące w tę i wewtę, stwierdziliśmy że sklepu z browarem nie chce nam się już szukać i wróciliśmy do Murowańca. Ot, wieczorny spacer, przy świetle czołówek..... tylko, że na koniec mąż mój Sławomir musiał mnie holować na kijku, bo jakoś dziwnie ciężkie nogi mi się zrobiły od tego chodzenia po śniegu....

Rano wychodzimy tuż przed wschodem słońca. Piękne były te ostatnie chwile z widokiem na Halę. Ale jest to widok, od którego na trochę muszę odpocząć.



Był to mój pierwszy raz w Tatrach, kiedy niczego nie zdobyłam (pomijając doświadczenie). I nie czuję się z tym dobrze.