Zaplanowałem sobie dwa dni urlopu na czwartek i piątek w pracy, a ostatecznie dorzuciłem jeszcze zaległy jeden dzień i z weekendem wyszło mi pięć dni w sumie. Potem zastanawiałem się po co mi w ogóle urlop w marcu. Na halach krokusów jeszcze zbytnio nie widać, zima w górach w tym roku tęga, drzewa bezlistne, śniegi przepadające - dla turysty lipa. Na łąki za wcześnie, a przekopki w Tatrach zdążyły się już mi przez te kilka miesięcy zbrzydnąć. Prognozy okazały się bardzo pozytywne na wszystkie rejony w ogromnym promieniu od mojego miejsca zamieszkania, postanowiliśmy więc nie kombinować i ruszyliśmy wcale nie tak daleko, czyli w Pieniny.
Środa, Małe Pieniny.
Mroźnym i zachmurzonym porankiem zameldowaliśmy się w Czerwonym Klasztorze na Słowacji, skąd ruszyliśmy Przełomem Dunajca. A śnieg jeszcze, jak na złość, w twarz nam prószył. Na szczęście w okolicy Sokolicy padać przestało i się rozwiało. Przepraszam drodzy czytelnicy, ale tak mi się to zrymowało.



Na szlaku jest informacja, że ze skał mogą spadać kamienie i wyobraźcie sobie jeden wielkości gruszki (nie bez powodu to piszę - gruszki) spadł metr ode mnie. Łepetynę by mi na pewno rozłupał, także na spacery w Pieniny polecam kask (ewentualnie grube dredy).
W schronisku o niespodziewanej nazwie "Chata Pieniny" mimo wczesnej pory serwowali żarcie, także spożyliśmy po pysznym gulaszu i Pilsnerze. Na Słowacji, we wszystkich wsiach jest jedna knajpa-satelita i na tym się kończy, ale w Lesnicy jest odmiana. Knajpy są co kilkadziesiąt metrów i kuszą "capovaną" ofertą. A pomiędzy knajpami stoją sklepy spożywcze. I tak też przy drugim wymiękliśmy i kupiliśmy kolejnego browara. Sytuacja wręcz godna obrazu: samo południe, słońce piecze, słowacka wieś, jakiś kulawy pies szczeka na rogu i środkiem ulicy kroczę ja (żona kilka metrów dalej udając, że mnie nie zna) z puszkowym browarem w ręku, a aluminium odbija światło i razi mnie w czoło. Po drodze pozdrawiam miejscowych emerytów i z wolna docieramy do pierwszego tego dnia podejścia na Przełęcz Targów. Tam widoki na Pieniny Właściwe.


W drodze zejściowej mijamy jeszcze widokową Cerlę i akurat, jak pogoda znowu się kiepści, wracamy na parking. W słowackim przewodniku napisane jest, że jest to jeden z najlepszych szlaków na Słowacji i ja to po przejściu potwierdzam.

Czwartek, Tatry Wysokie.
Czyli wejście na Kościelec (wprawdzie już nie zimowe) ze specjalną dedykacją dla Sheali.
Na Boczaniu (który preferuję) zima w pełni - słabo już się robi od tego śniegu.
Rano ludzi jeszcze jest niewielu na szlaku, ale pod Kasprowym już hordy. Powoli po śladach docieramy na Przełęcz Karb. Z Kościelca schodzą już pierwsi turyści. Pogoda zdrowa - widoki po horyzont. Ostatnio często taką trafiam w swoje urodziny.





Na podejściu na Kościelec ubieramy raki i asekurujemy się czekanem, bo stopnie są dość śliskie i lepiej uważać.




Widoki ze szczytu są dużo lepsze niż latem, bo słońce pięknie oświetla śniegi, a nie ciemne skały. Poparzyło nam też gęby, bo zapomnieliśmy o olejku przeciwsłonecznym (wyglądamy, jak dwa kulfony). Przezornie po wyciecze nabyliśmy go w okolicznym sklepie.


Na koniec rada: w środku tygodnia Kościelec nie jest aż tak tłumnie odwiedzany i to chyba właściwy czas żeby na luzie go atakować, ciesząc się jako takim spokojem.
Piątek, Magura Spiska.
Odpoczynkowy dzień spędziliśmy na odwiedzeniu okolicy, w której mięliśmy noclegi. Z Trybszu ruszyliśmy więc niebieskim szlakiem w kierunku Wierchowiny. Na szlaku nie było żadnych ludzkich śladów, co nas nieco zaskoczyło, bo jest bardzo widokowy i prowadzi głównie w odkrytym terenie, nieznacznie się wznosząc.


Z Wierchowiny pierwsze widoki na Tatry - niestety widoczność tego dnia nieco zawiodła. Następnie podeszliśmy na Pawlików Wierch, który wznosi się nad genialnie umiejscowioną górska osadą. Zazdroszczę ludziom, którzy tam mieszkają i uprawiają ziemię. Czerwonym szlakiem zeszliśmy do Łapszów Wyżnych. Profil szlaku okazał się nieco bardziej stromy.



Żeby wrócić do Trybszu musieliśmy podejść na Grandeus, a następnie przemierzyć polny grzbiet. Widoczność spadła do tego stopnia, że ledwo było widać Tatry. A szkoda, bo na Grandeusie zamocowano darmową (!) lunetę z której można by było je obserwować.


Na zejściu do Trybszu towarzyszył nam śpiew księdza z głośnika i dzieci na rekolekcjach:
jak dobrze być barankiem i wstawać sobie rankiem...Sobota, Tatry Wysokie.
Wstaliśmy, jak baranki, przed świtem nawet. Drogę z Pienin przez Magurską Przełęcz zapamiętamy jako bardzo widokową, śmiało poprowadzoną serpentynami z pięknymi widokami na Tatry.
Etap podróży zakończyliśmy na Parkingu pod Popradzkim Stawem. Z radością ukontentowaliśmy brak parkingowego. Pierwszy raz szliśmy tym szlakiem rano a nie nocą, bo tak bardzo wierzyliśmy w dobre prognozy. Na rozdrożu, pomiędzy podejściem na Koprowy i Rysy, dwaj słowaccy narciarze pytają nas z nadzieją o krem przeciwsłoneczny - mamy i z przyjemnością się dzielimy. Ponoć w schronisku przy Popradzkim Stawie nie mają takiego asortymentu.



Na Wołowcową Przełęcz dotarliśmy po przeróżnych śladach - na koniec po własnych. Tłum narciarzy, jak zawsze maszerował na Wołową Przehybę. A my fajną grzbietową linią doszliśmy na Hińczowy Zwornik. We właściwym momencie, bo po kilkunastu minutach napłynęły chmury i kolejno rozsiadły się na szczytach. Chciałem jeszcze wejść na Hińczową Turnię, ale uznałem, że bez asekuracji jest to dla mnie zbyt duże ryzyko. Trochę było to absurdalne, bo od szczytu dzieliło mnie kilkanaście metrów.






Zeszliśmy tą sama drogą, uciekając przed schodzącą do doliny chmurą. Na parkingu oczywiście nas odpowiednio skasowali.
Niedziela, Pieniny Spiskie.
Ostatni dzień urlopu potraktowaliśmy spacerkiem po odcinku Spiskich Pienin. Na Żarze byliśmy w zeszłym roku, ale widok tak nam się spodobał, że postanowiliśmy odwiedzić go ponownie. Na halę Wapienne doszliśmy bez szlaku, bo rowerowy nie jest już znakowany, a wszędzie straszą tabliczki pod tytułem "teren prywatny". Prywatny, czy nie, nieważne - widoki są z niego piękne na Tatry. Szkoda tylko, że znów trafiliśmy na dzień ze słabszą przejrzystością powietrza.


Wyżej odnaleźliśmy czerwony szlak, prowadzący na Żar. Na szczycie Żaru wybudowano małą wieżę widokową. Chyba mieli nadmiar drewna i energii, bo widoki z niej są identyczne do tych z okolicznych wyrębów.

Za to z Żaru panorama na Tatry klasa sama w sobie. Jedna z najlepszych na Spiszu. Trzeba tylko podejść trochę dalej grzbietem, bez znaków, wyraźną ścieżką.
Klimatycznym czerwonym szlakiem zeszliśmy do Dursztyna, skąd do Łapszów Niżnych z powrotem sprowadził nas szlak rowerowy. Po drodze mijaliśmy domki letniskowe z widokami na Tatry, które mogą śnić się po nocach.



Jak to podsumować? Marzec z pewnością nie jest najlepszym miesiącem do zwiedzania Spiszu, ale czasami jest w stanie uraczyć turystów piękną pogodą oraz pustką na szlaku (tylko w Tatrach spotykaliśmy ludzi). Mam takie marzenie, że kiedyś tam zamieszkam.