Przenieśliśmy się na północ Słowenii do miejscowości Jesenice. Od północy mieliśmy zachodnią część Karawanków, od południa w odwodzie Alpy Julijskie. Karawanki są niższe i łagodniejsze niż Alpy Julijskie.
Pierwszego dnia straciliśmy trochę czasu na podróż, potem na szukanie noclegu. W końcu jak już mieliśmy pokój, to ucięliśmy sobie krótką drzemkę. Zostało nam parę godzin i co tu robić? Wyszliśmy przed Hotel i zobaczyliśmy stromą ścianę lasu i takie drobne skałki - Jelen kamien 1096.
Od naszej strony nie było zaznaczonego na niego żadnego szlaku ani drogi. Różnica poziomów to równo 500 metrów, czyli całkiem sporo, jak na bezszlakowe wejście niedostępnym zboczem. Spróbowaliśmy. Ukochana wypatrzyła ścieżkę, która moim zdaniem powinna się skończyć po paru metrach, a ona uparcie wznosiła się w górę, dołączała do większych ścieżek, a potem lokalnego szlaku spacerowego.
Wyszliśmy dokładnie na te skałki, które było widać z dołu. Lubię takie akcje

W nagrodę całkiem ciekawy widok na Dolinę Savy, na zachód w stronę Włoch.
Na wschód, rozszerza się w głąb kraju.
Mała wycieczka, a jaka fajna!
Wieczorem emocje sportowe, nasz drugi mecz na mundialu, gdzie wierzyłem mocno w zwycięstwo nad Kolumbią. Wydawało mi się, że możemy to osiągnąć... przez pierwsze 2 minuty. Potem był tylko smutek...
Następnego dnia również smutek, bo pogody nie ma. Wszystko zamglone, pada. Prognozy są optymistyczne, więc planuję większą wycieczkę. Podjeżdżamy do miejscowości Dovje i ruszamy na Dovšką Babę 1891. Najgorzej było wejść w mokry las. Niestety tak wyglądał początek szlaku.
Potem powoli zaczęło się poprawiać. Przebłyski słońca na zmianę z drobnym deszczem, widać było optymistyczną tendencję. Natomiast same góry, powyżej granicy lasu - ładne, zielone, trawiaste.
A z drugiej strony, kamieniste, przepaściste, osypujące się. To już jest wierzchołek Dovškiej Baby.
Grzbietem idzie granica. Na stronę austriacką wygląda to tak. Co oni te góry podkopują?

Pogoda zmienia się szybko. Leżymy sobie na szczycie w słoneczku, nagle robi się ciemno. Patrzę, a od strony Austrii idzie czarna chmura.
W szerszym kadrze wygląda to groźnie.
Tylko trochę popadało, znowu wyszło słońce.
Ciekawy kwiatek - zerwa kulista. U nas w Tatrach też takie rosną.
Idziemy grzbietem w kierunku zachodnim, schodzimy na przełęcz Mlinca na wysokość ok 1550 m. Pasą się tu krówki, z których powstaje pyszny serek. Mniam. Lubimy krówki. Natomiast nie wiedzieć czemu krówki nie lubią Tobiego.
Dochodzimy do miejsca rozwidlenia szlaków. Tutaj wypadałoby zejść. Siedzimy i podziwiamy widoki. Widok na Dovšką Babę od tyłu.
A to w drugą stronę. Tam sa już wyższe górki, ponad 2000m. Mój plan maksimum zakładał, żeby wyjść na pierwszą z nich.
Dość szybko sam zaczynam żałować, bo na dłużej psuje się pogoda. Chmury się obniżają, od dołu mgły wychodzą. Szlak jest ciężki, osypująca się stroma ścieżka. 500 metrów podejścia w pionie.
Na górze nagroda.
Dupiata pogoda tylko po naszej stronie. Po austriackiej słońce. Widok w stronę Kepy 2236 - to taki główniejszy szczyt tego rejonu.
Siedzimy na Gubnie pół godziny chłonąc widoki. Wszystko zmienia się bardzo szybko, przechodza kolejne chmury, gęste mgły wylewają się z dolin po słoweńskiej stronie, ale znikają w linii grzbietu jakby działy się jakieś czary.
Co jakiś czas na chwilę pojawia się tęcza.
Na moment odsłaniają się Julijskie. Co jest o tyle dziwne, że przed minutą wszystko po tamtej stronie było mlekiem.
Przechodza ciemne czarne chmury, pod nimi niebieskie niebo. W tak zmiennych warunkach jeszcze nie byłem.
W końcu wyziębieni wiatrem schodzimy w mleko i rozpoczynamy zejście. Czasu mamy naprawde niewiele, bo jest po 18:00.
Zejście idzie nam sprawnie, pogoda wciąż zmienna.
Z pięknym zachodem wśród chmur.
Cudowny dzień. Jeden z tych, które się pamięta do końca życia.
C.D.N.