Spotkanie Węgra w górach jakoś zawsze pozytywnie mi się kojarzy. Tylko ta bariera językowa- na szczęście Tibor nieźle mówi po angielsku. Rok temu 3 razy spotykałem w Tatrach Słowackich mężczyznę z mocno wyładowanym plecakiem i jego 11-letnią córkę: najpierw na Jagnięcym, potem w okolicach Chaty Tery'ego. Za trzecim razem - na Sławkowskim

nie wytrzymałem i podjąłem rozmowę.
I dowiedziałem się, że oni cały czas z namiocikiem, biwakowali przez tydzień -najpierw pod Białym Stawem, potem w V-ciu Spiskich, na starcie Tibor nosił 32kg, a Virág koło 11kg. Narzekał, że grań za Kopą Lodową była trochę za trudna, więc zawrócili. Chciałby jeszcze parę szczytów zaliczyć poza-szlakowo, ale z topografią Tatr nie najlepiej. Umówiliśmy się, że prześlemy sobie jakieś info mailem, może wybierzemy się kiedyś razem. I tego roku Tibor napisał, że wybiera się znowu w Tatry, termin nawet mi pasował. Tylko pogoda spłatała figla. Jestem za stary na bawienie się w podchody
z filancami, jakieś namioty, a skoro tyle wilgoci, zaproponowałem noclegi w Javorinie. U Andrzeja było akurat sporo miejsca, bo został sam w domku, moja kuzynka pojechała z wnukami nad morze a w tym czasie Andrzej tłumaczy swoją książkę (coś na temat zastosowań statystyki w fizyce, wyszło w PWN, może będzie wydanie zngielskie). Pod koniec pobytu spędziliśmy zresztą 1 noc na Taborze w Białej Wodzie- całkowicie pustym tego wieczora. Zostawienia w domu 3,5 kg namiotu tym razem Tibor nie żałował.
Noszenie ciężarów powyżej 25 kg po górach nie robi na nim większego wrażenia, nawet gdy wyciągał zwykły gumowy materac dmuchany, powiedział, że nie widzi potrzeby kupowania czegoś lżejszego. Nie miałem więc obiekcji podrzucając mu ciężki kask, który gdzieś zalegał w domu na półce od lat 80-tych (kiedy na 30 lat zaczęła się moja przerwa w kontaktach z Tatrami).
Odebrałem Tibora ze stacji w Tatr. Lomnicy. Na dzień dobry podjechaliśmy po południu na rowerkach do Polany Pod Muraniem, oglądać zniszczony przez oberwanie chmury most i prace licznych koparek korygujących nurt Jaworowego Potoku. Jeszcze krótkie podejście do następnej wiaty - i łapie nas wielka ulewa. A mamy jeszcze spotkać się z Wiesławem, fotografem, z którym też Tibor się umówił. Więc nie czekamy, tylko w strugach ulewy zjeżdżamy na rowerkach po asfalcie.
Następnego dnia w ledwie- podsuszonych butach wsiadamy na rowerki - po kilometrowym podjeździe mamy 4km w dół na Łysą Polanę, potem jeszcze trochę jazdy na Palenicę, gdzie niechętnie rozstajemy się z rowerkami na parę godzin. Mostki w Dol. Roztoki szybko naprawiono, więc do V Stawów dochodzimy bez problemu. Coś mruczy, jakby burza, więc rezygnujemy z planów ambitniejszych na rzecz przejścia przez Świstówkę do Moka, które jeszcze okrążamy. Mam kłopot z wyperswadowaniem Tiborowi, by nie kąpał się w jeziorze. Tłumaczenie na angielski "don't make a village" chyba by nie poskutkowało, a "robienie wiochy", to zbyt frustrujące przeżycie (dopiero przy Litworowym Stawie...). Wbrew prognozom, nic nie padało -do momentu, gdy wracając zbliżaliśmy się do rowerów. To już jakaś tradycja?
Następnego dnia odbyliśmy wreszcie udaną wyprawę na Lodowy. Słowo "wyprawa" jest tu całkiem na miejscu -zajęło to nam aż 17 godzin! Oczywiście, można krócej , ale chciał zobaczyć też Konia. A gdy chce się powrócić do Jaworiny nie używając taksówki z T. Łomnicy (ok. 30 Euro), z Lodowego Ramienia można wrócić trawersami Wyżniej Galerii Lodowej. Dol. Jaworowa nieco ucierpiała -urwany został 30 m fragment szlaku w miejscu zwykle osuwającej się skarpy. I brak ostatniego mostku, lecz kilkadziesiąt m wyżej da się przejść po kamieniach. To kosztuje trochę czasu. Robienie zdjęć , zresztą, też.
W jednym z ostatnich przed przełęczą żlebów z wodą zdatną do picia opuszczamy szlak pnąc się po trawiastych upłazkach niewyraźną ścieżką w stronę Kopy Lodowej. Z ostatniego żlebu przechodzimy na przełączkę między Kopą i Lodowymi Czubami.

Tu wyciągamy linę (20m wystarczy) i peleryny- bo zaczyna padać. Dopiero przed wierzchołkiem można wszystko zdjąć. Okazuje się, że Tibor nie ma doświadczenia we wspinaniu, nadrabia braki techniczne nieprzeciętną siłą, ale w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy nie zawrócić. Zaczynam tłumaczyć, że ostatni odcinek będzie łatwy. W końcu trafiamy na linę- kogoś musiało nieźle przycisnąć, skoro ją tam zostawił...



Szkoda, że nie mieliśmy zbyt wiele czasu na czekanie, aż się przejaśni.

Ta mgła w końcu się przewiała od południowej strony - ale gdy już byliśmy na Lodowym Zworniku
Nawet na Lodowym Koniu nie było widać, jak duża ta jest "lufa"

Tak więc szczyt mogliśmy dopiero oglądnąć z dolnej perspektywy:

A poniżej ponad 20-metrowy uskok Śnieżnego Szczytu, kolejne wspomnienia z ostatniej jesieni...

A potem zaczęły się długie trawersy Wyżniej Lodowej Galerii, trzeba tam stale uważać, albo piargi albo śliskie , mokre płyty.

Przed Wyżnim Sobkowym Przechodem mgła zgęstniałą i udało mi się zapchać w trudniejszy teren, znowu wyjęliśmy linę, by wrócić do znajdującego się poniżej trawersu. Wstyd, bo byłem tam rok temu, ale wtedy można było obserwując Sobkową Grań łatwo wypatrzeć, na jakiej wysokości jest dalsza droga. Trochę emocji i na dobrej drodze.

Za pierwszym ograniczeniem Sobkowego Żlebu ścieżka schodzi w dół i ukazują się 2 rozgałęzienia żlebu. To jest podpucha!! schodząc tamtędy nie można trawersować w stronę Przeł. Lodowej, żleb ma parę progów i bez liny (dłuższej, niż nasze 20 m) się nie obędzie. Tibor się uparł, więc w końcu powiedziałem: zobaczysz, jak nie będzie szans na trawers, wracamy, bo z Anią przerabiałem zejście ze zjazdami tym żlebem, wówczas kończy się on w bocznej odnodze Sobkowego, na ok. 2100 m npm.
Więc zbadaliśmy sprawę i wróciliśmy do góry. ze 20 minut straty. Bo tam trzeba wbrew temu, co się logicznie nasuwa, cofnąć jakieś 50m do góry, trafiając na trawersy do żlebów schodzących z Kopy Lodowej i nimi na przełęcz, ok. 2370. Tam wyczerpała się bateria w aparacie, po tym zdjęciu. Do Jaworiny zeszliśmy tuż przed północą.

Ale jak dochodziliśmy na Lodową Przełęcz, Tibor zaczął mnie pytać, czy wiem, ILE TERAZ KOSZTUJE KASK. Zanim załapałem, o co mu chodzi, przyznał się, że zapomniał schować go do plecaka po pikniku na Lodowym Zworniku i teraz chce mi odkupić (odmówiłem, wracać też nie było sensu, bo było późno). Pewnie tam dalej leży, bo to trochę w bok od drogi normalnej. Aż tak mi na nim nie zależy, bo to stary model z lat 80-tych, kupiony ze 30 lat temu w UK, ciężki jak cholera, ma tylko wartość sentymentalną (czasami też komuś pożyczam, lub sam go zakładam, pożyczając mój lekki dla bardziej delikatnej głowy). Jakby ktoś schodził z Lodowego przez Ramię (Lodowy Zwornik o rzut beretem -ze 2 minuty z Lodowego Ramienia) i by znalazł ten kask, byłbym bardzo wdzięczny.
Jak on wygląda (na głowie Tibora) można zobaczyć w Googlu:
https://photos.app.goo.gl/diMGnNkcJBTzUMu99 .
Potem była jeszcze wycieczka Doliną Białej Wody z biwakiem na ławkach Taboriska (szlak obchodzi na długości paru km z powodu zerwanego mostku, może już zresztą naprawili?) Dotarliśmy tylko do połowy (raczej 1/3) drogi Tetmajera przed wierzchołkiem Zwalistej Turni. Zanosiło się na deszcz. Tibor mówił, że lepiej zawrócić, ja nie protestowałem. Przynajmniej raz wracamy przy świetle dziennym do Bielovodskiej Polany (dalej na rowerze). Następnego dnia jedziemy do Krakowa, bo Tibor tu jeszcze nie był. Jest szansa, że we wrześniu zwiedzę Budapeszt.
