Po około siedmiu godzinach jazdy z Misuriny przez Trydent i Mediolan docieramy do wioski Pont, skąd mamy zdobyć swój pierwszy czterotysięcznik. Pierwotny plan zakłada spanie w namiotach powyżej schroniska Vittorio Emanuele II , dlatego pakujemy niezbędny biwakowy equipment i z plecakami o znacznej wadze ruszamy do góry. Samochód zostaje na dość obszernym darmowym parkingu praktycznie na końcu wioski, znaczy drogi dalej nie ma. Pogoda do podejścia z ciężkimi plecakami jest wyśmienita, jest pod chmurką a w połowie drogi tutejsze niebo potraktowało nas jak ksiądz kropidłem. W schronisku czekają na nas jeszcze dwie osoby, z którymi będziemy wchodzić na Gran Paradiso i które będą za kilka dni współuczestniczyć w większej masochistycznej akcji górskiej

Przy podejściu dostajemy jednak info od schodzących ze schroniska rodaków, że spanie pod namiotem jest dość ryzykowne i zagrożone możliwym mandato, także para idzie w gwizdek, bo jakieś dziesięć kilo w plecaku okazuje się zbędnym balastem. Na całe szczęście podejście do schroniska jest dość wygodne.




Po zrobieniu najbardziej stromej części przewyższenia, szlak łagodnieje i robią się widoki.




Za którymś zakrętem ukazuje się w końcu naszym oczom schronisko, dzięki Bogu bo u mnie dają o sobie znać korzonki, czyli coś o istnieniu czego nie miałem pojęcia

W schronisku do imprezy dołączają jeszcze trzy osoby z nadmorskiej krainy, także grupa szturmowa na jutro zaczyna pękać w szwach

Pierwszy wieczór aklimatyzacyjny upływa przy konsumpcji tutejszego wina, piwka i spaghetti

Pobudka o czwartej rano, śniadanko robimy na tarasie przed schroniskiem, jest dość ciepło jak na tą porę i bezchmurne niebo.

Koło piątej ruszamy w górę, dołączając do sznura czołówek idących na szczyt. Początek szlaku to żmudne pokonywanie skalnego labiryntu, przypominającego trochę Dolinę Złomisk. Pierwsze śnieżne pole pokonuje bez raków, potem jednak teren staje dęba i trzeba się uzbroić w kilka stalowych zębów.






Po pokonaniu pierwszego spiętrzenia lodowca teren trochę odpuszcza i tutaj staje przed nami droga już tylko po lodowcu, więc sznur idzie w ruch.




Widoki też niczego sobie.



Ludzi też jak na Rysach w piękny wakacyjny weekend


Nic to, robimy swoje, tłum jakoś rozpierzcha się po szlaku, my powoli pokonujemy kolejne metry podejścia.






Droga po lodowcu jest monotonna, gdyby nie widoki za plecami to nuda Panie.





Kolega z zespołu trochę gorzej znosi wzrost wysokości, więc robimy przerwy i nie forsujemy tempa, zresztą to wyjście aklimatyzacyjne, więc nie ma się co spieszyć.






Aż do grani szczytowej idziemy w cieniu, w końcu po pokonaniu entego zakosu widać szczyt.







Hmm, mam wątpliwość, czy jeszcze my tam się zmieścimy.

Wchodzimy na skałę, plecaki rzucamy na kamienie, nie będziemy ich nieść na szczyt, przy takim tłumie u góry będą tylko przeszkadzać przy przepychaniu.












Dopychamy się do miejsca, skąd trzeba zrobić czujny trawers po wąskim gzymsie by wejść na wierzchołek z Madonną.



Dopychamy się do Madonny.



Michał na trawersie na szczyt.

Mnie, Michałowi i Bogdanowi jest mało, więc po krótkim zjeździe i kolejnym trawersie ze sporą lufą wchodzimy na wyższy wierzchołek.




Najwyższy wierzchołek to kawałek skalnej grani, w sumie nic specjalnego, prócz fajnego widoku na wierzchołek Madonna.











Robimy kilka zdjęć i wracamy po plecaki, trawersując wierzchołek z Madonną parę metrów poniżej po półce skalnej, dość czujnie bo nie dotarło na nią jeszcze słońce a miejscami jest zalodzona. Na początku grani robimy dłuższą przerwę by coś skonsumować a potem to już niestety na dół.

Ostatni rzut oka na Madonnę.

I do schroniska.





Schodzimy z lodowca, zrzucamy zbędny szpej i dalej podążamy już kamieniołomem.




Docieramy do schroniska, wciągamy liofa, pakujemy do oporu plecaki i ruszamy do parkingu, włoskie słońce daje ostro popalić a zejście dłuży się niemiłosiernie.

Osiągamy w końcu parking, gdzie po krótkiej reorganizacji zawartości bagażnika ruszamy w kierunku Courmayeur do tunelu pod Mont Blanc.