Rok wcześniej na imprezie z tego cyklu było tak:
viewtopic.php?f=11&t=19981Nie spodziewałem się, że zasiądę do tej relacji w grudniu... Czy ja w ogóle jeszcze coś pamiętam z tego wyjazdu?
Był sierpień, środek lata, kiedy ruszyliśmy (moja najbliższa rodzina + rodzice mojej żony) po raz drugi z rzędu na wyjazd organizowany przez Wojskowe Koło PTTK we Wrocławiu w góry Słowacji - tym razem w Tatry Zachodnie. Po drodze do bazy w Zuberzcu postanawiamy zwiedzić Zamek w Pszczynie. Niemożliwe tłumy tam były tego dnia! Ale zwiedzanie było całkiem udane. Obiekt ma interesujące wnętrza - militaria, wystrój wnętrz, i jest otoczony ładnym zespołem parkowym.
Z Pszczyny, na przemian w słońcu i w deszczu, przekraczamy granicę słowacką za Korbielowem, a ponad godzinę później meldujemy się w Zuberzcu – Hotelu Tatrawest. Standard hotelu – przeciętny, ale szczerze mówiąc niczego lepszego nie było nam trzeba. Witamy się ze znajomymi sprzed roku, rozpakowujemy, wypijamy na początek urlopu jakąś wiśniówkę - i spać. Prognozy pogody nie nastrajały optymistycznie na cały tydzień, ale człowiek zawsze liczy na to, że będzie ok.
Tuż po północy budzi mnie łomot głośnej muzyki zza ściany. Akurat tego weekendu odbywał się w skansenie w Brestowej folkfestiwal, całkiem spora impreza, część gości i artystów była zameldowana w Tatrawest. Raczej nie jestem wrażliwy, ale przez tą muzę nie spałem na pewno dobrą godzinę. Ale stwierdziłem, że skoro nie obudzili nikogo innego poza mną - to nie idę robić dymu – niech się bawią. Przeze mnie też bywało, że ludzie nie spali, więc...
Ranek wstał dość pochmurny, ale zdecydowaliśmy się, że idziemy w góry, może nas nie zleje. Obawiałem się trochę jak to będzie z noszeniem Julka, mógł się odzwyczaić od nosidła, miał prawie rok przerwy, na urlopie w Grecji cały czas nosiłem go na barana. Podjechaliśmy pod wyciąg “Spalona” i wjechaliśmy krzesełkiem na wysokość prawie 1400m. Tam rozpoczynało się dość strome podejście na Skrajny Salatyn. Julek dał się namówić na nosidło, a Franek radził sobie znakomicie idąc tempem takim, że spokojnie wyprzedzał większość dorosłych.
Na górze otworzyły się ciekawe widoki. Aż się uśmiechnąłem. Ostatni raz byłem w tamtych okolicach podczas przejścia Głównej Grani Tatr Zachodnich, wspomnienia wróciły. Pogoda nie była najgorsza, ale wiało fest i przesadnie ciepło też nie było, toteż najmłodszego szybko ubraliśmy we wszystko co było na stanie. Julek w końcu zasnął, a my wędrowaliśmy na zachód, przez wierzchołki Brestowej aż na Palenicę Jałowiecką. W tym momencie jednocześnie młody się obudził a z nieba zaczął padać coraz bardziej rzęsisty deszcz.
1. Podchodzimy na Brestową

2. Palenica Jałowiecka. Julek w stroju kosmonauty = wszystko co tylko możliwe na ciele

Zrobiliśmy sobie popas na przełęczy, chmury trochę przewiało, a my powzięliśmy decyzję, że Alicja z Bogusiem idą dalej na Siwy, a ja z dziećmi i teściową schodzimy do Zuberzca. Tak też zrobiliśmy. Muszę przyznać, że nosidło z Julkiem wyjątkowo mi ciążyło i było dość mocno niewygodne (rada do wszystkich rodziców - jeśli już kupujecie nosidło - kupujcie porządne!), toteż przeważnie wyrywałem trochę do przodu, następnie zrzucałem Julka z pleców żeby odpocząć, a Franek z mamą do nas dochodzili. W końcu mały zasnął mi po raz drugi, ale byliśmy już całkiem blisko kwatery. Wycieczka na spory plus, nie spodziewałem się, że pogoda pozwoli aż tak podziałać.
Mama została z dziećmi a ja zrobiłem sobie przebieżkę po samochód, który został pod dolną stacją kolejki. Zaraz potem śmignąłem do Białej Skały po resztę ekipy, która w tym samym czasie zrobiła grań do końca. I podobało im się!
Po powrocie na kwaterę zajrzałem jeszcze do naszych sąsiadów z zapytaniem czy impreza wczorajsza się udała. Trochę się nie mogłem z nimi dogadać i ze zdziwieniem stwierdziłem, że to wcale nie Słowacy. Na szczęście po angielsku poszło w miarę sprawnie. Zapowiedziałem, że dzisiaj jak się akcja z takim darciem mordy i puszczaniem muzy o 2 w nocy powtórzy to się do nich przejdę i własnoręcznie w... to co gra przez balkon. Nie wiem czy się przejęli czy nie, może nawet tak, bo to takie szczylki po 17-20 lat były, w każdym razie odniosłem sukces, bo przenieśli się wieczorem do sali ogólnej na dół. A okazało się, że byli to... Bośniacy.
Dnia kolejnego pogoda ewidentnie miała się ku lepszemu i postanawiamy to wykorzystać. Chcemy iść na Stawy Rohackie. Nigdy nie byłem w tamtej okolicy, a wielokrotnie widziałem je z góry, z grani. Znów wyruszamy całą ekipą. Parkujemy niemal w tym samym miejscu i zagłębiamy się w Dolinę Rohacką. Tego dnia pogoda była naprawdę piękna i Rohacze z dołu prezentowały się wyśmienicie. Rodzice zastanawiali się po drodze czy iść z nami nad stawy czy uderzyć gdzieś wyżej. Usilnie ich przekonywaliśmy, że z nami to sobie mało co pochodzą, więc żeby się nie zastanawiali i śmignęli na przykład na Wołowiec, bo tego dnia widoki zapowiadały się kapitalne. No i tak też zrobiliśmy. Przy Adamculi się rozdzieliliśmy, rodzice poszli dalej w stronę Tatliakowej Chaty, a my w górę w stronę stawów. Plan był taki, że być może spotkamy się jeszcze w zejściu.
3. Przy Rohackich Wodospadach

Trochę ciężko się maszerowało z Julkiem, ale nic to. Tatry to Tatry, co z tego, że plecy trochę bolały. Franek za to był po prostu świetny. Maszerował do góry z uśmiechem na ustach. Będzie z niego piechur. Szybko dotarliśmy nad wodospady, gdzie zrobiliśmy przerwę na jedzenie. Po kolejnych kilkunastu minutach marszu w stronę Doliny Spalonej dochodzimy do rozejścia pod stawami. Ponad piętrem lasu zrobiło się naprawdę pięknie. Ale otworzyła się również perspektywa na to, co jeszcze do podejścia - 250m konkretnej stromizny. Co to dla nas. Julek zasnął w nosidle, Franek nie marudził i nad stawy dotarliśmy błyskawicznie. Muszę przyznać, że miejsce to jest naprawdę fantastyczne. Jak na względnie małe przewyższenie i czas podejścia z dołu to sceneria była po prostu kapitalna. A te monumentalne, trawiaste ściany Wołowca z jednej strony, Rohaczy w środku i Trzech Kop z drugiej? Petarda! Wyjmuję śpiącego smyka z nosidła, kładę na trawie i robimy sobie kolejny popas. Tymczasem otrzymujemy info od rodziców, że są na Wołowcu. Widzę przez pożyczoną lornetkę machającego do nas Bogusia. Nosi mnie i kminię, którędy można by się stąd dostać na grań Trzech Kop nieznakowaną ścieżką. Jest jakaś wąska perć i chyba by przeszedł.
4. Widok na Dolinę Spaloną

5. Osobita pilnowała nas od północy

Znad Wyżniego Stawu Rohackiego przechodzimy koło 3 kolejnych idąc w piętrze kosówki z przepiękną scenerią dookoła. Jestem tym szlakiem naprawdę zachwycony. Pod Tatliakową Chatę docieramy niemal jednocześnie z rodzicami, którym ich wycieczka również się bardzo podobała. Dzieciaki dostają nagrodę w postaci lodów, dorośli wciągają piwo i kofolę. Na frytki czekam chyba z 45 minut i daję spokój - ostatecznie zwrócili pieniądze i poszliśmy na dół. Do hotelu docieramy zmęczeni (Franek dwa dni z rzędu po górach ze sporymi przewyższeniami) ale szczęśliwi. Na kolejny dzień planujemy coś lżejszego.
6. Rohackie Stawy były bardzo urokliwe

7. Rohackie Stawy były bardzo urokliwe

8. Już na dole, w Tatliakowej Chacie

Rano wszyscy ruszamy z Niżne Tatry do Doliny Dziemianowskiej odwiedzić jaskinie. Początkowo myśleliśmy o jednej, ale okazało się, że koło niej jest położona jeszcze jedna, więc czemu nie odwiedzić obu. Na pierwszy ogień poszła Dziemianowska Jaskinia Lodowa. Myśleliśmy, ze będzie ona wyglądać podobnie jak Dobszyńska Jaskinia Lodowa w Słowackim Raju, którą odwiedziliśmy rok wcześniej. Ale nie. Ta w Niżnych Tatrach jest o wiele skromniejsza i lodu było w niej tyle co kot napłakał. A ponoć właśnie latem - paradoksalnie - jest go sporo więcej, bo w jaskini panują warunki, które rozszerzają pokrywę lodową. Tylko, że poza jednym sporym lodowym stalagnatem to nie było go nic więcej.
Wychodzimy z mieszanymi uczuciami - niby się podobało, ale d. nie urwało. Myślimy co zrobić dalej. Po piwie i kofoli rozjaśniło nam się trochę w głowach. Godzina była wczesna, postanowiliśmy przejść się szlakiem turystycznym do pobliskiej drugiej jaskini. Przestawianie samochodu to byłby problem z miejscem parkingowym, dodatkowa kasa, a spacerek wzdłuż potoku (i niestety również dość ruchliwej drogi) i fajnych form skalnych był dobrą opcją. Co prawda chciałem tego dnia trochę odpocząć od noszenia Julka, ale niech tam.
Decyzja okazała się ze wszech miar słuszna. Dziemianowska Jaskinia Wolności do prawdziwa petarda! Wydaje mi się, że jest to najpiękniejsza jaskinia, w której byłem kiedykolwiek i że przebija nawet peloponeską Spileo Kastanias. Bogactwo form, ich różnorodność i jej rozmiar robiły wielkie wrażenie. Super, że najpierw byliśmy w tej "gorszej" bo to tylko wzmocniło efekt. Po zwiedzaniu dzieciaki dostały jeszcze trochę czasu na placu zabaw, po czym zawinęliśmy się do Zuberzca.
Wieczorem, po kolacji zaliczam jeszcze osobistą wycieczkę na pobliski fajny punkt widokowy. Ogarnąłem temat bardziej biegowo niż marszowo i całą wycieczka zajęła mi niespełna półtorej godziny.
9. Nawet po kolacji można coś w Tatrach urobić

Dzień kolejny miał być zarezerwowany na kolejne pasmo, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy - Góry Choczańskie oraz ich sławne wąwozy w Dolinach Prosieckiej i Kwaczańskiej. Po raz kolejny trzeba było przejechać zakręty prowadzące do Liptowskiego Mikułaszu.
Na tej wycieczce niestety dałem plamę. Byłem przekonany, że ubezpieczone drabinkami i innym żelastwem odcinki szlaku prowadzą obiema dolinami i właściwie nie ma żadnego znaczenia którą z nich będziemy podchodzić, a którą schodzić. Był to błąd. Niczego nieświadomi, w całkiem dobrej pogodzie (mimo słabych prognoz) parkujemy auta w górnej części Kwaczan i rozpoczynamy podejście. Znów nosidło ładnie wpija się w plecy ale ch... tam - ważne że w górach. No i tak sobie idziemy w górę zwykłą leśną ścieżką wysoko ponad wąwozem, którego obserwujemy z góry - co jakiś czas są porobione ładne platformy widokowe. Idę i myślę - gdzie te łańcuchy - przecież niemożliwe żeby stąd schodzić na dno tego wąwozu. No i tak dotarliśmy do końca szlaku, do miejsca, gdzie należało zejść do rzeki, gdzie prowadził dalszy szlak do Doliny Prosieckiej. Znajdował się tam piękny i bardzo urokliwy młyn-skansen "Oblazy" - miejsce bardzo przyjemne dla dzieciaków, dobrze się tam wszyscy bawiliśmy.
10. Dolina Kwaczańska

11. Młyny w Obłazach

12. Z knajpy w Wielkich Borowych. Pogoda zaczyna straszyć

Po odpoczynku kontynuujemy spacer do miejscowości Wielkie Borowe gdzie naszą uwagę przykuwa reklama baru. Nie mogliśmy nie wstąpić i był to strzał w dychę. Świetne żarcie, zimne piwo i super widoki - czego chcieć więcej? Trochę nam się nie chciało stamtąd ruszać, ale było jeszcze sporo drogi przed nami, także trzeba było. A pogoda tymczasem zaczęła wyraźnie się zmieniać. Dzień był mocno upalny od samego ranka. Powietrze było ciężkie, zaczęły zbierać się wkoło nas gęste ciemne chmury. Na razie jednak nic wielkiego się nie działo więc poszliśmy dalej. Droga najpierw zaraz za wsią stromo się podrywała, a następnie prowadziła przez ładne, widokowe polany. Ale pogoda psuła się już ewidentnie. Ściana deszczu była widoczna daleko na północnym zachodzie. U nas też w pewnym momencie zaczęło nieźle lać. Ale tylko kilka minut. W górnym wylocie Doliny Prosieckiej należało podjąć decyzję. Pierwszych kilka minut zeszliśmy. Ale ja zacząłem główkować. W każdej chwili może naprawdę grubo lunąć. Mam na plecach śpiącego Julka, nosidło z nim nie poprawia mojej koordynacji. Jest z nami Franek, który nigdy nie był na trudnym górskim szlaku z żelastwem a teraz miałby go pokonać w dół i to być może w ulewie. A ja mając Julka na plecach guzik bym go mógł przyasekurować. Nie mówiąc już o tym, że nie wiedziałem do końca jakich można się spodziewać trudności gdyż nie byłem tam nigdy wcześniej. A pierwsze ciągi łańcuchów prowadzące w dół wyglądały dość poważnie. Hmmm, po co nam było ryzykować jakiś wypadek czy nawet skręcenie nogi? "Słuchajcie, ja się nie czuję tutaj pewnie z dzieciakami w taką pogodę. Już teraz jest wszystko mokre, jak doleje nas w tym wąwozie to może być słabo" "No to wracamy" - stwierdziła reszta zgadzając się z moim osądem sytuacji. Było mi trochę głupio, bo gdybyśmy ten szlak robili w odwrotną stronę to pewnie byłoby sporo fajniej i ciekawiej a poza tym pewnie całego byśmy przeszli. No cóż, mozolnie, czaem w mniejszym a czasem większym deszczu wycofaliśmy się do wsi Wielkie Borowe. Wykombinowałem, że można do niej dojechać samochodem ale od drugiej strony, od strony Hut. Nie chciało mi się ciągnąć już tych dzieciaków tą smą drogą przez Dolinę Kwaczańską. Zdecydowaliśmy z Bogusiem, że sami szybko skoczymy po samochody.
No i poszliśmy, wyszło ekspresowo bo przy autach byliśmy po 50 minutach. Pół godziny później pakowaliśmy się już wszyscy do samochodów i wróciliśmy na kwaterę. Dzień całkiem interesujący, ale mógł być fajniejszy. No cóż, następnym razem...
Dzień następny to był czwartek. Rodzice ruszyli z samego rana na wycieczkę górską, a my zdecydowaliśmy się, że robimy sobie spokojny dzień. Następnego dnia wydębiliśmy od mamy zajęcie się dzieciakami i cały dzień na naszą prywatną łazęgę - no i już byliśmy podjarani.
Tymczasem leniwym porankiem poszliśmy sobie spokojnie pieszo do skansenu w Brestowej. Alicja z Frankiem ogarnęli bilety do Jaskini Brestowskiej (ostatnie bilety tego dnia), miejsca o tyle ciekawego, że niedługo wcześniej udostępnionego dla turystów. Jaskinia nie jest prawie w ogóle obudowana równymi chodnikami, nie ma również wewnętrznego stałego oświetlenia, no jednym słowem przygoda. Ja póki co jaskiń miałem dość (a i tak biletów więcej nie było) i zdecydowałem się spędzić ten czas bardzie produktywnie - jedząc z Julkiem frytki i pierogi i zapijając browarem i kofolą. Ale to było później. Tymczasem czekaliśmy na otwarcie jaskini. W okolicy był dziecięcy park linowy. Franek chce. Instruktor pokazał mu co i jak, idziemy. Trochę mu pomagam, ale radzi sobie dobrze. W pewnym momencie stracił jednak równowagę i poleciał. Zawisł na linie asekuracyjnej, która przekrzywiła mu kask i przycisnęła nos do policzka "Tatoooo, wiem że wyglądam nieco niezręcznie...." stwierdził machający w powietrzu nogami Franek. Uwielbiam go za te teksty.
13. Chwilę potem wyglądał niezręcznie. Na razie pełna koncentracja

Potem była jaskinia i żarcie, a jak się spotkaliśmy to postanowiliśmy wejść do skansenu. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się niczego wielkiego. Wielce się myliłem! Ten skansen jest świetny - jest duży, są tam przeniesione całe, kompletne części wsi, chałupy mają super wystrój, no kapitalnie się tam bawiliśmy.
14. Skansen okazał się naprawdę świetny

15. "Kończ waść. Wstydu oszczędź"

W skansenie dzieciaki dostały łuki i strzały także była radocha na całego. Z małego łuku Julka jak się dobrze strzeli to niesie na jakieś 50m. Od tamtego dnia każdy wieczór do końca to było strzelanie z łuku koło ośrodka.
Dalsza część dnia to już tylko błogi relaks. Wieczorem zamówiliśmy tzw baliczki czyli prowiant na drogę zamiast normalnego śniadania. Staramy się wcześnie położyć spać, gdyż "ale za to piąąątek, ale za to piąąąąątek, piąąąątek będzie dla nas.
Piątek. Piątek miał być dla nas – dla mnie i dla Alicji. I taki był. Budzimy sie bardzo wcześnie, chyba około 3. Szybko po cichutku zbieramy się z pokoju, chcemy wyjść z hotelu nie budząc nikogo, pal sześć już te baliczki, które miały być dla nas przygotowane, niech się portierka wyspi. A tu niespodzianka – drzwi zamknięte i nie da się ich otworzyć od wewnątrz. No cóż – budzimy. Młoda dziewczyna nie ma do nas żadnych pretensji, ale widzę w jej oczach, że nie rozumie, jak można o tej porze zbierać się w góry.
Zapakowaliśmy się sprawnie do samochodu i obraliśmy – ponownie – cel na Liptowski Mikułasz. Zakręty, zakręty, zakręty. Z tej podtatrzańskiej metropolii skierowaliśmy się na Przybylinę, a potem w stronę kempingu Raczkowa Dolina. Wyszliśmy szybko z samochodu, znaleźliśmy szlaki koloru zielonego i raźno ruszyliśmy w trasę. Po 3 minutach zgłupieliśmy – po znakach ani śladu. Zrywka drewna. Spróbowaliśmy tu i tam. W końcu znaleźliśmy jakąś drogę i z braku laku poszliśmy nią do góry. Niestety nie było to mądra decyzja. Myślałem, że wiedzie tamtędy szlak, tylko oznakowane drzewa zostały wycięte. Podchodziliśmy bitą, utwardzoną drogą o nachyleniu co najmniej 40 stopni. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Jakie maszyny mogą tam wjechać???
Urobiliśmy dobre 100m przewyższenia kiedy droga zaczęła niknąć w krzakach. „Kur...wa, to nie tu...” Uważnie lustruję okolicę i mapę starając się połapać w układzie żlebów, dolin i grzbietów, gdzie może biec nasz szlak. Próba dojścia do niego na przestrzał zakończyła by się końcem wycieczki i soczystym kopem w du.pę od mojej żony. Tego jestem pewien. No cóż, trzeba było zacząć schodzić. Wracamy niemal pod zabudowania. Nagle kątem oka dostrzegłem malutką przecinkę zasłaną powalonymi pniami. Postanowiłem ją sprawdzić. Po minucie znajduję znakowanie szlaku. No to przynajmniej jesteśmy na właściwej ścieżce, ale mamy jak nic 50 min błądzenia po krzakach na darmo na start. Biorąc pod uwagę ambitne plany na ten dzień – nie rokowało to pozytywnie. (postedit: Właśnie sobie uświadomiłem, że czytałem wcześniej, że ktoś właśnie tam pobłądził. I to czytałem przed naszą wycieczką i zupełnie nie skojarzyłem faktów. Druga wtopa na tym urlopie)
Szlak zielony na Baraniec bardzo przypominał mi sąsiednie podejście na Otargańce – jakieś 700m w pionie do zrobienia po lesie, nic się nie dzieje, monotonna orka do góry. A za plecami widoki na Tatry Niżne. Po ok. półtorej godziny wchodzimy w piętro kosówki, przechodzimy grzbietem Klinowatego, odsłania się wtedy szerszy widok na otoczenie Doliny Jamnickiej i Raczkowej. Pogoda nas zbytnio nie rozpieszczała – przez góry przewalały się chmury i mgły.
16. Zachodnie ograniczenie Doliny Jamnickiej

Za Klinowatem wchodzimy w duże morze kosówki, na wysokości ok 1800m Alicja mówi, że czas na śniadanie i nie ma się co dalej szarpać na głodnego. Spoko. Jemy, podziwiamy przeciwległe granie. Po chwili ruszamy dalej. W okolicach Małego Barańca zobaczyliśmy dalszą część grani, skręcającą delikatnie na zachód, z głównym wierzchołkiem będącym jeszcze naprawdę naprawdę daleko.
Wędrowaliśmy spokojnie przez Klin i Szczerbawy. Tuż pod wierzchołkiem tego ostatniego mijaliśmy sporą grupę kozic, nie wiem czy Alicja widziała je kiedykolwiek z tak bliska. Najśmieszniejsze jest to kiedy uciekają za jakiś załom skalny a potem wystawiają te ciekawskie rogate pyski delikatnie, żeby zobaczyć czy sobie już poszedłeś.
17. Na Barańcu - niby fajnie ale pizgawica była tam straszna

Ostatnie podejście na Baraniec poszło nam bardzo sprawnie. Wiele oczekiwałem po tym punkcie widokowym, ale widoczność pozostawiała trochę do życzenia, poza tym było wietrznie i po prostu zimno. Na szczycie spędziliśmy może z 10 minut i trzeba było się ruszyć bo było nieprzyjemnie. Z panoramy ze szczytu najbardziej utkwiło mi to jak brzydka jest z tej strony Banówka – jak kupa bezładnie rzuconych kamieni, bez wyraźnej kulminacji. Często mawia się, że panorama z Wysokiej nie jest idealna gdyż brakuje na niej samej Wysokiej. Analogicznie można powiedzieć, że panorama z Banówki jest piękniejsza niż z Barańca gdyż nie ma na niej samej Banówki.
Z Barańca szybko staczamy się na dół, na północ. Momentalnie zrobiło się ciszej, przyjemniej i cieplej. Widać było, że pogoda będzie się poprawiać. W pewnym momencie wyszło słońce i oświetliło piękne zielone stoki Smreka. Zaczęło być pięknie. A Baraniec, piękny i potężny zaczął zostawać coraz bardziej za nami. Jego masyw jest naprawdę bardzo rozłożysty i dopiero z perspektywy zaczął robić duże wrażenie. Takie Szczerbawy, niby mały przedwierzchołek, same wydawały się niezłym szczytem, a główny pik to już w ogóle.
Przez Smreka śmignęliśmy szybko, kolejny mega widokowy odcinek wyprowadził nas delikatnei w dół na Żarską Przełęcz. Już tu kiedyś razem byliśmy, chyba w roku 2008. Na przełęczy spotykamy pierwszych tego dnia ludzi. I niestety od tego momentu będzie ich już tylko więcej. Po dłuższej przerwie drugośniadaniowej zaczynamy podejście na kolejny wybitny wierzchołek – Rohacz Płaczliwy. Trochę już czujemy w nogach dotychczasową drogę i z jednej strony nie chce nam się iść na sam szczyt, ale wiem że dla widoku warto i namawiam Alicję. Było warto. Na Rohaczu Płaczliwym byłem chyba trzeci raz. Jest on jednym z najlepszych punktów widokowych w Tatrach Zachodnich. Patrzymy z góry na stawy, nad którymi byliśmy kilka dni wcześniej z dziećmi, i na Baraniec, widząc cały szlak który zajął nam poprzednie 2 godziny. W tym samym czasie Boguś walczył w okolicach Banówki a pod koniec dnia okazało się, że przeszedł kawał grani – zaczął przy górnej stacji wyciągu „Spalona” a skończył na Wołowcu.
18. Im dalej tym przyjemniej - schodzimy na północ, grań Smreka przed nami

19. I nawet zrobiło się zielono

20. Ze Smreka przez Rohacz Płaczliwy i Ostry na Wołowiec

21. Widok z Rohacza Płaczliwego na zachód

To co podobało nam się zdecydowanie mniej to rosnąca liczba ludzi. Nie chcieliśmy się przepychać w drodze na Ostry, więc dość szybko zaczęliśmy zejście. Dalsza droga w sumie bez większej historii – aż do momentu kiedy stanęliśmy niemal pod kopułą szczytową zachodniego wierzchołka Rohacza Ostrego. Męczyła się tam jakaś Słowaczka, która w ogóle nie poruszała się do przodu. Nie wiem o co tam chodziło, ale była z większą ekipą, więc raczej pomocy nie potrzebowała. W każdym razie porobiły się momentalnie korki – w sumie odentyczną sytuację mieliśmy z chłopakami w tym miejscu podczas przejścia GGTZ. Na szczęście doskonale znałem obejście tego miejsca. Przeszliśmy z Alicją sprawnie bokiem. Na szczycie Rohacza Ostrego było całkiem przyjemnie – nie za dużo ludzi, coraz lepsza pogoda. Porobiliśmy jakieś fotki, napiliśmy się, no i czas było schodzić. Przejście na wierzchołek wschodni i zejście z niego sławnym koniem wymaga nieco gimnastyki, ale nie jest specjalnie trudne. Kawałek łańcucha w wąskim komunku w zejściu sprawia tam więcej problemów niż przesławny koń – ale umówmy się – jest to raptem 2 minuty trudności.
22. Widok z Rohacza Ostrego na Smrek i olbrzymi masyw Barańca, z którego przyszliśmy

23. Zejście z Wołowca na wschód

Na Jamnickiej Przełęczy robimy kolejną przerwę. Kilka razy poruszyliśmy temat którędy i skąd schodzić. Myślałem, że przejdziemy na Wołowiec, następnie Jarząbczy i zejdziemy widokowo Otargańcami. Widzę jednak, że Alicja powoli ma dosyć, a ja w sumie też nie mam jakiegoś wyjątkowego parcia zwłaszcza, że we wszystkich wspomnianych miejscach już byłem. „Wiesz co? Idźmy sobie spokojnie na Łopatę poleżeć w trawie. Ludzi nie będzie, rozwalimy się, popatrzymy spokojnie na góry a kiedy nam się zechce to zejdziemy w stronę samochodu”. No i tak też zrobiliśmy. Skoczyłem tylko do stawu po wodę, gdyż już się nam kończyła, i rozpoczęliśmy podejście na Wołowiec. Tempo nam wyraźnie siadło, zmęczeni weszlismy na górę.
Jaki tam był cyrk! Laseczki w topach, koksiki i sebiksy, gwar, pełno ludzi, masakra. Posiedzieliśmy na górze z 10 minut oglądając przednie widoki i bujnęliśmy się szlakiem w stronę Jarząbczego. Znów zrobiło się bardziej pusto. W miejscu gdzie szlak zaczyna trawersować zbocza Łopaty, wbijamy się granią na górę. Od razu lepiej. Na szczycie kładziemy się na kurtkach i polarach i leżymy w trawie. Wokół nas cisza. Chmury powoli suną po niebie. Piękne Tatry dookoła. Cudna chwila. Alicja zasypia na jakieś 45 minut, ja nie mogę zasnąć, więc gapię się po prostu na góry.
Rzadko pozwalam sobie w górach na chwilę takiego luzu. Chyba zbyt rzadko.
24. Moja żona zawsze marzyła o sypilani z pięknym widokiem.

Zrelaksowani, z Łopaty schodzimy na Dziurawą Przełęcz a potem nieznakowaną, choć wyraźną ścieżką nad Niżny Rohacki Staw. I tutaj niestety zdarzył się niefortunny wypadek. Alicja w łatwym terenie wykręciła kostkę. Do przejścia została nam cała Dolina Jamnicka. Nieprzyjemna sytuacja, ale moja dzielna żona dała radę i mimo bólu kontynuowała zejście. A nie należało ono do najkrótszych – jakieś 900m w pionie i 10km w poziomie. Szkoda, że ta wycieczka zakończyła się takim akcentem. Po zejściu do samochodu moczymy nogi w lodowatym potoku, a po drodze do Zuberzca, w Liptowskim Mikułaszu kupuję jakieś maści i bandaż w aptece.
Po cichu liczyłem, że w sobotę, dnia kolejnego pojedziemy jeszcze w okolice Babek i Schroniska pod Narużim, ale niestety stan Alicji to wykluczał, a samemu z dwójką dzieci mi się nie chciało. W sumie sam nie wiem dlaczego, ale czułem się mocno sponiewierany, a wręcz wyczerpany tego dnia wieczorem. Może się nawarstwiło z poprzednich dni.
Podjęlismy decyzję, że jednak wracamy do Wrocławia w sobotę. Rodzice tymczasem zbierali się na drugą część turnusu – w Tatrzańskiej Łomnicy, tam gdzie byliśmy razem rok wcześniej.
Słowacja pożegnała nas piękną pogodą. Przed wyjazdem spojrzeliśmy jeszcze na mapę i staralismy się znaleźć jakieś ciekawe miejsce, które można by zwiedzić po drodze. Padło na... Racibórz. Miasto stare, historyczne, a jeszcze tam nie byliśmy.
25. Królewska rodzina

26. Nawet w Raciborzu znajdzie się coś ciekawego do roboty

Niestety, nie powaliło nas. Jest zaniedbane i mocno zaśmiecone. Choć trzeba przyznać, że Zamek Piastowski jest ładnie odnowiony, a deptak nad Odrą na spacery jest ok.
Po południu jesteśmy już u siebie i mamy 1,5 dnia na ogarnięcie się przed poniedziałkowymi obowiązkami.
Słowem podsumowania – było świetnie, po raz kolejny organizacja, miejsce, zakwaterowanie – wszystko zapięte na ostatni guzik. Bardzo dziekujemy organizatorom za włożony trud. W przyszłym roku wyjazd ma być w Małą Fatrę i ooczywiście już się nie możemy doczekać.
Słowo podsumowania 2: pogoda miała być słaba a przez większość czasu była świetna!
I pozdrowienia dla MM, która dopingowała mnie, abym w końcu tę relację napisał