Przejazdem byłem nie daleko, to przecież nie wytrzymałem i skręciłem. Zawsze chciałem iść na Wołowiec bo jest ładny taki jak się na niego patrzy z początku doliny Mięguszowieckiej.

Potem z bliska to już trochę mniej się prezentuje, ale fajna góra.

W ogóle fajne góry dookoła


Nawet w stawie były góry

Rano na dole było pięknie, cieplutko. Szedłem w koszulce. Od Hińczowego Stawu na Wołowcową Przełęcz bez problemów. Potem plan zakładał Wołowiec, Hińczową obejście pod skałami do Czarnostawiańskiej Przełęczy, Mięguszowiecki Czarny i zejście przez Chłopka.
Z Wołowcowej Przełęczy widok w stronę Hińczowej

I w stronę Wołowca

Grań główna w stronę Wołowej Turni - takie wypatrywanie pod kątem kolejnej wycieczki

Baszty z Wołowca

Na powyższym zdjęciu widać pojawiające się chmurki. Dodawały górom uroku. Na grani zaczęło też już wiać. Niestety z minuty na minutę silniej, ale jeszcze znośnie. Ubrałem się w co tam miałem, a wiele tego nie było i łatwą suchą granią poszedłem w stronę Hińczowej Turni. Tymczasem przybywało coraz więcej chmur...


Rzut oka na grań w stronę Wołowca

Przed wierzchołkiem Hińczowej jest taka może 3 metrowa ostra przełączka. Niby nic, ale do tego czasu zrobiło się tak zimno, że całkiem zesztywniały mi dłonie. Trzymałem je kilka minut pod ubraniem, żeby się rozgrzały bo nie mogłem skały złapać. Dopiero jak je w ten sposób rozgrzałem pokonałem przeszkodę. Swoją drogą zauważyłem, że jak się chodzi samemu to człowiek się robi dużo bardziej ostrożny i wszystko wydaje się trudniejsze niż w grupie.
Czarny Mięgusz z Hińczowej

Na Hińczowej jest puszka szczytowa w takim czerwonym plastiku. Zeszytu nie było, tylko luźne kartki i ołówek.
Wróciłem tą samą drogą kawałek a potem pierwszym napotkanym żlebem udałem się w dół, żeby obejść skały Hińczowej i takim trawiastym zboczem przejść do żlebu, który prowadził na Czarnostawiańską Przełęcz.
Banalne.
Ale nie doszedłem. Zrobiło się takie mleko, że nie widziałem nic. Siedziałem dość długo i czekałem, aż coś się przewieje. Zaczęło mnie trząść z zimna. Próbowałem potem schodzić na wprost do Hińczowego Stawu, ale wszędzie pakowałem się w strome skałki. A kompletnie nie widziałem co jest pod nimi. W końcu poszedłem z powrotem w stronę grani Wołowca. Przeszedłem na drugą stronę do Żabich Stawów i szlaku na Rysy. Stamtąd wróciłem w dolinę.
Ostatni widok w stronę Wołowej Turni już z dołu jak chwilę się odsłoniło.

Tak oto góry zgotowały mi psikusa w postaci porażki i to tam gdzie się tego zupełnie nie spodziewałem.
Finalnie jak mawia mój górski przyjaciel była "kwintesencja górskiej przygody"

bo i smak sukcesu, w końcu na dwie wszedłem i gorycz klęski, bo nie wszedłem na trzecią.