Czerwcowa niedziela, jeszcze nie letnia, ale już burzowa. Zapowiadają 6h nasłonecznienia z możliwością popołudniowej burzy, trzeba by urobić coś nieskomplikowanego, szybkiego w miarę łatwego. Turystyczne tematy odpadają z racji przygotowań do grubych alpejskich akcji, więc musi być akcent wspinaczkowy

Grań Kościelców, znakomity temat, spełnia nasze kryteria. Start z Brzezin koło szóstej, pogoda piękna ... na razie, ciśniemy.


Szybkość podejścia prawie mordercza, kiedyś w godzinę wbiegłem pod Murowaniec, teraz podejście zajmuje nam 1h15min. Koło schroniska tylko przechodzimy, nie ma czasu na pierdoły, trzeba cisnąć.



Kierujemy się na czarny szlak prowadzący na Świnicką Przełęcz, jednakowoż zaczyna wzrastać zachmurzenie, ale okoliczności przyrody ładniutkie.


Nad Zielonym Stawem zaczyna kropić, od Kasprowego ciągną jakieś koszmarnie czarne chmury tak jak i od Świnicy, w momencie świat zasnuł tatrzański smog. Przyodziewamy pelerynki i idziemy na przetrwanie, nic nas nie skłoni do odwrotu



Nie byliśmy jedynymi chętnymi na tą grań, z nad stawu widzieliśmy trzy osoby na progu Świnickiego Kotła, też pewnie miały dylemat czy cisnąć na Mylną Przełęcz, czy się wstrzymać i odpuścić. My czekamy, bo widać światełko w tunelu a właściwie niebieskie okno nad Zakopanym, które przesuwa się w kierunku nas, dlatego pomimo, że jeszcze kropi ruszamy w górę.




Kilkadziesiąt metrów poniżej przełęczy odbijamy w kierunku kotła, w sumie to nie wiem czemu obraliśmy tą drogę podejścia a nie trawers pod zachodnią ścianą Kościelca, nic to idziem.



Podejście od szlaku w kierunku kotła jest na jednym poziomie, kiedyś zimą ze Świnickiej Przełęczy przechodziłem tędy pod Zadni Kościelec, ale zimowa sceneria to co innego niż letni kamieniołom. Przed wejściem w żleb wyprowadzający na Mylną Przełęcz trzeba pokonać jeszcze tatrzański lodowiec.

Na końcu lodowca wpadam w szczelinę brzeżną
Przełęcz osiągamy dość szybko.



Grań ma II wycenę, od początku założenie było by przejść grań na lotnej, także wiążemy sznurek i lecimy.






Początek fajny, jest co robić, potem odpuszcza, by znów docisnąć przy wejściu na szczyt Zadniego Kościelca.





Stajemy na piku, chwilę przed nami zszedł ze szczytu jeden zespół i mota poniżej wierzchołka zjazd, nie natknąłem się nigdzie w opisie by trzeba było zjazd robić, ale zaraz obadamy.







Nie spieszymy się bo przed wejściem na grań Kościelca zrobił się mały korek, trzy zespoły są przed nami. Miejsce gdzie poprzednicy zjeżdżali my schodzimy.


I czekamy, czekamy, czekamy ...


Od zachodu po słowackiej stronie robi się Mordor i ciśnie w naszym kierunku, przez chwilę nawet rozważamy ucieczkę w dół, ale wróżę że nie dojdzie to dziadostwo do nas bo oddziela nas grań Świnicy. Na szczęście nie słychać grzmotów a ciężkie chmury sadowią się gdzieś w Dolinie Cichej. Ostatni zespół przed nami był w połowie grani, więc wystartowaliśmy do góry.




Tutaj dobrze widać frienda na wysokości łokcia, zostawionego przez forumową koleżankę

Po paru minutach stajemy na szczycie, to też był fajny odcinek. Na szczycie tłok straszny, pięć zespołów przeszło grań i masa turystów, każdy chce mieć słitfocie na piku ... my też




Jeszcze tylko na główkę do Czarnego Stawu

I ciśniemy do Murowańca bo po remoncie dają pizzę z pieca a ta nie może stygnąć



Na szlaku zejściowym jest strasznie gorąco i zero wiatru, patrząc na niektórych podchodzących w tym skwarze ma się wrażenie, że zaraz jakąś reanimację trzeba będzie uskuteczniać bo jadą na oparach. I już wiem po co tyle ludzi przychodzi nad ten staw

Niektórzy z premedytacją łamią przepisy

W Murowańcu meldujemy się koło trzynastej, serwujemy sobie po pizzy i znieczuleniu całoustrojowym w postaci lagera

Ależ się miło schodziło do Brzezin
