Zanim jednak doszło do tytułowego dwuboju, dzień wcześniej miała miejsce mała, popołudniowa pętelka w Magurze Orawskiej. Ze wsi Bziny. Tam też, na parkingu, przyczepił się do nas miejscowy starszy jegomość, z uzębieniem znacznie uszczuplonym, który zagadnął do mnie: "pokruszyło, hej!". Spojrzałem w jego zęby, później na swoje auto, czy w nim się coś nie skruszyło, potem na jezdnię, na końcu na otoczenie, czy czasem jakiś śnieg wcześniej w tych Bzinach nie padał. A on do mnie znowu: "pokruszyło, hej!". Na co ja jemu, że nie rozumiem, a on znowu: "pokruszyło, hej!". I tak pewnie byśmy stali bez porozumienia jeszcze trochę czasu, aż mnie w końcu olśniło, że chodzi mu o to, że popadało. No, to ja do niego: "popadało?", a on: "ano, popadało, hej". W dalszej dyskusji (oprócz faktu, że popadało, hej, który przewinął się kilka razy) dowiedziałem się między innymi, że miesiąc temu zmarła jego siostra Halinka, a jego brat mieszka w Polsce, w Piekielniku. W końcu moja cudowna żona wygramoliła się z auta i pożegnaliśmy kolegę, który w między czasie zapomniał już nowego słowa po Polsku, odpowiadając: "pokruszyło, hej!".
Ścieżka do góry była dość stroma i raczej polegała na odnajdywaniu owczych śladów. Nie brakowało też błotnistych odcinków, w końcu wcześniej w Bzinach pokruszyło, hej. I tak dotarliśmy na łąkę za Brezovcem (700 npm), gdzie natrafiliśmy na czerwony szlak, który z kolei zaprowadził nas szybko na Predny Krnac (801 npm). Otwarł się ładny widok na Małą Fatrę i Wielki Chocz, tylko linie wysokiego napięcia, które biegną przez grzbiet nieco psuły krajobraz.




Przez Zadny Krnac dotarliśmy do kapliczki Sv. Vendelina przez soczyście zielone (bo pokruszyło, hej) łąki z ładnymi widokami na Góry Choczańskie i Tatry Zachodnie.
W drodze powrotnej ścięliśmy trasę przez kotę (763 npm) i po trzech godzinach wróciliśmy do auta.





Na miejsce noclegowe wybraliśmy parking w Dolinie Lubochniańskiej, który okazał się całkowicie pusty. Wyciągnęliśmy rowery z bagażnika, dzięki czemu mogliśmy rozłożyć siedzenia i niewygodnie spędzić noc. Przed tym oczywiście trochę się znieczuliliśmy rodzimym chmielem. Na kołach podjechaliśmy do zamkniętej na trzy spusty Chaty Lucka i wróciliśmy z powrotem na parking. Ostatnie niedobitki opuszczały dolinę - najpierw samotna rowerzystka, następnie dwa samochody pracowników leśnych, a na końcu przybiegł lis, ale na nasz widok dał dyla, gdzieś w chaszcze.
Poranek przywitał nas zachmurzonym niebem, ale byliśmy dobrej myśli. Nasz dwubój rozpoczął się dokładnie o 5:15, kiedy to siłą mięsni wprawiliśmy w ruch koła naszych rowerów. Ruch odbywał się niestety pod górę, co dla mojej żony stanowiło pewną przeszkodę. W każdym razie wrzuciła na ten podjazd przełożenie o bardzo niskich wartościach, do czego po wycieczce mi się przyznała. Po drodze minęliśmy odbitkę na Klaka przy sanatorium i szlaban z zakazem wjazdu, który wszyscy w dolinie ignorowali.
Przy leśniczówce Blatna zostawiliśmy koła przymocowane szyfrem do mostku na rzece i rozpoczął się drugi etap naszego dwuboju, czyli chód. Chciałem iść bez szlaku przez Dvoriska, ale ścieżki nie znaleźliśmy, a przebijanie się przez bagniste Jezioro Blatne, mogło skończyć się tragicznie.
Żółty szlak trawersował wysoko ponad Blatnym Potokiem i wąską Blatną Doliną. Po drodze minęliśmy dwa, nieco sfatygowane już mostki. Piękne podejście.


Z ciemnego lasu wyleźliśmy na słoneczne łąki, w pobliżu górskiego Hotelu Smrekovica. Przywitało nas niebieskie niebo i białe obłoczki w oddali, czyli znaki rozpoznawcze TEJ wiosny. Po przerwie na ławeczkach pod Skalną Alpą ruszyliśmy w kierunku Rakytova.





Rakytov, to moja ulubiona góra w Karpatach - stoję na stanowisku, że jest to najlepszy punkt widokowy w całym regionie. Darzę go szacunkiem do tego stopnia, że ostatnią jesienią go okrążałem żółtym szlakiem, pomimo, że stanowił on cel mojej wycieczki. Ale widoczność wtedy była marna i nie chciałem sobie swojej subiektywnej opinii popsuć. W niedzielę jednak było inaczej niż jesienią i widoki stały otworem. Na szczycie była grupka Słowaków, w tym jeden skiturowiec (pisało mu tak na koszulce) z malutkim dzieckiem, które przenosił w plecaku. No tak, sezon skiturowy w tym roku przedwcześnie się skończył - trzeba popylać po kapustach z dzieciakiem. Przy róży wiatrów stał jeszcze jeden wrośnięty w ziemię turysta z aparatem, który szeptem czytał opisane szczyty i robił im zdjęcia. No, i my - dwuboiści z Polski.




Teraz to pogoda może się schrzanić; ja już wszystko zobaczyłem, co chciałem - rzuciłem do żony na zejściu z Rakytova. Tylko, że pogoda nie zamierzała tego zrobić - przynajmniej przez najbliższe godziny.




Kontemplując piękno krajobrazu ominęliśmy Cierny Kamen i Ploską.



















W Chacie pod Borisovom wchłonęliśmy po kapuśniaku i jakieś bez nazwowe siki weroniki. I tak etap podejść się zakończył tego dnia.

Żółty szlak wzdłuż Doliny Mocidlo miał podobny charakter do tego w Blatnej - prowadził trawersem ponad górską bystrzycą. Po drodze uratowaliśmy parę słowackich rowerzystów, którzy zgubili żółte znaki i atakowali jakieś dzikie zbocze z rowerami. U wylotu Doliny Mocidlo wpisaliśmy się do książki wejść i zaczął się nasz dziesięciokilometrowy marsz asfaltem do miejsca, gdzie zostawiliśmy rowery. Po drodze snuliśmy wizję, że:
-ktoś je ukradł,
-niedźwiedź przegryzł i przedziurawił w nich opony,
-Słowacy wymieniali mostek na nowy i wywieźli przyczepione szyfrem rowery...
Nic takiego, na szczęście, nie nastąpiło.
Droga w dół zajęła nam dwadzieścia minut, głównie dzięki temu, że w mojej żonie ni stąd ni zowąd odnalazł się gen kolarstwa. Być może dlatego, że od lat katuje ją wszystkimi relacjami z wyścigów na Eurosporcie, a może dlatego, że droga tym razem prowadziła w dół.




Statystyki dwuboju: 30 km chodu, 30 km jazdy rowerem; 12 godzin w akcji.
I konkluzja: Dolina Lubochniańska jawi się niektórym jako upiorne miejsce, w którym niedźwiedź czeka tylko na okazję, żeby pożreć stworzenia wszelakie. W rzeczywistości jest to słoneczna dolina, doskonała na przejażdżkę rowerową bądź na rolki, z czego okoliczni mieszkańcy korzystają. A kto ją przemierzy, ten zobaczy, to co dodałem powyżej.