Bieszczady były przez nas odkładane na kolejne wakacje od… początku. Zawsze chcieliśmy je odwiedzić, a później wychodziło coś innego. Tym razem koronawirus wspomógł nas w wyborze polskiej opcji.
W sobotę obraliśmy kierunek na wschód i dotarliśmy do Mielca… miasto ładne, Norbert zachwycał się samolotami, załapaliśmy się na wycieczkę objazdową z przewodnikiem, a wieczorem czekała nas walka. Poddałem się po północy bo ktoś musiał później prowadzić samochód, ale reprezentacja walczyła o remis.
Niedziela to Tarnobrzeg i okolice. Agroturystyka na maksa – dojenie kóz, pawie, świnie, wieczorem rykowisko i na pamiątkę arbuz i dynia
W poniedziałek w końcu jedziemy zdobywać góry i zakwaterować się, a że doba zaczyna nam się od 16:00 to przejeżdżamy przez Pogórze Przemyskie (nie wiedziałem, że pagórki mogą być takie fajne) i wchodzimy na Trohaniec w paśmie Otrytu. Pogoda dopisuje, zaglądamy do Chaty Socjologa, ale w środku pusto i wszyscy zajęci są pracami w okolicy, więc robimy tylko zdjęcia i jedziemy szukać restauracji. Po drodze w Lutowiskach mijamy punkt widokowy z kapitalną panoramą na Bieszczady, ale nie zatrzymujemy się na zdjęcia bo przecież jeszcze się napatrzymy.

Trochę dziwny klimat

Otrycka Republika Wolnej Myśli i Słowa

Tabliczka nad wejściem do chaty

Trohaniec 938,8 m n.p.m. najwyższa kulminacja pasma Otrytu
Wtorek.
Właściwie to dopiero teraz jesteśmy w Bieszczadach, bo Otryt często zaliczany jest do Gór Sanocko-Turczańskich. Pierwszy dzień właściwej działalności górskiej to musi być długa trasa, pogoda na dzisiaj nie pewna, ale jesteśmy dobrej myśli. Startujemy z przełęczy Wyżniańskiej i idziemy na śniadanie do schroniska Pod Małą Rawką. Po drodze możemy podziwiać jak powoli chmury odsłaniają Tarnicę – najwyższy szczyt Bieszczad w granicach Polski.

Bieszczady buuuudzą się (na melodię miasto budzi się)

Pod Małą Rawką

Imbir – kot schroniskowy. Drugi taki, tylko szary urzęduje w Bieszczadzkiej Legendzie
Schronisko przyjemne, ale nie będziemy tu spędzać reszty dnia.
Utah Raptor nabrał sił i prowadzi nas w stronę Małej Rawki po drodze wyprzedzając kilku turystów… jest na tyle dobrze wychowany, że wyciągnął nawet pomocną dłoń do mamy z tekstem „Pomogę ci żebyś tak nie dyszała”.
Na Małej Rawce jest już pierwszy opad szczeny bo widoki są na prawdę przednie.

Wielka Rawka z Małej Rawki
Niestety zanim doszliśmy na Wielką Rawkę chmury zdążyły nam zamknąć widok na cokolwiek, dosłownie było widać jak szły z prawej i z lewej, a chwilę później byliśmy już w totalnym mleku z widocznością na jakieś 100 metrów.
W drodze na szczyt spotykamy jeszcze zaprawionego turystę z którym chwilę rozmawiamy, Norbert zasuwa na swoich nóżkach, ale jednak dystans i podejście robią swoje, a ambicja nie pozwala odpuścić i zagaduje „Czy możemy razem wejść na szczyt?”. Tak żeby przypadkiem nie chciał być przed Utah Raptorem na szczycie.

Wielka Rawka w chmurze
Na szczycie się nie rozsiadamy bo nie ma to sensu skoro i tak nic nie widać i ruszamy w stronę Krzemieńca na którym znajduje się trójstyk granic.
Na szlaku granicznym wyprzedza nas żołnierz ukraiński z karabinem na plecach. Takich akcji jeszcze nie widziałem, ale w sumie każdy ma prawo czasami wyskoczyć w góry.

Krzemieniec/Kremenaros/Кременець/Kremenec
Krzemieniec jest najwyższym szczytem Gór Bukowskich na Słowacji, wg polskiej regionalizacji Góry Bukowskie zaliczają się do Bieszczadów Zachodnich.
Czas na chwilę przerwy, transformację Utah Raptora w Kecalkoatla i możemy lecieć z powrotem na Wielką Rawkę. Tym razem mamy więcej szczęścia i widać wszystko hen daleko. Tak daleko, że nie wiem na co patrzyłem, ale porównując z opisanymi panoramami z dalekich obserwacji widoczność była na ponad 100 km.

Powrót na Wielką Rawkę, tym razem w przyjemniejszych okolicznościach

Czy tam w oddali może być Kińczyk Bukowski i Pikuj?
Z panoramą muszę jeszcze powalczyć bo zajmuje ponad 100 MB.
Ze szczytu schodzimy niebieskim szlakiemi do schroniska Kremenaros. Strasznie się dłużyło.

Kolejne pokolenie przekracza progi Kremenarosa, dawnego Pulpitu
Schronisko po mojej ostatniej wizycie (przeszło 10 lat temu) mocno się zmieniło i z dawnych czasów została już chyba tylko siatka maskująca na suficie i elewacja. Miejsce gdzie się rozbijaliśmy jest ogrodzone i coś się tam buduje, sanitariaty w miarę czyste, a do jedzenia można zamówić coś innego niż piwo. Przez długi czas Kremenaros mógł się poszczycić miejscem na podium najgorszych schronisk górskich, teraz może nie ma pchełek, ale odrobina cywilizacji na pewno mu nie zaszkodziła.
Norbert już jest trochę zmęczony i zastanawiamy się czy nie wziąć go na barana i nie wracać wzdłuż drogi, albo szlakiem konnym (to by był chyba najgorszy pomysł), ale podejmuje dzielną decyzję, że pójdziemy przez Połoninę Caryńską. Musi tylko ewoluować do Liopleurodona. Jest już po 15, za 3 godziny będzie ciemno i tyle samo zostało mapowo do auta, więc przyspieszamy tempo i trochę idzie trochę niesiemy.
Ewa w końcu doczekała się połonin, niestety pogoda zrobiła nam psikusa i goni nas chmura deszczowa, a widoczność jakby to określić… spadła.

Uciekamy przed deszczem… szkoda, że pod górę

Każdy ma swojego Rzeźnika
Na koniec na szczęście wiatr rozgania chmury i coś możemy jeszcze pooglądać na zejściu. Ładne kółeczko wyszło.
Środa.
Deszcz, deszcz, deszcz. Jedziemy nad Solinę. Tak a propos informacja dla wszystkich jeżdżących w Bieszczady nad Solinę – Solina znajduje się na terenie Gór Sanocko-Turczańskich o których istnieniu pewnie część turystów nie ma pojęcia. Ludzie mówią, że takie tłumy tam łażą, a my spotkaliśmy raptem dwójkę turystów i grupę żołnierzy. Robimy jeszcze kółko Wielką Pętlą Bieszczadzką, czyli drogą 100 zakrętów i 1000 widoków, zahaczając o jakąś gastronomię i regionalny browar Ursa Maior.
Czwartek.
Leje jak z cebra. No to jedziemy na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, albo Bieszczad. Tarnica jak się okazało przyciąga ludzi nawet w taką pogodę i ciężko było zliczyć ile osób widzieliśmy na szlaku.

W takich warunkach też się da chodzić
Na szlaku wita nas błoto, wyżej stopniami skalnymi płyną strumyki i wodospady, jeszcze wyżej woda stoi i nijak nie ma jak ominąć kałuż, więc z Norbertem na rękach docieramy do przełęczy. Ja już szczyt zaliczyłem lata temu, Norbert chyba nie miał ciśnienia, że akurat dzisiaj musi tam postawić nogę, więc zaczynamy zejście, a Ewa na szybko wbiega i sprawdza, czy krzyż dalej stoi. Bliżej południa miało się rozpogodzić… ale nie wyszło.
Piątek.
Ciągle pada. Prognozy niby dają nadzieję na poprawę pogody, ale na niebie tego nie widać, mimo to wstajemy rano żeby zdążyć na karmienie żubrów w Mucznem, a następnie rozpoczynamy atak na Bukowe Berdo.
Oczywiście o widokach możemy pomarzyć, ale przynajmniej już nie pada tak bardzo, można podziwiać karpacki las (wiedzieliście, że tylko 3% lasu w Bieszczadach to las pierwotny?). Grzbiet zdobywamy we mgle i rozdzielamy się – ja z Norbertem wracamy tą samą drogą i jedziemy do Kremenarosa (to już 3 wizyta podczas tego urlopu), a Ewa ma do nas dobiec przez Szeroki Wierch. Kiedy my czekamy na pierogi, Ewa zalicza glebę przed parkingiem i wyjeżdżamy z misją ratunkową, żeby ostatniego kawałka asfaltem nie musiała już dreptać.

Mmmmm mmmmm mmmmm mmmm m mmm mmm

Radosne miny po wejściu na widokowe Bukowe Berdo
Sobota.
Ewa już pobiegała to teraz moja kolej. Wraz ze wschodem słońca startuję z Cisnej i biegnę na Łopiennik. Było stromo, co chwilę dla bezpieczeństwa stukałem kijkiem o kijek żeby nie zaskoczyć rano niedźwiedzia. Zakładałem, że jeżeli zmieszczę się w godzinę to cisnę dalej do Jabłonki, przez Wołosań i do bacówki Pod Honem. Wyrobiłem się w 55 minut, ale 630 metrów podbiegu trochę zmęczyło i miałem obawy, że na drugi taki podbieg już tempo może spaść, a czas niestety nas gonił. Kończę bieg w Jabłonce skąd zgarnia mnie Ewa z Norbertem i wracamy do domu.

Widoki z polany pod Łopiennikiem.

Szczyt Łopiennika 1069 m n.p.m. Podobno pierwszy zdobyty turystycznie w Bieszczadach
Na koniec jeszcze kilka zdań o urlopie.
Trafiła nam się chyba najgorsza możliwa pogoda, Ewa stwierdziła, że może kandydować do najgorszej pogody całe jesieni.
Bieszczady nie są dzikie, dziki jest Beskid Niski. W Bieszczadach spotkasz ludzi na szlakach nawet jak leje, nawet na zarośniętym, niewidokowym szczycie tuż po wschodzie słońca. Są sklepy, restauracje, praktycznie wszędzie zapłacisz kartą. Szlaki ogrodzone taśmą żeby z nich nie schodzić, mostki i schody żeby się za bardzo nie ubrudzić.
Bazę wypadową mieliśmy w Cisnej (bo przecież z Cisnej możemy iść w każdą stronę, gęsta sieć szlaków, restauracje, itp) efekt był taki, że ciekawe miejsca które chcieliśmy odwiedzić były wysunięte jeszcze dalej na wschód, więc spokojnie mogliśmy polować na Ustrzyki Górne, do tego znaleźliśmy w pierwszy dzień restaurację tak genialną, że później prawie codziennie tam byliśmy. Bieszczadzka Legenda zasługi na kilka zdań więcej. Mieści się w Wetlinie. Pierwsze wrażenie – chyba jednak nie mój klimat. Nie spodziewałem się za dużo po tym miejscu, ale… jedzenie było pyszne (dostępne menu vege), grzańce… zamiatały. Było momentami głośno, ale obsługa mega sympatyczna, do tego tak wyluzowana, że już od pierwszego dnia byliśmy tam na „ty” i nikogo nie dziwiło jak z niczego zaczynała przy jakimś stoliku rozkręcać się impreza z gitarą. Bonus i ciekawostka jeszcze – W tym samym budynku są noclegi „U Druciarza”. Osoby coś działający w Tatrach kojarzą pewnie tą barwną postać, pozostałym nadmienię, że chodzi o śp. Jerzego Rudnickiego, który poza osiągnięciami wspinaczkowymi (w latach 50 i 60 zaliczał się do ścisłej czołówki) zapracował na swoje przezwisko tym, że wszystko naprawiał drutem – motocykl, rower, sztuczną szczękę. Wszystko. Druciarz jest bohaterem wielu anegdot (polecam książkę A. Lwowa „Zwyciężyć znaczy przeżyć”) i próbowałem dopytać obsługę Bieszczadzkiej Legendy i najpierw słyszałem odpowiedzi żeby pytać starszych, dopiero później ktoś się przyznał, że ktoś mu opowiadał, że tak, chodzi o tego Druciarza, ale był tak pijany, że nie wiele z tego pamięta.
Jednakże jeżeli ktoś chce jeszcze poczuć klimat tamtej epoki to musi koniecznie zahaczyć o Bieszczadzką Legendę… najlepiej nie jako kierowca.