Dojazd: nocny pociąg do Wiednia, potem do Aich, gdzie o 13 wyruszyłam w stronę pierwszego schroniska. Można pojechać dalej, do Schladming, skąd kursują autobusy w góry, ale takie czasy, że nie zaryzykowałam, bo gdyby nie przyjechał, byłabym w kłopocie. Zresztą, jak pisał poeta: tylko tam, gdzie byłeś pieszo, naprawdę byłeś. Idę więc polami i drogami, oglądając sobie nielicznie tu domostwa, swego czasu naczytałam się sugestywnych książek austriackiej noblistki Jelinek i teraz przychodzą mi na myśl mroczne historie, które mogą toczyć się w ich wnętrzach.

Styryjskie jezioro Bodeńskie (1143), do tego miejsca kursuje autobus. Piętro wyżej jest kolejne - Huttensee, a jeszcze wyżej - Obersee. I jeziora, i wodospady między nimi zapowiadają temat wody w Schladming – rejon ten zapamiętałam sobie jeszcze z czasów, gdy dostawałam pocztą prospekty z ośrodka austriackiego, jako „ten z jeziorami” właśnie. Ale teraz zdecydowanie bardziej przyciągały mnie dwa najwyższe szczyty Niskich Taurów – Hochgolling (2862) i Hochwildstelle (2747). Jechałam bez wiary - pewnie trasy za długie, a ja z worem na plecach, może wejścia za trudne. Chęci miałam, że hej, bo trekking po górach to dla mnie za mało. Okazało się zresztą, że to nie szczyty były dla mnie trudne, a pewna grań, o której próżno szukać informacji w internecie.

Mimo że na hasło Schladming wyskakuje w internecie jako pierwsza informacja narciarska, to cały teren, który przeszłam, był czysty jak łza, żadnych wyciągów, tylko schroniska i góry. Trasa prowadzi po prawej stronie wodospadu, gdzieś tam wyżej jest schronisko Hans Wödl Hütte, w którym zostanę na noc.

2.
Hans Wödl Hütte - Preintalerhütte. Z wejściem na
Hochwildstelle (2747) mamy według mapy.cz prawie 1400 metrów do góry i 1250 na dół. Wyszłam odpowiednio wcześnie, poniżej jezioro Huttensee i lekko oświetlony słońcem dzisiejszy cel: najpierw przełęcz Neualmscharte (2474 m) po prawej, potem przejście na lewo granią i na koniec - bardziej strome wejście na Hochwildstelle.

W krzakach na końcu zdjęcia widać nieco schronisko. Szłam odwrócona tyłem do tych ładnych widoków. Można powiedzieć, że zauważyłam urodę tego miejsca dopiero na zdjęciach.




Oto i szczyt. Zostawiam część maneli i ruszam do boju. Wejście jest dokładnie od tej strony. Wygląda całkiem fajnie, ale nie ma się co łudzić, że wchodząc na szczyt staniemy się z mety jakimś łojantem, bo ta ostra piramidka ma w rzeczywistości łagodniejsze oblicze. Na szczyt można wejść także południową stroną – czytałam, że jest tam więcej wyzwań.

To jest pierwszy etap wejścia, promenada, częściowo prowadzi trawersem, a bliżej mnie - granią.


Na końcu grani tracimy wysokość, trzeba zejść na dół.

Bliżej szczytu są nieco trudniejsze przejścia o charakterze łatwej wspinaczki, niektóre (króciutkie) odcinki były całkiem strome, jest tu trochę metalowych uchwytów, które ułatwiają przejście, ale osoba planująca ich rozmieszczenie zadbała, żeby nie za bardzo.


Obiecywano, że ze szczytu będzie widać wszystkie trzy jeziora (schronisko jest przy środkowym).

Tak wygląda to wejście z boku, zzomowane podczas innej wycieczki:

Gdy schodziłam, od przełęczy nikogo już nie widziałam, wszyscy już pewnie pili piwo w schroniskach, ja wciąż go nie piję, w Preintalerhütte (moje ulubione schronisko na trasie), do którego dotarłam, jak już było ciemno, zamówiłam wino i wieczór spędziłam w towarzystwie niemieckich kibiców Bayernu.
3. Następnego dnia w planach był Kieseck, ale na luzie - skończyło się na przełęczy
Rettingscharte (2326 m) i wylegiwaniu nad jeziorem o nazwie Niedzielny Cyrk (Sonntagskarseen).


Wejście na przełęcz – która na środku grani - to jednak więcej niż górski spacer, zresztą jak się patrzy na zdjęcie, można to trochę poczuć. Za przełęczą wcięło mi trasę.

W sumie leniwy dzień, a leniwe dni pozostawiają po sobie niepokój.

4.
Preintalerhütte - Gollinghutte. Bardzo ładna trasa, prowadzi przez szczyt, całkiem wysoki -
Greifenberg (2618), co nieczęsto się zdarza na trasach międzyschroniskowych, i przez płaskowyż z jeziorami. Na dodatek miałam piękną pogodę, tak jak wczoraj, przedwczoraj, jutro, pojutrze...

Za wierzchołkami na horyzoncie rozciąga się wspomniany teren z jeziorami –
Klafferkesse (wczorajsze jeziora też są podłączone do tego rezerwatu).
Naturalny cud epoki lodowcowej, jeziora są tu zwykle wolne od lodu dopiero od połowy lipca. Tutaj jesteś niewątpliwie w samym sercu Schladminger Tauern, w jednym z najwspanialszych wysokogórskich krajobrazów Alp Wschodnich. (…) piramida Hochwildstelle (2747 m) sięga nieba. W Austrii przyciągają turystów, pisząc o wszystkim z emfazą, używając wykrzykników, bo w ogóle wykrzykniki są u nich stosowane częściej niż u nas, na szczęście tylko w formie pisemnej.

Tu zaczyna się Klafferkessel, idąc, lawirujemy między jeziorkami i jeziorami (niektóre w wersji mini i mikro), jest ich tu 30. A na horyzoncie widać szczyt, przez który prowadzi trasa.

Charakterystyczne miejsce i obiekt wielu zdjęć:


Na tej trasie była rekordowa frekwencja – w ciągu dnia minęłam pewnie z 50-60 osób. W Austrii można zresztą liczyć także na całkiem wyludnione góry - mam w pamięci letnie trasy, gdzie przez cały dzień nie widziałam nikogo. Ale Austria spadła już w moim górskim rankingu, szukam innych klimatów, na ile to jeszcze w Europie możliwe, poza tym nie można tu nocować w górach.

Marne zdjęcie, podejrzana panorama niepewną ręką posklejana, ale musi być choć jedna fotka ze szczytu z widokiem na ten polodowcowy krajobraz. Do kompletu wstawię definicję, która mi wpadła w ucho parę dni temu:
Góry to skamieniałe konwulsje przyrody.

Na tym siodełku ostało się najwyżej położone jezioro Sattelsee (2450). Wygląda stąd na malutkie, ale ma prawie 100 metrów długości. A po prawej - jutrzejszy cel, Hochgolling. To strome wejście na przełęcz z prawej strony góry będzie przyciągało mój wzrok przez najbliższą godzinę.

Teraz 1000 metrów na dół. Pokażę przykładową ścieżkę, nie żeby cała droga taka była, ale trochę takich trawersów w Schladming jest. Czasem są na nich łatwe łańcuchy.

Spoglądam co i rusz na Hochgolling – niepokoi mnie oczywiście to wejście na przełęcz, ale tyle razy widziałam już podobne zmyłki w górach, że i teraz jestem niemal pewna, że to przekłamanie.

(proszę poszukać na zdjęciu schroniska)

5.
Gollinghutte – Landawirseehütte, a po drodze -
Hochgolling (2862) - najwyższa góra w Niskich Taurach. Wejście na Gollinscharte (2325), które mnie tak niepokoiło wczoraj, okazało się zwykłym, stromym wejściem po kamieniach.

U podnóża góry ścielił się bardzo, bardzo zielony dywanik gęstej, delikatnej, wilgotnej, świeżej, porannej, chłodnej trawki.

Widzę na szlakowskazie poniżej, że wejście na szczyt wyceniono na 2,5 godziny - nie za dużo? przecież to niecałe 540 metrów wyżej. Ja wrócę dokładnie za 5 godzin, i na czas wejścia zostawiam na przełęczy część rzeczy z plecaka (jest pokusa, żeby rozwinąć ten temat).

Świetnie mi się szło na szczyt, może miałam dobry dzień, mogłoby być nawet trochę trudniej. Typowe trudności nieco zobrazowałam na zdjęciach - ścieżki na stromych zboczach, trochę łatwej wspinaczki, w jednym miejscu ukryło się przede mną przejście wyżej, przed szczytem - grań. Trasa w pewnym miejscu rozdzielała się na łatwiejszą i trudniejszą – szłam łatwiejszą. Zacznę od razu od szczytu, bo zdjęcia robiłam dopiero przy zejściu, mam ich zresztą bardzo mało.

O! na zdjęciach wygląda to nawet ostro, ale nie pamiętam, żebym się bała. Może te ścieżki nie są aż tak wąskie, trudno wyczuć skalę, jak nie ma ludzi.



Najtrudniejsze technicznie miejsce jest poniżej, schodząc, coś źle zaplanowałam i utknęłam na chwilę w dziwacznej pozie, ale jakoś poszło.



Dodam tu zdjęcie z innej wycieczki: od pd-zach. strony Hochgolling wygląda całkiem inaczej, stoi skromnie w szeregu, nie wyróżnia się. Wejście z przełęczy prowadzi zboczem po tej właśnie stronie. Nasza wyszukiwarka pokazała tylko jeden post ze słowem „hochgolling” - okazało się, że w sierpniu 2019 Kyjo też wszedł na szczyt, niestety od dawna nic na forum nie pisze, uzupełnia jedynie listę swoich szczytów.

6. Z
Landawirseehütte, które na końcu drogi poniżej, wyszłam do
Keinprechthütte na tyle wcześnie, że zdecydowałam się iść naokoło, przez grań i szczyt o nazwie
Pietrach - widoczne poniżej na horyzoncie.

Mijam dwa jeziora, wchodzę na przełęcz
Krautgart Scharte (2203, pierwsze wcięcie po prawej), skręcam na grań i nieoczekiwanie - z trudem na nią włażę. Taki był początek, a dalej było raz lepiej raz gorzej. Grań ma 1,6 km, nikłe oznaczenie szczytu Pietrach (2390) przeoczyłam.

Grań nie jest aż tak trudna, o ile pamiętam nie ma nawet czarnego znaczka, tylko czerwony. Gdybym szła na lekko, przeszłabym ją raczej na luzie, ale z ciężkim plecakiem wydawała mi się miejscami niebezpieczna.



Poniżej trasa prowadzi po lewej stronie zbocza (na kolejnym zdjęciu podmalowałam nieco znaki).



Grań przeszłam bez szwanku, za to schodząc już na dół, poleciałam niegroźnie na banalnych łańcuchach - poślizgnęłam się na błocie. Można powiedzieć, że dzięki temu zagadnęli do mnie Czesi - młoda para, fajni, niby sąsiedzi, a jakby z innej gliny ulepieni, zaskakującą rzecz o Czechach napisał Niemiec, którego relacje z najbardziej odludnych terenów Rosji śledzę i o którym czasem tu wspominam:
Nawiasem mówiąc, nigdy nie spotkałem podróżników z byłej NRD na Syberii. Ilekroć spotykasz zachodnich turystów w naprawdę odległych rejonach, prawie zawsze są to Czesi. Pamiętam też jakiś Szwajcarów.Przyszłam do schroniska, które poniżej przy końcu drogi, a tu nie ma miejsca – poszłam więc przed siebie, gdzie oczy poniosą, już na dół, bo urlop się kończył.

PS
Była jeszcze jedna wycieczka. Trzeba podejść z parkingu 500 metrów, a w nagrodę mamy: owszem ładnie położone jezioro z trasą spacerową wokół i fajną panoramą (ja w bonusie dostałam kolejne spotkanie z czeską parą), ale nad jeziorem są dwie oblegane knajpy przy schroniskach, przy ładnej pogodzie widziałam tam dziesiątki ludzi. Jezioro Duisitzkarsee -
jeden z najpopularniejszych motywów fotograficznych w Styrii: