Część V - Bojin kukPod koniec urlopu miałem smaki na jeszcze jedną akcję górską. Ukochana przypieczona w Paklenicy miała odmienne zdanie w tym temacie, więc znowu dostałem dzień wolnego. Wybierałem między dwiema opcjami. Sveti Brdo, czyli drugi do co wielkości szczyt Velebitu, dobrze widoczny znad morza kusił mnie od początku. Tyle, że to daleko, dzień miał być ciepły i słoneczny, prawdopodobnie czekałaby mnie powolna śmierć z wyczerpania. Druga opcja to skalisty Bojin kuk, który też widoczny znad morza kusił mnie jeszcze bardziej. Na nim śmierć byłaby szybka i ciekawa, tak sądziłem. Za nim przemawiała jeszcze jedna opcja, możliwość dojazdu samochodem ze Starigradu asfaltową drogą górską dość głęboko w interior. Wybrałem więc "Grzebyk". To widok na niego z pod naszych kwater, czyż nie wygląda bosko?
Jazda asfaltową drogą górską już sama w sobie jest przeżyciem. Tam gdzie bardziej stromo asfalt zamienia się w beton poprzecinany poprzecznymi rowkami dla lepszej przyczepności, a moja fordzina z trudem potrafiła wyjechać na jedynce. Muszę zmienić samochód na coś mocniejszego. Wyruszyłem o 7:00, bo dzięki podjazdowi wycieczka nie miała być długa. Buty podklejone, Tobi 100% sprawny. Wszystko gra, tylko niepokoi temperatura. Mimo poranka, grzeje.
Niektóre roślinki już zakończyły okres wegetacyjny na ten rok, a ja mocno się zastanawiam, czy jest sens pakować się dalej w taki upał. Chyba powoli mięknę na starość

Jednak szalę przeważa mój wrodzony mega optymizm. Przekonuję siebie, że teraz jest gorąco, bo stok pochylony do słońca, jak wyjdę ciut wyżej, to będzie wiaterek i chłodek. O dziwo sprawdziło się. Upał tego dnia nie był straszny. Wyżej naprawdę było chłodniej i wiał wiatr, a organizm już przyzwyczajony do upałów tylko momentami trochę protestował

Początkowo jest pięknie. Idę płaskowyżem z zieloną trawą i wapiennymi skałkami, jakby na jurze. Mapa pokazuje tu gęstą sieć szlaków, ale w terenie przedstawia się to nieco inaczej. Już na podejściu miało być skrzyżowanie, którego nie zauważyłem. Potem miało być odbicie na punkt widokowy, który chciałem zaliczyć. W miejscu gdzie powinno ono być nie znalazłem oznaczeń, ale była ścieżka, którą poszedłem (widoczna na zdjęciu). Doszedłem tylko do krzaków i na tym koniec.
Kontynuując szlakiem doszedłem do kotliny nad którą górował mój cel Bojin kuk (1110 m). Piękny widok!
Kotlina była jeszcze bardziej urocza niż poprzedni płaskowyż. Coś jakby Skalne Miasto.
Tobi nawet pozaliczał dodatkowe pipanty.
Skały bajkowe. Tą musiała podrapać pazurami Godzilla.
Tu miałem plan pójść okrężną drogą, jakby skałami, przez dodatkowy szczyt Krilati kuk (950m). Z dołu wyjść na niego wyglądało na wyzwanie.
I faktycznie było trochę wspinania.
Nabieram wysokości.
Szczytuję

Niestety wygląda, że to co na mapie jest okrężnym szlakiem przez Krilati kuk na Bojin kuk, w rzeczywistości jest tylko szlakiem na ten pierwszy i powrót jest możliwy tylko tą samą drogą. Idąc w górę pod wierzchołkiem znajduję stare rozwidlenie szlaku okrężnego, ale nie widać dalszych oznaczeń. Na zejściu postanawiam jeszcze raz poszukać, bo szkoda trochę zdobytej wysokości, ale tym razem w ogóle mijam rozwidlenie nie zauważając tego. Postanawiam wrócić się grzecznie i nie ryzykować. Szlak jest wystarczająco trudny. Okrężny wariant musieli zlikwidować z jakiegoś powodu. Może był jeszcze trudniejszy, może wymagał sztucznych ułatwień, których już nie ma.
W nagrodę za rozsądek mam widok na fajną skałkę, której nie zauważyłem wcześniej, bo była za plecami.
Wracam na główny szlak i kontynuuję nabieranie wysokości. Widok na Skalne Miasto z góry. Na skałkę na pierwszym planie po prawej też miałem zamiar wyjść, ale nie znalazłem szlaku, który był zaznaczony na mapie. Przeszedłem pod nią od stromej strony, z góry widać, że od tyłu powinno być fajne wyjście.
Ciekawy incydent. Idziemy szlakiem w górę wśród zarośli. Robię zdjęcie Tobiemu, jak wspina się na kamienie. Wychodzę tam gdzie on i szlaku nie ma. Myślę sobie poszedł pewnie z prawej. Idę parę metrów w prawo, ale nic. No to pewnie z lewej. Idę w lewo - nic. No to wrócę się tam gdzie robiłem zdjęcie, ale skrótem po skosie. Po paru metrach jestem w jakiejś czarnej dupie. Wiszę na kamieniu, ani do przodu, ani do tyłu. No jaja. Udało się jakoś wygrzebać, jestem znowu tam gdzie robiłem to zdjęcie i widzę, że znak szlaku jest dokładnie tu gdzie stoję. To co, tu się kończy czy jak? Odchylam gałąź... a w pok poszedł. To wszystko działo się w obrębie kilkunastu metrów. Takie tu jest chodzenie. Za pobłądzenie całkowitą winę ponosi Tobi. Czyżby jednak chorwackie schronisko?
Konsekwentnie nabieramy wysokości. Cudowna jest ta kotlinka.Powłaziłoby się na te wszystkie skałki na spokojnie.
Ale na razie włażę szlakiem na tą główną i sytuacja robi się coraz bardziej ciekawa. Coraz stromiej. Widzę znak szlaku na tym głazie daleko po prawej i stalowe linki jak na ferratach. No to pięknie. Czy damy radę?
Jakoś się gramolę pod górę.
Ale gdzie Tobi?
Tobi już na szczycie. Czeka i zastanawia się czemu idzie mi tak wolno. Tutaj nie dali liny. Stromizna wielka a jakoś nie do końca mam zaufanie do butów, z których odpadają kawałki podeszwy.
Na wierzchołku mam piękne widoki na wyspy i półwyspy Dalmacji.
Najbardziej urocze są małe wysepki blisko brzegu.
I ten kolor morza.
Góry jeszcze lepsze. Taka ściana pode mną.
A to wierzchołek właściwy przede mną.
I znowu zamieszanie ze szlakami. Na mojej mapie jest na wprost, a w terenie go nie ma. Zresztą nie za bardzo wygląda żeby się dało z pieskiem... Jest drugi wariant na szczyt, którym pierwotnie zamierzałem schodzić. Trzeba zejść do kotlinki po lewej, stracić znowu trochę wysokości i atakować stamtąd. A cholercia cały czas mówimy o górze niższej niż nasz Jałowiec w Beskidach.
Jak planowałem tak zrobiłem, zszedłem niżej i znalazłem szlak na szczyt. Całkiem łatwy, prowadził żlebem.
Pod koniec taka szczelina jak ta słynna na Granatach, tylko że trochę szersza, nie da się przekroczyć, trzeba przeskoczyć. Trochę głębsza, ale w dole nie widać kościotrupów. No i nie ma łańcucha, ale na Granatach to on tylko utrudnia. Ja przeskoczyłem. Tobi również, choć miał delikatne opory. Mądry piesek.
Widok ze szczytu na główną grań Velebitu. Szukam Vaganskiego Vrhu, ale nie jestem pewny czy go widać. Być może coś zasłania. W dole ogromna równina Veliko Rujno, położona na wysokości ok. 850 metrów. Tamtędy planuję wracać.
Krilati kuk, na którym byłem parę godzin temu, a za nim nie niebo, tylko morze.
Niesamowite skały w dole. Tutaj ostre krawędzie w skali makro. Czyli na pewno powstają od wody.
A pod nogami kępka kwiatów rosnąca na skale.
Kto to tutaj zasadził?
Schodzimy. Najpierw tym samym szlakiem do skrzyżowania, a potem w stronę Veliko Rujno. Ależ ciekawy teren, idzie się grzędą skalną. Po obu stronach głębokie szczeliny. I to jest szlak, widać znaki na grzędzie.
Tobi też sobie ogląda widoki.
Opuszczamy Skalne Miasto dookoła Bojin kuka. Niesamowite miejsce.
Trochę lasu. Ależ szybko można się posuwać po takiej zwykłej ścieżce.
Płaskowyż Veliko Rujno. Z dołu dochodzą odgłosy dzwonków. Widać krowy, konie, jakieś zabudowania. Cywilizacja.
Początkowo spotykam same zwierzęta. Najpierw stado kilkudziesięciu koni prawie nas stratowało, bo sobie przebiegały. Potem były krowy, które uciekały przed nami, ale nie w bok, tylko wzdłuż drogi. W końcu zobaczyłem człowieka. Coś do mnie krzyczał, zrozumiałem że o krowach. Czyżby jakiś agresywny miejscowy rolnik? Szedłem wprost na niego i z bezpiecznej odległości pozdrowiłem uniwersalnym zwrotem "heloł". W odpowiedzi usłyszałem coś o zimnym piwie. A wiec to miejscowy sprzedawca zimnego piwa, ucieszyłem się. Super

Człowiekiem tym okazał się Saša. Chorwat wędrujący z plecakiem przez Velebit od kilku dni. Spotkałem go akurat w chwili lekkiej słabości i depresji. Utracił światło, zepsuła mu się czołówka. Opuściły go już wszystkie siły i ochota na przebywanie w górach. Zbliżał się wieczór i chciał podwózki do cywilizacji. W zamiar oferował zimne piwo w Starigradzie. Oczywiście z radością zaoferowałem pomoc, musieliśmy tylko dojść do auta, ale pozostał prosty odcinek drogą szutrową. Saša naprawdę człapał już ostatkiem sił.
Do parkingu był kawałek, z pięknymi widokami. Rozmawialiśmy o górach i życiu, więc szybko zeszło.
Ukochana też dostała zaproszenie na piwo, ale że nie odbierała telefonu, to się nie załapała. Saša uświadomił mnie, że w Chorwacji można sobie jedno wypić i jechać autem, więc nie było problemu. On pierwsze wypił od razu i zamówił drugie. Rozpoczęły się rozmowy na poważniejsze tematy. Zapytał jak się żyje w Polsce, a ja od razu odbiłem piłeczkę pytając, czy cokolwiek słyszał o aktualnej sytuacji u nas. Słyszał jedną rzecz - że stajemy się państwem religijnym, w którym zaostrzają prawo aborcyjne. Zrobiło mi się trochę przykro. Weszliśmy na tematy społeczno-polityczne, gospodarczo-ekonomiczne. Ciekawy człowiek. Ma taką teorię, że 90% ludzi jest z natury dobrych i uczciwych. Jeżeli władza jest sprawiedliwa, to społeczeństwo pielęgnuje pozytywne wartości. Rozmawiało się fajnie, więc pojawiła się jeszcze pizza i kolejne piwo dla mnie. Tuż koło knajpy był wypadek. Auto skręcające w lewo z drogi głównej nie ustąpiło pierwszeństwa motocyklowi. Saša pobiegł na miejsce jako pierwszy potem wrócił i ubolewał nad niewłaściwą postawą życiową motocyklisty. To był taki stary dziadek na chopperze. Zamiast cieszyć się, że jest tylko trochę poobijany, złości się, ze drogi motor zniszczony, domaga się policji, awanturuje się. A kobieta, która zajechała mu drogę tłumaczy się, że oślepiło ją zachodzące słońce. To przecież może się zdarzyć. Saša jest idealistą i jest trochę oderwany od rzeczywistości. Potem dalej gadamy o życiu, kobietach, równouprawnieniu, rasizmie. Saša ma 3 żony, 3 dorosłe już dzieci i jest jedynym Chorwatem jakiego spotkałem, który nie ma nic do Serbów. Bardzo ciekawy człowiek. Kiedy zapytał czy jeszcze po jednym już odmówiłem, choć nie ukrywam, że fajnie mi się siedziało.
Wycieczka była w sam raz. Niecałe 12 godzin gór, solidnie ale bez ekstremalnych przeżyć i potem półtorej godziny na piwku.
Skalne miasto dookoła Bojin kuka to najładniejsze rejony jakie widziałem w Paklenicy.
To już koniec opowieści o górach, ale nie koniec relacji
C.D.N.