Dzień dobry,
wspaniały był to rok, nie zapomnę go nigdy. Wprawdzie jak dotąd nie robiłem rocznych (górskich) podsumowań (ani na forum, ani w ogóle), ale podobno - jak to mówili w "M jak miłość" - zawsze musi być ten pierwszy raz. Zresztą mniejsza o to. Istotnym czynnikiem motywującym mnie do sporządzenia podsumowania był w dużej mierze fakt, że mój 2022 był bardzo słaby pod względem górskim, a zatem podsumowanie powinno być krótkie, zwięzłe i pozbawione ryzyka znacznej utraty cennego czasu osób postronnych (bo mój to i tak tracę ciągle na jakieś głupoty). Postanowiłem uwzględnić tutaj tylko dni spędzone na wycieczkach górskich, bez tych rowerowych czy długich wybiegań po mieście. Z bólem serca musiałem niestety przyjąć, ze pasmo Pagórów Jaworznickich nie jest jednak pasmem górskim, choć z góry zastrzegam, iż zrobiłem to tylko na potrzeby niniejszego podsumowania i uważam, że przedmiotowa kwestia absolutnie nie może zostać uznana za definitywnie rozstrzygniętą.
0. 1 stycznia - 14 maja
W tym czasie nie byłem w górach ani razu. Już w styczniu przypałętała mi się głupia kontuzja, w efekcie czego miałem niemal czteromiesięczną przerwę od biegania. Starałem się to sobie zastępować treningami domowymi, dłuższymi spacerami po mieście, no i przede wszystkim – wycieczkami rowerowymi, dzięki którym dotarłem do paru ciekawych, a dawno nieodwiedzanych miejsc.


1. 15 maja: BB Straconka - Czupel - BB Straconka
Pierwszą wycieczkę górską (od razu też biegową) zaaplikowałem sobie dopiero 15 maja i to trochę przez przypadek. Kontuzja dalej nie była do końca wyleczona, byłem akurat u rodziców w Bielsku, w planie miałem jedynie szybki spacer na Magurkę Wilkowicką i powrót. W trakcie spaceru minęło mnie kilku biegaczy i pomyślałem sobie: „Może by jednak spróbować...?” Był to ok. 6 km wycieczki, zmieniłem sobie w zegarku tryb z „turystyki pieszej” na „biegi przełajowe”

i ruszyłem. Nie było najgorzej, doleciałem na Czupel, gdzie pogadałem trochę z napotkanymi biegaczami, w drodze powrotnej jakaś para turystów zaproponowała, że mi zrobi zdjęcie (nie bezinteresownie – w zamian za przysługę ja również musiałem im zdjęcie wykonać) i wróciłem na obiad. Wprawdzie po powrocie do domu noga zaczęła mnie trochę boleć i miałem już myśli, że jednak za wcześnie spróbowałem, ale co tam, będzie co ma być.

2. 29 maja: Bystra – Kozia Góra - Szyndzielnia - Klimczok – Błatnia – Wapienica – Szyndzielnia - Bystra
W następnym tygodniu wyszedłem dwa razy na krótkie próby truchtania. Były względnie obiecujące, więc uznałem, że w kolejnym tygodniu spróbuję nieco zwiększyć kilometraż. Akurat tak się złożyło, że 29 maja natrafiła się okazja, żeby pobiegać trochę w górach, więc nie namyślając się za długo zwiększyłem ten kilometraż trochę nadmiernie – zważyszy, że dopiero co miałem cztery miesiące przerwy. Zakwasy utrzymywały się przez kolejnych kilka dni.

3. 5 czerwca : Bystra – Kozia Góra - Szyndzielnia – Klimczok – Szczyrk – Klimczok – Bystra
Ciąg dalszy przypominania sobie biegania po górkach i okolic masywu Klimczoka w róznych konfiguracjach.

4. 16 czerwca: Bystra – Kozia Góra - Szyndzielnia – Wapienica - Błatnia – Klimczok – Bystra
Jak wyżej. Cięzki to był trening, odwodniłem się konkretnie. Rzadko na takich wycieczkach korzystam ze schronisk, ale tym razem na Błatniej kupiłem sobie dodatkową wodę plus izotonik i posiedziałem na ławeczce z 20 minut, bo już miałem dosyć.
5. 25 czerwca: Lipowa Ostre – Skrzyczne – Barania Góra – Lipowa Ostre
Moje ulubione okolice w Beskidzie Śląskim. Tym razem uświadomiły mi, że ciągle jestem daleko od czegoś, co kiedyś bym nazwał „formą” (kanapowca, ale jednak). Na zbiegu trochę popitoiłem trasę i zamiast obniżać się fajnym, autostradowym pozaszlakiem wpakowałem się w jakieś zarośnięte koryto rzeczne.

6. 2 lipca: Bieg Marduły
Jako że biegałem już od ponad miesiąca, postanowiłem sprawdzić się w zawodach, w rywalizacji z czołówką polskich górali

No ok, prawda jest taka, że na bieg zapisałem się w lutym, kiedy nie miałem pojęcia, że przerwa w bieganiu tak mi się przedłuży, potem miałem sprzedać pakiet na bieg, ale ciągle wylatywało mi to z głowy, a kiedy już rozpocząłem treningi to stwierdziłem, że co mi tam, mogę sobie spokojnie to przetruchtać treningowo (tym bardziej, że bardzo lubię ten bieg i atmosferę z nim związaną – zawsze też stanowi on dla nas część fajnego, rodzinnego weekendu). Takie też było założenie – bez żyłowania się, na luzie, podziwiam widoki i cieszę się biegiem.
Krótko o biegu: problem pojawił się już na samym początku, bo stając na starcie, po przetruchtaniu przed 6 rano dwukilometrowej trasy z kwatery, byłem w zasadzie kompletnie mokry. Końcówka czerwca i początek lipca przyniósł wyjątkowo gorące i parne dni; 2 lipca był akurat już tym pierwszym chłodniejszym, ale duchota była przeokrutna, a dla mnie to najgorsza możliwa pogoda. Pierwsze trzy kilometry biegu (z Krupówek do Tamy pod Nosalem) to niby „płaski” asfalt, ale w rzeczywistości już na tych 3 km jest ponad 120 m przewyższenia (czyli więcej niż np. na całej trasie półmaratonu w Dąbrowie Górniczej). Kiedy po pierwszym kilometrze, przebiegniętym spokojnym 5:01 zobaczyłem, że zegarek pokazuje mi puls z nadgarstka powyżej 180 (wiadomo, niedokładny, wg moich szacunków zazwyczaj zawyżony o ok. 10-12, ale jednak rzadko kiedy osiągam taką wartość), trochę się zaniepokoiłem. Zwolniłem, drugi km pokonałem w 5:21, a zegarek pokazał średnie tętno 187

Na trzecim kilometrze oddychałem już rękawami i tylko czekałem, żeby zaczęło się w końcu to podejście na Nosal - żebym mógł sobie wreszcie odpocząć

Potem już względnie odżyłem, toczyłem się jako tako, Nosal, zbieg do Kuźnic, Murowaniec, Karb, znowu zbieg. Podejście pod Przełęcz Świnicką mnie trochę wymęczyło, wpadł kilometr w grubo ponad 20 min

Na zwykłych turystycznych wycieczkach zdarzało mi się wyłazić tam szybciej, ale co tam, zdrowie najważniejsze. Zbieg z Kasprowego też jakiś taki mało komfortowy, dopiero ostatnie kilometry za Myślenickimi Turniami łapię po ok. 4:30 - rok wcześniej dużo lepiej mi się tam zasuwało, ale trudno się dziwić. Szybko pod Kalatówki, odcinek Drogą nad Reglami i w końcu ostatnie kilometry Doliną Białego. Tam zaczynam łapać właściwy rytm i ponownie wpadają kilometry w okolicy 4:30, chyba wreszcie się rozgrzałem

Biegnę sam, nikogo nie widzę przed sobą, nikogo nie dostrzegam też za mną. Już po wylocie z doliny zauważam jakiegoś biegacza i zapala się lampka rywalizacji

Cisnę ile fabryka dała i próbuję go dogonić. Myślałem, że powalczy - tym bardziej, że jacyś kibice (chyba jego znajomi) zaczęli do niego krzyczeć, że za chwilę może stracić jedno miejsce w klasyfikacji open

Wyprzedziłem go tuż przed samym Parkiem Miejskim, a on tylko machnął ręką. W trakcie tych ostatnich sekund rywalizacji zdałem sobie nagle sprawę z absurdu sytuacji i nawet zacząłem z tego śmiać. Ostatni kilometr leciałem wg zegarka średnim tempem 3:43... xD
Od początku biegu wyglądałem niewyraźnie.


Generalnie bieg (jak się zresztą później okazało – był to mój jedyny zorganizowany bieg w tym roku) oceniam bardzo pozytywnie. Fajna przygoda, dobry trening w pięknych okolicznościach przyrody, najbardziej wymagający wariant Marduły, w dodatku w ciepłym lipcu (w ostatnich latach zawody były organizowane w pierwszy weekend czerwca, w 2022 dokonano zmiany na pierwszy weekend lipca). Cel pod nazwą: „minimum przyzwoitości” czyli czas poniżej 5 godzin udało się spokojnie osiągnąć, zresztą poniżej 4h 45 min też udało się zejść. Wprawdzie rok wcześniej było szybciej o ok. 50 min, ale raz, że okoliczności były nieco inne (choć wtedy też dość krótko się przygotowywałem- po kontuzji, ale przerwa nie była tak długa), a dwa - trasa była nieco krótsza ze względu na warunki.
Udało się nawet załapać na jakąś sekundę fimiku z biegu, w dodatku z fragmentu, gdzie coś tam biegłem:
https://fb.watch/hVBQnV56Vd/ 7. 9 lipca: BB Straconka – Bujakowski Groń – BB Straconka
Tydzień po Mardule robię sobie wybieganko w Beskidzie Małym, zdobywając przy okazji pozaszlakowy szczyt leżący kawałeczek obok popularnego szlaku na Hrobaczą Łąkę. 21,56 km, 827 m sumy przewyższeń i w końcu jakieś „normalne” średnie tempo (6:33).
8. 26 sierpnia: Jaszczurówka-Bory – Nosal – Jaszczurówka-Bory
Wycieczka familijna, pierwszy dzień 11-dniowego pobytu w stolicy polskich Tatr. Czas wycieczki brutto: 5 godzin z hakiem, w tym pluskanie się w potoku Bystra. Udało się zdobyć piękny szczyt należący do Korony Tatr.

9. 26 sierpnia: Jaszczurówka-Bory – Giewont – Jaszczurówka-Bory
Druga wycieczka tego samego dnia. Zostawiam rodzinkę na kwaterze i biegnę na Giewont na zachód słońca. Niestety ze względu na zamglony obiektyw w komórce zdjęcia nie za bardzo mi wyszły.

10. 27 sierpnia: Jaszczurówka-Bory – Dolina Olczyska – Jaszczurówka-Bory
Wycieczka familijna. Był plan na więcej, ale trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. A poza tym mądry wycof ujmy nie przynosi.
11. 27 sierpnia: Jaszczurówka-Bory- Kopieniec Wielki – Jaszczurówka-Bory
Schemat jak dnia poprzedniego. Tym razem ze względu na zapowiadaną burzę biegnę trochę wcześniej niż na zachód słońca. W drodze powrotnej wpadam (no niemal) z impetem na pięknego jelenia, który wystraszył się chyba bardziej ode mnie. Stał sobie, ot tak po prostu, na środku szlaku, tuż za zakrętem, no jeleń jeden.

12. 29 sierpnia: Jaszczurówka-Bory – Nosal – Kościelec – Jaszczurówka-Bory
Biegnę na zachód słońca na Kościelec, zahaczając wcześniej o Nosal, przypominając sobie przy okazji pozaszlakową trasę stokiem narciarskim.

13. 30 sierpnia: Jaszczurówka-Bory- Murowaniec – Cyrhla - Jaszczurówka-Bory
Wycieczka familijna. Przy okazji przypomniałem sobie fantastyczną trasę poboczem pomiędzy Cyrhlą a Jaszczurówką. Nie polecam.
14. 1 września: Jaszczurówka-Bory – Zawrat – Krzyżne i okolice – Krzyżne – Jaszczurówka-Bory
Wycieczka na Orlą w nieco wydłużonym wariancie (przy czym to wydłużenie w obie strony zajęło mi niemal tyle samo czasu co sama Orla). Przyjemne 31km i 2700 sumy przewyższeń. Na szczęście całą trasę towarzyszyła mi rewelacyjna przejrzystość powietrza.



15. 3 września: Jaszczurówka-Bory – Krzyżne – WBT - Kozi Wierch – Zadni Granat – Jaszczurówka-Bory
Wypad na Orlą z kolegą, któremu brakowało kilku szlaków do skompletowania wszystkich w polskich Tatrach. Stąd nieco nietypowy wariant – najpierw z Krzyżnego na Kozi Wierch, a potem zawracamy w kierunku Granatów, żeby zejść zielonym szlakiem. Przy okazji wyszedłem sobie na obie Buczynowe Turnie i Orlą Basztę.



16. 5 września: Jaszczurówka-Bory – Liliowe – Szpiglasowy Wierch – Morskie Oko – Cyrhla – Jaszczurówka-Bory
Fajna, prawie 40-kilometrowa wycieczka. Pierwotnie planowałem wracać ze Szpiglasowej do Pięciu Stawów, ale akurat był remont szlaku. Uznałem zatem, że co jak co, ale przepisów to ja łamać nie będę. Musiałem się uwijać, bo żona też miała w tym dniu w planie swoją własną solową wycieczkę, już po moim powrocie i przejęciu opieki nad dziećmi (zrealizowała). No i ponownie udało się doświadczyć piękna wspaniałej tatrzańskiej promenady łączącej Cyrhlę z Jaszczurówką. Tyle dobrze, że kapitalne widoki na grani, dzięki – ponownie – świetnej przejrzystości powietrza, zrekompensowały wszelkie niedogodności.


17. 29 września: Chochołowska Parking – Chochołowska Schronisko i okolice – Grześ – Chochołowska Parking
Takie tam w Zachodnich.


18. 16 października: Bystra – Kozia Góra - Szyndzielnia - Klimczok – Błatnia – Wapienica – Szyndzielnia - Bystra
Powtórka wycieczki nr 2 (z 29 maja). Chciałem zobaczyć jaki progres zanotowałem na przestrzeni tych kilku miesięcy. No i okazało się, że progres owszem, jest, ale przy moim tzw. „treningu” jest on raczej znikomy

19. 30 października: Jaworzyna – Jagnięcy - trochę tych trzecich Tatr – Jaworzyna
Miałem plan na więcej, ale warunki słabo pozwalały na dalszą część grani. Ostatecznie zamiast wykorzystać dzień do końca złapałem jakiegoś lenia i uczucie znudzenia górami, wracając dość szybko na parking (jak teraz o tym pomyślę, to aż się dziwię, jak mogłem pozwolić sobie na takie marnotrawstwo).

20. 11 listopada: Kiry – Iwaniacka – Chochołowska – nad Reglami – Kiry. Plus jakieś szczyty.
Pętelka w Zachodnich. Dwie piękne doliny i masa błota, które pokryło moje obuwie praktycznie w całości. Niezależnie od tego jak pozory mogłyby mylić - była to najbardziej ekscytująca wycieczka w 2022. Pętelka, którą zapamiętam na długo.

Rok był, jaki był, ale parę dni temu ku mojemu zdziwieniu otrzymałem od Suunto list gratulacyjny, jakobym był jednym z najbardziej aktywnych członków grupy Suunto w 2022 r.

W dodatku życzą mi wspaniałego 2022 (słownie: dwa tysiące dwudziestego drugiego)... Będzie ciężko raz jeszcze do niego podejść, ale co zrobić, trzeba się cieszyć z małych rzeczy.

No nic, wrzucam jeszcze cyferki z zegarka:

(Wyjaśniam z góry, że ten pretensjonalnie brzmiący „alpinizm” to wycieczka nr 19 – wybrałem ten tryb głównie dlatego, że chciałem sobie przypomnieć, co tam w ogóle w tym wariancie zegarek mi wyświetla

)
A czego pan sobie życzy w 2023? Tego samego co, ekhm... Może jednak parę rzeczy był zmienił. Przede wszystkim bardzo bym prosił o zero kontuzji. No i ostatnio trochę siedzą mi w głowie Alpy (niekoniecznie te wysokie, raczej bardziej te trochę przypominające Tatry, lubię jak w górach jest dużo kolorów). Miałem nawet sen, że pojechałem sobie na jakiś szczyt na jednodniówkę, a szczyt ten bardzo przypominał Łomnicę xD W sumie jak się zastanowić to byłoby to chyba do zrealizowania – 8h jazdy, 8h wycieczka, 8h powrót

Chociaż chyba bardziej sensowne byłoby uderzenie na jakiś wydłużony weekend ... W każdym razie jakby ktoś miał jakieś ciekawe propozycje szczytów w Alpach o trudnościach 0-II (o ile to II to nie ciągiem), w miarę niedaleko od naszej granicy, to chętnie przyjmę z dobrodziejstwem inwentarza

Poza tym to fajnie by było się znowu trochę powspinać (nawet i powrót na panel byłby spoko). W 2022 kompletnie też zaniedbałem pływanie (swego czasu był to mój główny "sport") – nie przepłynąłem ani metra, ani razu nie byłem na basenie. To trzeba też koniecznie poprawić (tym bardziej, że ostatnio słuchałem fajnego podcastu o m.in. nurkowaniu w wulkanach i mocno mnie to zaintrygowało).
A tak poza tym, to jakbym dostał propozycję, żeby 2023 był podobny do 2022 – to chyba wziąłbym w ciemno. Trzeba kiedyś znaleźć jakiś właściwy balans między życiem rodzinnym, zawodowym i górskim. Ja kiedyś miałem z tym problem, teraz w pełni doceniam to co mam. A poza tym przy niewielkiej liczbie dni w górach szybciej można napisać roczne podsumowanie

Wszystkiego dobrego w 2023!