Z powodu braku uczestników odwołano nam wyjazd do Wietnamu i Kambodży, zdecydowaliśmy się więc na... Ekwador.
Miała to być wycieczka zorganizowana przez biuro, taki objazd dla starszych państwa po większości tego dość ubogiego, andyjskiego kraju.
Już na wejściu do busa pilot wyraził ogromne zdziwienie, że nic nie wiemy o tym, że przejażdżka pociągiem, wspinającym się zygzakiem trasą po zboczu góry, skonstruowaną przez Ernesta Malinowskiego (opisywana jako największa atrakcja) się nie odbędzie. Bo... pociąg od pięciu lat nie jeździ. Kombinował (pilot, nie pociąg) potem intensywnie, żeby jakoś tę dziurę innymi "atrakcjami" zasypać. Przyznaję, robił, co w jego mocy, ale...
Ponieważ tu pisze się o górach, wspomnę, że zaczęliśmy od wylądowania w Quito, na ok. 2800 m npm [1].
Kraj (oprócz Galapagos) dzieli się na trzy części - Costa, Sierra i Oriente. My poruszaliśmy się głównie po części wyżynnej, w większości powyżej 3000 m npm.
Głównym elementem "górskim" było podejście z parkingu [2] (mieliśmy wjechać pikapami 4x4 ale... się zepsuły) do schroniska Jose Rivas na 4864 m npm [3] [4], położonego na zboczu Cotopaxi [5], drugiego pod względem wysokości wulkanu Ekwadoru (5897 m npm). Do parkingu dowiózł nas w końcu naszym cherlawym busem kierowca, Armando, przyprawiając nas o szybsze bicie serca...
W całym objeździe towarzyszył nam także Jorge, przewodnik górski. Wynegocjowaliśmy z nim, że jeśli sprawnie dotrzemy do schronu, pozwoli nam pójść wyżej, aby osiągnąć "magiczne" 5000 m npm. Podejście jest tylko nieco trudniejsze od wyprawy z Palenicy do Morskiego Oka [6], lecz ilość tlenu w powietrzu robi robotę. Ja miałem dodatkową motywację, bo na tyłach schronu znajduje się... kibelek w stylu alpejskim. W każdym razie kilka osób z grupy doszło po piarżysto-wulkanicznym, wrednym podłożu na 5000 m npm [7].
Najwyższym wulkanem Ekwadoru jest jednak Chimborazo, ale jego widzieliśmy jedynie z daleka [8]. Jorge powiedział "byłem tam wiele razy, ale jak tylko spojrzę, już mnie bolą kolana...". Ekwador jest położony w tzw. Alei Wulkanów, sporo z nich jest czynnych. Cotopaxi uważany jest za najwyższy czynny wulkan na świecie. Pod innym takim "śpiochem" - Tungurahua [9] - leży miasteczko Banos, takie lokalne sanktuarium [10]. Ostatnia ewakuacja odbyła się w roku 1999, my dwie noce przespaliśmy spokojnie...
Cóż, było jeszcze kilka atrakcji: środek Ziemi [11], kąpiel w potoku pod wodospadem [12], przepłynięcie czymś w rodzaju canoe po jednym z miliona dopływów Amazonki, różne tyrolki, huśtawki nad przepaścią [13], itp.
Generalnie - lepsza lokalna kuchnia, niż się spodziewaliśmy, ale... "w temacie" Ameryki Południowej zdecydowanie "destynacja gorszego sortu". Co nie znaczy, że niewarta penetracji... zwłaszcza np. trekkingowo po wulkanach. Ale to już w innym życiu.












