Wrześniowy tydzień urlopu zaplanowałem rok wcześniej bez większych oczekiwań, zgodnie z ideą: może będzie kilka dni ładnej pogody gdzieś w okolicach Lungau.
W dniu naszego przyjazdu w rejonie umiejscowił się antycyklon więc pogodowo lepiej się trafić nie mogło

. Jednak mieliśmy pecha, bo trzy tygodnie wcześniej klęknął nam silnik w samochodzie i od tego czasu nasze auto znajdowało się w serwisie. Był jednak as w rękawie w postaci 5-dniowego samochodu zastępczego z ubezpieczalni i właśnie na tym urlopie skorzystaliśmy z tej opcji dokupując tylko dodatkowe dwa dni wynajmu spoza polisy.
Pozostało nam jedynie zabukować nocleg w Mariapfarr w regionie Lungau i ruszyć do Austrii. W nogach mieliśmy sporo energii, w 7 dni odwiedziliśmy bowiem 6 różnych pasm, a łączna suma przewyższeń z wszystkich wycieczek dobiła do 9 tysięcy metrów. Jak na nas - całkiem spoko! Sam rejon Lungau jest bardzo spokojny, w sam raz dla ludzi szukających oddechu od nierzadko spotykanego tu i ówdzie alpejskiego zgiełku, poza tym jako baza wypadowa w okoliczne pasma nadaje się wyśmienicie.
2.9.23 Rettlkirchspitze 2475 m npm (Rottenmanner Tauern)
Uwielbiam ten moment, gdy docieramy do alpejskiej doliny późnym wieczorem i rozkładamy siedzenia do snu w samochodzie. Po wyjściu z auta nabieram w płuca świeżego alpejskiego powietrza i w nagrodę za przejechaną trasę raczę się złocistym płynem podziwiając rozgwieżdżone niebo. Przemierzam wzrokiem zacienione, regularne alpejskie granie i czuję że jestem w miejscu, które odpowiada mi najbardziej. Zaczynam się odprężać.
Podobne odczucia mam na drugi dzień z rana, gdy słońce przyświeca już w najwyższych partiach, a od jego blasku płoną skaliste wierzchołki. Głowa jest jeszcze świeża i pełna pomysłów, w nogach czuć moc i ochotę do podejść. W kolejnych dniach wszystkie te odczucia oczywiście powoli zanikają...
Po porannej kawie rozkręcamy kijki i ruszamy w drogę. W międzyczasie tłumaczę żonie w jakim paśmie jesteśmy, bo ona to jeździ na pełnym spontanie. Z parkingu pod schroniskiem Neunkirchner Hutte (w pobliżu piękny wodospad) od razu wkraczamy do rozłożystej doliny z licznymi pastwiskami, wygodne zakosy prowadzą nas pod stromszy teren pod przełęczą Rocklscharte, z której odbijamy w prawo na szczyt Hochstubofen.
Szczyt jest megawidokowy, chyba nawet bardziej niż Rettlkirchspitze na co wpływ niewątpliwie ma jego charakterystyczna spiczasta sylwetka.


w tle Julijskie



Po powrocie na przełęcz Rocklscharte czeka nas trochę mozolne podejście na najwyższy szczyt pasma Rottenmanner. Szlaku nie ma ale jest wyraźna ścieżka i liczne kopce. Po drodze mijamy się z innymi turystami.
Na szczycie podziwiamy wraz z nimi przepiękną panoramę a wyjątkowa widoczność tego dnia pozwala sięgać wzrokiem naprawdę daleko.







Zeszliśmy szlakiem nr 928. Miałem nosa żeby nim rano nie podchodzić, bo idealnie nadaje się na zejście i na nic więcej.






Godzina jazdy i na obejściu domu wita nas gospodyni w tradycyjnych szatach, bo w ten weekend w Mariapfarr odbywa się lokalny festiwal.
3.9.23 Konigstuhl 2336 m npm (Nockberge)
Na ten dzień prognoza była rewelacyjna i być może niektóre jej parametry się sprawdziły, ale nie ten że będzie lampa, bo była to raczej mała lampka. Poranne promienie słoneczne szybko przykryły wysokie cirrusy i taka to stal dominowała na niebie do końca wycieczki. Pasmo Nockberge bardzo przypadło nam do gustu a był to nasz pierwszy raz w tej okolicy. Może troszkę za mocno zalatywało krowim plackiem, ale z moim zdewastowanym przez covid węchem było to do zdzierżenia.
Nasza trasa wiodła trawiastym grzbietem przez Stubennock (2092 m npm) i Seenock (2260 m npm) aż na sam szczyt Konigstuhla, gdzie zderzyliśmy się z większą ilością turystów, co niewątpliwie było zasługą wysoko położonego parkingu na Zechneralm.
Widoczność nie była zła:










Wycieczka miała charakter pętli, zejście prowadziło doliną Rosaninalm z jeziorkiem Rosaninsee, pastwiskami, krowami milkami i wijącym się malowniczo górskim potokiem Krems.



4.9.23 Reitereck 2790 m npm (Grupa Ankogla)
Żeby dojechać z Mariapfarr do Rennweg am Katschberg trzeba przejechać okrężnie przez przełęcz pod Katschbergiem, bo przejazd przez autobanę A10 na tym odcinku jest płatny, co w moim mniemaniu jest niezłą głupotą i sporym utrudnieniem dla lokalnych mieszkańców. W dolinie ujrzeliśmy znak 'zakaz wjazdu', ale z zaznaczeniem że dotyczy tylko ciągników. Uznaliśmy to za dobrą monetę, tym bardziej że na mojej mapie kompassu, na wysokości 1740 wyraźnie zaznaczony był parking. Serpentynę wyżej zastaliśmy otwarty szlaban i jeszcze jeden znak z napisem 'privatweg'. Co za problem? Najwyżej uiścimy jakąś drobną opłatę na parkingu.
Parking był, tylko że zaparkować na nim nie byliśmy w stanie, bo po pierwszej próbie zaryłem zderzakiem o trawiastą rynnę. Auto zostało więc na poboczu przy rozstaju szlaków.
Szlak nr 9 prowadził pastwiskami dość łagodnie aż do przełęczy Torscharte, gdzie zaczynał się odcinek Marilius-Mayr-Steig (nazwanym imieniem lokalnego działacza). Najpierw trzeba się było zmierzyć z trawiastym zboczem Poisniga, a następnie wąska perć doprowadziła nas na szczyt Wandspitze ( 2623 m npm). Wiał mocny wiatr, chmury przemieszczały się jak w przyspieszonych timelapsach. Po wpisie do książki rozpoczął się trudniejszy etap (II, elementy ferraty za C), który prowadził aż na przełęcz pod Reitereckiem. Po drodze było kilka problemów do pokonania, między innymi pionowa drabina.








w centrum kadru Hochgolling




Z samej przełęczy, wraz z innymi turystami, którzy podeszli z doliny Maltatal, monotonnie pokonywaliśmy kolejne zakosy i zakosiki w kierunku wierzchołka Reiterecka. Ze szczytu widoki całkiem niezłe, szkoda że głównego aktora w tym spektaklu, czyli Hochalmspitze przesłaniały pędzące chmury.






Na szczęście by wrócić na Torscharte nie trzeba pokonywać odcinka graniowego ponownie, gdyż całość można skrócić poprowadzonym trawersem, znakowanym na mapach, ale nieoznakowanym w terenie.

Jesteśmy na parkingu - auto stoi jak stało. Na zjeździe Corolla kompletnie nie daje rady cały czas hacząc przednim zderzakiem o szuter. Dało nam to domyślenia, bo droga może i była stroma, ale za to całkiem dobrze utrzymana. Wniosek - nie jest to w żadnym razie auto do jeżdżenia w górskim, czy też nawet pagórkowatym terenie. Jedziemy i jedziemy, chyba minęła cała godzina do momentu gdy naszym oczom objawił się koniec zjazdu i ujrzeliśmy zamknięty szlaban. Podjeżdżam na centymetry w nadziei że się automatycznie otworzy - nic z tego. Zaciągam ręczny prawie do pionu i myślimy z żoną co dalej. Przy szlabanie żadnych informacji, a okoliczne domostwa albo opustoszałe, albo straszą psami, obwarowane tabliczkami informującymi o prywatnych gruntach. W dodatku nasz język niemiecki ogranicza się do zwrotów zasłyszanych w czterech pancernych i do ślonskiej godki.
I tak byśmy może stali sobie do dzisiaj, gdyby nie dwa suvy na niemieckich rejestracjach, które podjechały z naprzeciwka. W jednym uchyliło się okno i niemiecka ręka z pilotem wysłała sygnał, który podniósł nasz szlaban. Uff, z wrażenia aż mi auto nie chciało odpalić

.
Z nabytego doświadczenia można wysnuć dwa wnioski:
- uwaga na drogi z napisem privatweg,
- uwaga na oznaczone parkingi na mapach kompassu z uwagi na ich szybką dezaktualizację i liczne błędy.
5.9.23 Hochfeind 2687 m npm (Radstadter Tauern)
Po Zederhausie jeździliśmy o świcie równocześnie ze starszym gościem z okolic Dachsteinu (sądząc po blachach) w poszukiwaniu parkingu startowego pod schronisko na hali Schieferalm. Odnaleźliśmy go w tym samym momencie, więc mogliśmy sobie rzec 'dzień dobry' w swoich językach, wymienić uśmiechy i na tym nasze uprzejmości się skończyły. Kto pierwszy stanie na szczycie? My czy on? Polska myśl oblężnicza czy alpejskie podejście "na lekko"? Dwoje trzydziestolatków czy siedemdziesięcioletni solista?
Zederhaus






Od rana straszyły nas niskie dolinne chmury ponad które to chcieliśmy się wydostać dzięki wrodzonemu napędowi na dwie nogi. Nawet nam to wyszło w okolicy wierzchołka Kleine Guglspitze (2570 m npm).
Austriak nas przegonił w połowie podejścia, gdy kabanos+bułka+jajko przegrały ze sportowym stylem ataku szczytowego.


Później był Grosse Guglspitze (2638 m npm) z kolejną porcją widoków. Chmury nas goniły, ale daliśmy radę i po pokonaniu kluczowego II-wego miejsca zameldowaliśmy się na szczycie Hochfeinda. Razem ze starszym Austriakiem podeszliśmy na skraj góry obczaić dalszą drogę i znów równocześnie, choć niezależnie od siebie doszliśmy do wniosku, że w zastanym warunku nie ma ona sensu. A kusiło mocno, zresztą takie były nawet plany na tę trasę. Mieliśmy iść do Zeppspitze i zejść do Zederhausu przez Znotterberg.







Na Hochfeindzie, drugim szczycie pasma, klimat jest księżycowy, podobnie jak na najwyższym Mosermandlu i tak naprawdę nie wiem już który szczyt jest lepszy.


Zeszliśmy więc poznanym wcześniej szlakiem a chmury, które nas przegoniły przed dalszą wędrówką już po godzinie schodzenia opuściły nieboskłon na dobre. Widocznie nie było nam dane...

najtrudniejsze miejsce








6.9.23 Deneck 2433 m npm (Schladminger Tauern)
Miało być bardziej odpoczynkowo, tylko że po ujrzeniu lampy na kamerach strony fotowebcam nogi szybko ruszyły w kierunku samochodu, który śmiało brał zakręty by swój popis zakończyć dwie serpentyny poniżej Solkpass. Tam czekał prawdziwy ceproszlak na Deneck. Frekwencja na szlaku spora, ale mijaliśmy wszystkich dość sprawnie, podobnie jak u nas pod Szpiglasową. Nie ukrywam - było to budujące za wyjątkiem faktu że większość turystów stanowili 70-latkowie i pierwszoklasistki.
Po drodze cztery jeziora Kaltenbachsee (w jednym nawet odbywała się kąpiel) i piękne widoki, które troszkę mąciła droga przecinająca Solkpass.





Końcówka podejścia prowadzi węższą granią, którą można obejść z lewej wygodną kontynuacją ceprostrady, z której skorzystaliśmy w drodze powrotnej.
Widok ze szczytu bardzo zacny, aż polazłem jeszcze na drugi wierzchołek Denecka zajrzeć w głąb doliny Braumbachtal.
Wrażenia z trasy: szybko, łatwo i bardzo przyjemnie. Idąc samotnie jest szansa kogoś poznać, można się wykąpać w jeziorze i ujrzeć rozległą panoramę od wapniaków pod Wiedniem aż po te słoweńskie.












7.9.23 Grosser Hafner 3076 m npm (Grupa Ankogla)
Po opuszczeniu lokalu w Mariapfarr udaliśmy się w półtoragodzinną podróż do doliny Maltatal. Po uiszczeniu niemałej opłaty na bramkach (22 euro) ruszyliśmy wygodną drogą aż pod końcowe parkingi nad najwyższą tamą w Austrii przy sztucznym zbiorniku Hauptspeicher Kolnbrein.
Teraz czekał na nas długi trawers do schroniska Kattowitzer Hutte (wzniesione dzięki członkom AV z Katowic). Miał on dwie zalety:
- startował wysoko, więc było to podejście z najmniejszym możliwym przewyższeniem do schroniska i dalej na szczyt,
- po drodze były fajne widoki na Hochalmspitze, szczególnie w okolicach potoku Krumpenbach.
A poza tym były same wady. Szlak się ciągnął jak flaki w oleju a szliśmy zniesmaczeni wiedząc, że będziemy nim szli również z powrotem.



Schronisko widziane z oddali przypominało domek na prerii, z bliższa kompozycja była już bardziej akuratna:

Nie skorzystaliśmy z oferty gastronomicznej schroniska ze względu na brak czasu, ale ceny były zaskakująco niskie, jak na alpejskie przybytki.
Podejście na przełęcz w grani Marschneid ciągło się podobnie jak wcześniejszy trawers, ale widoki z grani krok po kroku oferowały coraz to lepszy ogląd na okolicę. Szlak wił się to z jednej, to z drugiej strony a momentami asekurację umożliwiały luźno wiszące liny. Pod koniec etap z powbijanymi głazami słynny z licznych fotografii i można się było cieszyć z wejścia na kolejny trzytysięcznik. Po przejrzeniu książki wpisowej uznałem, że dla sporego grona turystów wejście na ten szczyt stanowi pierwsze trzytysięczne wyzwanie.








Widoki ze szczytu eleganckie, widoczność również nie zawiodła.






Zejście, tak jak pisałem, tą samą drogą. Powrót trawersem był jeszcze gorszy, do tego spieszyliśmy się jak szaleni żeby zdążyć przed zamknięciem sklepów w Malcie, co na szczęście nam się udało.




8.9.23 Gamskogel 2386 m npm (Seckauer Alpen)
Rankiem opuściliśmy przyautostradowy parking i podejchaliśmy do doliny Triebental. Parking mocno podrożał od naszej ostatniej wizyty i kosztuje już 5 euro.
Mamy tu niewyrównane rachunki z Gamskoglem. Kilka lat temu miał on paść naszym łupem, niestety ilość śniegu i mocny wiatr przekierowały nas na pobliski mniejszy Griesstein.
Szlak podejściowy przypomina dość mocno nasze tatrzańskie i co istotne - trzeba pokonać wszystkie górskie piętra. Od hali z wyschniętym jeziorkiem gwałtownie kończy się ceprowanie. Im wyżej, tym stromiej. Biegnie tędy trasa skiturowa (chyba farix tak wchodził) w co aż trudno uwierzyć, bo teren jest wybitnie nastromiony.




Na siodełku pod szczytem witają nas koziorożce i zaskakująco piękne widoki. O tak - Gamskogel to najlepszy punkt widokowy w Seckauerach!











Na szczycie przebywa kilka osób - guten tag, berg heil i te sprawy. Są też chetni tego dnia na Gamskogelgrat (za 3+) - obserwowaliśmy ich jak się męczą pokonując graniowe skalne konie.
Trochę nas przewiało na szczycie, po czym rozpoczęliśmy powrót drogą, którą weszliśmy. I tak zakończył się nasz wrześniowy, całkiem udany urlop. Następny czekał już w październiku i los oraz prognozy rzuciły nas w całkiem nieodległe rejony...
