Historia tej wycieczki zaczyna się w czwartek. Zadzwonił do mnie kolega i wypytywał o Rohacze, gdzie zaparkować, jak iść. Co mogłem to pomogłem. Udało mu się, nawet zdjęcie w piątek przysłał. W ten sposób te tereny jakoś mi się odświeżyły i jak zacząłem wymyślać wycieczkę na sobotę, to wpadłem na genialny pomysł, aby Ukochana mogła skompletować brakujący odcinek grani głównej Tatr Zachodnich, od Smutnej Przełęczy do Banikowskiej Przełęczy. Aby ją przekonać, nakłamałem, że to fajny, krótki i prosty odcinek, nie to co straszne Rohacze, przez które prawie rozpadł się nasz związek w 2009 roku, że będzie miła wycieczka, w Taterki, gdzie upał nie będzie nam dokuczał. Zgodziła się po małych negocjacjach

Ukochana ustawiła sobie budzik na 4:00, ja na 3:55, żebym zdążył zrobić się na bóstwo zanim wstanie, a Tobi, któremu powiedziałem dzień wcześniej, że będzie super wycieczka, postanowił obudzić nas o 3:48, bo już nie mógł się doczekać.
Tuż po 7:00 zajeżdżamy na parking i ruszamy. Pogoda nie najgorsza. Idziemy asfaltem i podziwiamy szczyty, które będziemy zdobywać.
Następnie nabieramy wysokości idąc Doliną Smutną.
Hale tatrzańskie pięknie się zazieleniły.
Dochodzimy na przełęcz. Uderza w nas zimny wiatr. Po chwili odpoczynku ruszamy w górę.
Za nami piękny widok na znienawidzone Rohacze.
Przed nami zabawa na Trzech Kopach. Zaczynają się łańcuchy. Ukochana raźno pomyka.
Pomyka w dół i w górę.
Tobi obserwuje ją uważnie cały czas, czy aby nie przeżywa trudnych momentów, ale na razie takich nie ma.
Ja widząc, że jednak trudności są, do tego przepaście i ten porywisty wiatr obawiam się, czy zaraz nie otrzymam krytyki za złe planowanie trasy, ale nic takiego się nie dzieje.
Ukochana pomyka, Tobi kontroluje. Jest git!

Przed nami została już tylko Banówka (z lewej). Na Pachoła (z prawej) już nie idziemy, mamy zejść z przełęczy.
Kolejne łańcuchowe miejsca. Dodatkowo zaczyna się wszystko korkować, bo spotykają się strumienie ludzi idących w przeciwne strony. Ukochana w pełni opanowana kontroluje sytuację.
Tobi też opanowany - kontroluje Ukochaną.
Tutaj widać jacy są zadowoleni.
Kolejne ciekawe miejsce, tuż przed Banówką jest odcinek przypominający trochę Rohackiego Konia. Jego trudność polega na tym, że z obu stron jest otwarta przestrzeń. Koleś w czapce utknął, przez kilka minut nie zmieniał pozycji, ludzie go omijali. Ukochana również ominęła go sprawnie.
Szczytujemy na Banówce. Ukochana z przekąsem przekomarza się ze mną, że jak ja wymyślę trasę, to zawsze jest ciekawie. Pytam, czy było za trudno? Odpowiada, że nie. No to mówię jej, że odcinek, który właśnie przeszła jest uważany za najtrudniejszy fragment tej grani. Nie wierzy. Rozmawiamy chwilę o trudnościach technicznych z Trzech Kop, o otwartej ekspozycji przed Banówką. Chyba zaczyna do niej docierać.
Tymczasem pokazuję jej dalszy przebieg grani do Brestowej (na zdjęciu). Jakby chciała wydłużyć przygodę, bo jest ledwie 12:50. Odpowiedziała, że jak zejdziemy na przełęcz to się zastanowi. A na przełęczy, po spojrzeniu na tabliczki z czasami rzuciła "no to chodźmy"

Po drodze spotkaliśmy innego pieska.
Na Pachole zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę przy kwiatuszkach.
A potem walczyliśmy dalej. Zejście z Pachoła banalne nie jest.
Widok wstecz na Pachoła.
Spalona słońcem Spalona Kopa.
Tobi sobie obserwuje.
Ostatnie łańcuchy na Skrzyniarkach.
Widok wstecz, na to co już za nami.
A przed nami podejście na Salatyn.
Kawał podejścia, jak się ma już tyle w nogach.
Otoczenie robi się mocno zielone.
Śnieg jeszcze się trzyma, a obok świeża trawka.

Przyjemny równy odcinek. Szczególnie po tym, jak się od kilku godzin idzie wciąż po kamieniach.
Ostatni szczyt na naszej drodze - Brestowa.
Jeszcze zostało nie przyjemne kamieniste zejście. Schodząc nim w myślach porównywałem do rumuńskich kamyczków, które dużo bardziej ochoczo ujeżdżały z pod stóp. Dzisiaj przy przeglądaniu zdjęć Ukochana skomentowała "już chciałam pomarudzić, ale przypomniały mi się rumuńskie piargi"

Jesteśmy na Brestowej. Rozpoczynamy zejście bocznym grzbietem w dół.
Ukochana patrzy sobie ile razy dzisiaj szczytowała.
Kolekcja zdobytych szczytów przedstawia się imponująco. Wszystkie, które widać na tym kadrze, plus te, które się nie zmieściły (Salatyn i Brestowa). A główna grań idzie bardzo ciekawie, bo tak zygzakiem.
Przed nami malownicze zejście grzbietem.
A potem strome i męczące kosówką i lasem. Dało popalić.
Na zakończenie łany łubinów porastających trasę narciarską.
Przy aucie byliśmy o 19:00, czyli 12 godzin. Oczywiście zmęczeni, ale w doskonałych humorach. Dzisiaj rano przy oglądaniu zdjęć do kawy, Ukochana podsumowała - "To była moja wycieczka życia". Nie chodziło o to, że dała radę, tylko o to, że sprawiło jej to autentyczną przyjemność
