„Wycof” z pod Świnicy
Plan jest ambitny...pierwszym wagonikiem na „kasprusia” i myk do Krzyżnego.
Zwykle bywa tak, że z aftobusu w Kuźnicach jest bieg do kolejki i bitwa o pierwszy wagonik
Zawsze to jakieś 20 min zaoszczędzone i 2 złocisze mniej
O dziwo ( i na całe szczęście ) tym razem wyjątek (potwierdzający regułę

), kolejki do wagonika brak, jest tyle osób, że spokojnie wszyscy się zmieścimy.
Na górze nikt nie rusza w stronę Świnicy...idziemy sami...ale fajnie, pogoda cudna, Świnica wygląda pięknie.
Uśmiechy na mordki i do przodu. Po drodze koniecznie fotka na tle Krywania (tylko stąd rozpoznaje jego skrzywioną sylwetkę (a no i z Furkotnej hihihi ) i na tle naszego celu number one:

Początkowy etap podejścia na Świnice średnio lubię, odpadam na tych schodkach-męczę się okrutnie. No ale wizja łańcuszków pozwal mi się zmobilizować...idę, p o w o l i, mozolnie jak CZOŁG (pozdro dla KWAQ-a, i KONRADA)
Moim oczom ukazują się pierwsze łańcuszki...wow - nareszcie...nooo...
Cała blada i dumna, że pokonała najgorszy odcinek chwytam za pierwy łańcuch i....nóżki mi się rozjeżdżają jak na lodowisku...o żesz...przeca (pozdro dla Hoga ) ten kamień wyglądał pewnie, tak pewnie...
Szybciutki wycofik na suchą, nie oblodzoną skałę...mając taką minkę
I co teraz? Czyżby to już koniec wycieczki na dzsiaj?
Jeszcze szaleńcza próba skruszenia lodu kamieniem...hm

, no co nie śmiejcie się, kiedyś mi się to udało w rynience pod szczytem Kościelca

i wlazłam
Archiwalne fotki z Kościelca ; lipiec 2004 (taka mała dygresja od tematu )


Jakość fotek średnia
Lód idzie w zaparte...my się poddajemy

, ale zaraz, zaraz nie wszystko jeszcze stracone...
W dole na Liliowym widzimy, że ktoś idzie w naszym kierunku...czekamy na nich...może oni rozwiążą ten rebusik...

(pozdro dla Agniesi i Konrada )
Dochodzą do nas...próbują przeforsować odcinek pokryty lodem... raz, drugi, trzeci – nic z tego
Wraca to bolesne pytanie: I co teraz? Czyżby to już koniec wycieczki na dzsiaj?
Patrzę na twarze naszych współtowarzyszy (od tej pory) i ich szelmowskie uśmiechy mówią same za siebie...koniec wycieczki? A skad !
Wracamy do Świnickiej Przełęczy, szybciutko na dół do Gąsienicowej...dalej na Karb-Cz.St.Gąsienicowy i......co ja słysze...że co mnie czeka...: Skrajny
O mamo ratunku tylko nie schody, ja tego nie „zniese”
Nie daje rady oponować...jestem w mniejszości...cóż mi pozostaje...ide...
Jesteśmy na żółtym szlaku w miejscu, gdzie jest łańcuch...odwracam się do tyłu, sprawdzam gdzie jest Agnieszka i Konrad...są blisko, ok można iść dalej...Aga krzyczy: „Ola !Ola ! czy tam na górze są......TOI-TOI-e” hahahahha umieram za śmiechu hahahahhahaha
Na Skrajnym wspólna fotka i....czego ja się dowiaduje? Lecimy na Kozi i do „5”...aaaaaa
Sprawdzamy czas i co się okazuje, że jak będziemy iść „szybko” (czyt. biec) to zdążymy na ostatniego busa z Palenicy do Zakopca......RETY....zanowu bieg do „5”, roztoką do „wodotrzasków” i do Palenicy...czy ja mam „deżawi”????
Kilka fotek robionych w biegu na OP


Na odcinku Kozi-Wodogrzmoty nic szczególnego się nie dzieje, prócz „głupawki” i śmiania się ze wszystkiego, nic- zupełnie nic się nie działo.
Przy Wodogrzmotach starym zwyczajem...zmiana bucików na sandałki, trekkingi przywiązane do plecaczków i szybciutko na parking, łapiemy ostatniego busika ( załadowanego po brzegi ), wsiadamy i......hahahahahahahahahahahaa do łez rozbawiają nas miny pasażerów....pamiętamy, że buciki przywiązane są do plecaków – oj to było okrutne z naszej strony hahahahahahahahahaha
Radzę unikać nas w busach
pozdrawiam