W poniedziałkowy wieczór
Boguś w Zagrodzie wybił nam z głowy Grzesia który mieliśmy w planach mówiąc:
Na Grzesia? Przecież tam można się uwalić a żadnych widoków... Zapytałem więc:
Co Ojcze polecasz? Boguś chwile pomyślał po czym rzucił:
A idźmy na Giewont! Nie miałem pytań widząc że
Biskup rzuca samymi konkretami... Kuźnice - 8:30 miał być start ale z ja z
Darią pojawiliśmy się wcześniej i telefonicznie umówiliśmy się z
Biskupem że my idziemy wcześniej powoli a On z Całą Resztą (
Tomek,
Robert i
Nordland) nas dogoni... Wystartowaliśmy o 8:13 szlakiem przez Kalatówki...
Wchodząc do lasku poczuliśmy że przygoda ze śniegiem dopiero się zaczyna...
Pod schroniskiem na Hali Kondratowej byliśmy o 10:13 gdzie zrobiliśmy postanowiliśmy czekać na
Kurię...
Wkrótce pojawili się
Towarzysze...
Po krótkim odpoczynku o 10:30 ruszyliśmy w kierunku Kondrackiej Przełęczy...
Nagle
Nordland orientuje się, że pomylił szlaki, zapomniał kijków i decyduje się na drugi wycof...
Robert natomiast wyrywa i przejmuje prowadzenie...
Zaczyna się coraz stromiej ale brygada twardo brnie w śniegu...
Tor dupozjazdowców...
Te fotki nie oddadż tej stromizny jaka była w rzeczywistości... Ale też jest pięknie...
W oddali lekko zamglone Tatry Wysokie...
Na Przełęczy pojawiamy się o 12:30 gdzie robimy kilkuminutowy odpoczynek i ruszamy dalej...
Na Giewoncie lądujemy o 13:00 gdzie czeka na nas
Robert... Przejrzystość powietrza mieliśmy całkiem niezłą toteż można było popstrykać troche fotek...
O 13:30 ruszamy w dół tą samą drogą...
Z Przełęczy Kondrackiej schodzi mała lawinka na stronę Doliny Małego Szerokiego...
Potem cała Ekipa Kurii zalicza kilkusetmetrowe piękne dupozjazdy i po kilku minutach jesteśmy na dole... Na fotce w roli głównej
Daria...
O godzinie 14:36 dochodzimy do schroniska i tam zauażam brak portfela w plecaku... Musiał wypaść przy dupozjeździe bo miałem kilka momentów w stylu "na łeb, na szyje". Pomimo biegu z powrotem (za połowę przełęczy) i szukania go w śniegu nic nie znajduję a zyskuję tylko jeszcze jedną atrakcję zjadu kilkusetmertowego. Dochodzę do schroniska, zabieram
Darię stamtąd i wracamy do Kuźnic. Nie patrzyłem na zegarek ale zajęło nam to nie dłużej niż godzinkę... Humor mam wyraźnie nie w sosie bo przed nami jeszcze sporo atrakcji - 501km bez żadnych dokumentów i tożsamości... Mimo wszystko udało się...
Dziękuję przed wszystkim
Darii, która pomimo podwójnego osłabienia dała radę osiągnąć cel,
Ojcu, bez którego nie czuł bym się bezpiecznie i który poprowadził nas piękną drogą (skrót oczywiście za który

), a także
Tomkowi - Masterowi naszemu od topografii i nie tylko (na każde pytanie dotyczące topografii Tatr potrafi odpowiedzieć),
Robertowi - człek młodego pokolenia, porywczy i zaskakujący - wróżę mu wiele górskich osiągnięć a także
Nordlandowi, który pomimo braku przygotowania widział kiedy się wycofać...
P.S. Od tej przygody z Giewontem powierzam się
Ojcu i polecam się Mu aby mnie prowadził przez zasypane góry... AVE!!!
Komentarze oczywiście mile widziane...
Pozdrawiam!
Bartek
