Sobota…kawałek po pierwszej nad ranem wywlokłem się z domu celem dotarcia na Dworzec Główny PKP. Kilka minut po trzeciej siedziałem już w pociągu i z każdą minutą zbliżałem się do Jeleniej Góry. Z Jeleniej PKSem do Karpacza. Ok. 8:30 spotkałem się z towarzyszami wędrówki( Justyna, Marta, Krzysiek i Łukasz). Bezzwłocznie wyruszyliśmy na szlak…prawie, bo po drodze, w ramach aklimatyzacji postanowiliśmy zdobyć skocznię Orlinek (wstęp oczywiście surowo wzbroniony

).
Po tym wspaniałym doświadczeniu udaliśmy się w kierunku Sowiej Doliny. Szło się całkiem przyjemnie, tylko żal się robiło na widok połaci uschniętych drzew…. Na Sowiej Przełęczy przerwa na śniadanie i kontemplowanie natury.
Następnie udaliśmy się w kierunku zachodnim z zamiarem zdobycia Śnieżki. Szło się sympatycznie, jednak na Czarnym Grzbiecie zaczął dokuczać wiatr (pizgało jak cholera).
Na najwyższym szczycie Karkonoszy postanowiliśmy zrobić przerwę na obiad (w moim przypadku: konserwa turystyczna, chleb, herbata z termosu, kawałek pomidorka). Gdy się posililiśmy, nasyciliśmy oczy pięknem natury ( i pożałowaliśmy dzieciaków z kolonii, które były w halówkach lub sandałach i koszulkach na ramiączkach – było ok. 6 stopni Celsjusza i wiał silny, zimny wiatr) i przewiało nas na wylot, udaliśmy się w kierunku kotła Małego Stawu. Ze Śnieżki schodziliśmy oczywiście ambitnym czerwonym szlakiem (łańcuchy)

. Około 16:30 dotarliśmy do Samotni, po chwili oczekiwania wyszła do nas pani kierownik i oznajmiła, że są wolne łóżka

. Wprowadziliśmy się do pokoju i poszliśmy na spacer w kierunku Polany. Zamierzaliśmy iść do Karpacza, ale opamiętaliśmy się i wróciliśmy (zbyt późny powrót groził zamknięciem bufetu

piwo). Wieczór spędziliśmy tocząc głębokie dysputy nad pięknem i siłą natury i szeroko pojętym życiem…
Następnego dnia plan był prosty- idziemy na zachód. Postanowiłem być ambitny i wybrałem niebieski szlak przez Kocioł Białej Łaby (Dul Bileho Labe). Szlak jest bardzo ciekawy, najpierw podziwialiśmy Karkonoską Tundrę, potem piękno polodowcowej doliny.
Przy schronisku (?)U Bileho Labe odbiliśmy w prawo rozpoczynając tym samym wędrówkę szlakiem żółtym w kierunku przełęczy Karkonoskiej. Szło się przyzwoicie, nie było zbyt stromo, szlak prowadzi przez las, następnie drogą jezdną („polną”) ponad lasem, a końcówka pokrywa się z drogą asfaltową. Przy ochr. Odrodzenie przerwa na obiad (dziś smalec z cebulką, chleb, papryka i herbata…no i Grzesiek bez czekolady). Tu także nas wypizgało. Gdy już się posililiśmy, udaliśmy się Droga Przyjaźni w kier. Zachodnim. Podejście przez las( +- do ochr. Petrova bouda) było dość strome, potem wyszliśmy z lasu i znów…wiatr. Oczywiście po drodze musiałem włazić na wszystko, co wystawało ponad szlak i ładnie wyglądało (Śląskie Kamienie, Czeskie Kamienie itd…).
Na Rozdrożu pod Śmielcem niemiłe zaskoczenie – odcinek szlaku planowany na 45 minut zajął nam ponad godzinę. Męska część ekipy postanawia sprawdzić, ile zajmie nam dojście do Śnieżnych Kotłów. Łukasz doszedł w ponad 30 minut, ja z Krzyśkiem 5 minut później (robiliśmy zdjęcia po drodze), piękniejsza część ekipy (Justyna i Marta dotarły po chwili). Wszyscy zmieściliśmy się w czasie mapowym- 45 minut. W Śnieżnych Kotłach potwornie wiało, dobrze, że w punkcie widokowym była barierka, bez niej trudno byłoby ustać.
Po krótkim odpoczynku zejście do schr. Pod Łabskim Szczytem. Tam pożegnałem się z resztą ekipy i pobiegłem na PKS(uciekł mi, więc w dalszej kolejności pobiegłem na PKP – zdążyłem), zejście żółtym szlakiem zajęło mi 45 minut (wg. Znaków 1,5 h). Po 5 godzinach w pociągu i problemach z tramwajami we Wrocławiu byłem w domu przed 1 w nocy.