Po wejściu na Giewont a następnie Rysy, i przechadzce z Moka przez Szpiglas i Zawrat, już mnie tak wciągnęło że w wiele wolnych słonecznych weekendów ciągnie mnie do Zakopca. Kiedy przyszły pierwsze jesienne słoty myślałem że już po sezonie i że czekam do lipca, ale okazało się że jeszcze było trochę słońca, nawet kumple zadeklarowali chęć wyjazdu i:
21.09.2009 Świnica
Wstaję o 2:30, czołgam się pod prysznic, a potem smaruję cośtam z wieczorem zakupionych na tą okazję kajzerek. o 3:30 jestem po pierwszego kumpla, po drugiego o 4 w Tychach, lekko się sprężamy i o 6:05 jesteśmy na parkingu nieopodal Kuźnic. Miły pan co pewnie cierpiał na bezsenność już na nas czekał, zapłaciliśmy oblekliśmy buty i ruszamy!
o 8:30 jesteśmy pod Murowańcem, w planach był jeszcze Kościelec ale z dwóch opcji: syto ale z jęzorem na brodzie lub wystarczająco i znośnym tempem, wybraliśmy tą drugą więc Kościelca zaliczę za rok.
Krótki spacerek, chwila odpoczynku nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, który ma świetny kamień który odkryłem będąc tu za pierwszym razem (teraz przypadł drugi). Wygląda jak stworzony do opalania się, jest na nim półeczka na coś do położenia, a w stronę południa jest ścięty tak że można się na nim położyć twarzą do słońca, i ma taką półeczkę na której można położyć nogi żeby się nie zsunąć:P
Bierzemy się za podejście na Zawrat. Po drodze wyczailiśmy miejsce w którym można po kamieniach wejść kawałek wgłąb Stawu i cyknąć fajną fotkę:
Dalej kamienny chodniczek, rozgrzewka przed łańcuchami ale dosyć męcząca. Przed łańcuchami wszamaliśmy po Knoppersie i jazda. Łańcuchy nie były jakieś straszne, są bardzo przyjemne bo używanie ich się jednak w niektórych miejscach przydaje, aż w końcu dochodzimy do momentu który ostatnio mnie przemógł, zapewne z powodu tego że wybrałem się w drogę w adidasach. Chodzi o taką gładką 3-metrową ściankę z nikłymi stopniami i wysoko zawieszonym łańcuchem. Wtedy wytrawersowałem ją z prawej strony po kamykach z malutką ekspozcją. Teraz przekonałem się że trekkingowe obuwie w górach to ważna sprawa i wiele ułatwia, bo w nowych butach pokonałem to miejsce bez większych problemów.
Po drodze usłyszeliśmy lawinę kamienną, potężny ale też delikatny szelest, przyjemny dla ucha, na szczęście nie na nas a w Zawratowym Żlebie obok:)) I w końcu docieramy na przełęcz. Widoki nie powalają bo razem z nami na górę dotarła chmura która wyprzedziła nas na ostatnich krokach podejścia
I podchodzimy na Świnicę. Tu aparat wyciągneliśmy tylko w jednym miejscu, kumpel zażyczył sobię fotkę w najbardziej eksponowanym miejscu. Wcześniej naczytałem sie że jest przepaściste, i trochę się go obawiałem, ale na żywo widać że nie ma tam przepaści tylko strome zbocze więc psychika zachowała nam się bardzo lajtowo.
Później jeszcze dwie ścianki, nie wiem czy to dlatego że tu byłem pierwszy raz, ale wydały mi się trudniejsze niż Zawrat, może też dlatego że mam małego brzuszka a kondycja po rzuceniu fajek też pozostawia wiele do życzenia. W jednym miejscu trzeba postawić sporego kroka żeby znaleźć stopień, ale ścianka jest do przejścia bez srania w gacie. Również przepaść na dole wydaje się na tyle daleko że w razie zsunięcia się raczej każda sprawna osoba zatrzyma się dużo przed nią.
I w końcu osiągamy szczyt Świnicy. Na szczycie jest kilku ludzi, każdy w spowodowanej dotlenieniem euforii, jemy kolejny Knopersy, uzupełniamy płyny, a żarty na temat pana z zakopiańskiej pizzerii który nam wniesie pizze są bezcenne. Niestety nikt nie miał numeru telefonu.
Powrót był dla mnie osobiście już męczący, zastałem się i zasiedziałem na szczycie, gdzie spędziliśmy dobre pół godziny, no ale co zrobić, żeby dojść do auta nie ma innego wyjścia jak iść, więc ruszyłem niechętnie w drogę. Do Kasprowego spokojna wędróweczka, dość powolna bo trochę narzekam na kolana co czyni mnie gorszego w zejściach. Kolejeczka, potem spacer na parking i docieram wyjątkowo zmęczony, bardziej niż na dłuższych trasach, za to uwielbiam to uczucie kiedy na parkingu ściągam wreszcie buty:))
