Pogoda miała być bajeczna w całej Szkocji, więc nie musieliśmy po raz kolejny eksplorować Cairngormsów. Zdecydowaliśmy się na munrosa Meall na Teanga w zachodnim Highlandzie. Miała na niego wieść scramblingowa trasa wyceniona na 3 (czyli 0+), fajna odmiana bo ostatnio łaziliśmy po raczej spacerowych szlakach.
Wstaliśmy o piątej, wschód słońca zastał nas w Glencoe - widoki miazga - nad Loch Lochy byliśmy koło 9, pogoda zgodnie z prognozami jak brzytwa.
Wchodzić mieliśmy środkową grzędą (patrz poniżej). Wygląd trasy nas zdziwił, bo scrambling zasadniczo polega na łażeniu po skale, a tutaj mamy owszem strome, ale raczej pokryte roślinnością zbocze. A już wycena na 3 wydawała się kompletnie abstrakcyjna.
Powiem jedno: nie dam się już nigdy wpieprzyć w takie coś. Włażenie po tym zboczu to była jakaś masakra. Skały niewiele, nastromienie cholerne, zbyt duże żeby nie korzystać z rąk, a jako praktycznie jedyna opcja do chwytu, wrzosy. Pełzliśmy do góry łapiąc się tych wrzosów - na powrót było za późno, nie zeszlibyśmy tym zboczem - zastanawiając się, kto do cholery zarekomendował tę trasę w książce o scramlingu.
Teren tylko gdzieniegdzie poprzerastany był skałami, które powinny stanowić chwilę odpoczynku od wrzosingu ale były tak kruche, że trudno było ocenić co gorsze.
Na pociechę mieliśmy widoki:
Jeśli ktoś obserwował nas znad jeziora przez lornetkę, na pewno zastanawiał się czemu te trzy debile wbijają się na lajtową górę najbardziej przerąbaną opcją.
Dalsza część trasy była już spacerowa. Nasz munros to to na II planie:
Skyline zachodniego Highlandu jest o wiele charakterniejszy niż naleśnikowate wschodnie Grampiany:
I na deser Nevis Range o zachodzie słońca:
Moje doświadczenie wzbogaciło się po tej wycieczce, bo czegoś takiego wcześniej nie przeżyłam. Po relatywnie krótkiej trasie czuję się dziś jakby mnie przejechał czołg. Wycieczka była super, ale wrzosing jest bardzo męczącą dyscypliną
