Zamieściłem już tekścik w dziale "pogoda i warunki w Tatrach", bo się co niektórzy dopytywali, ale stwierdziłem, że się całkiem fajna relacja zrobiła. Jeśli administracji się nie spodobają dwa takie same posty na jednym forun- mogę sam nawet wywalić, no offence meant
Od 9 do 15 sierpnia siedziałem w Taterkach. Wyjazd nieco desperacki był, bo już się nie mogliśmy doczekać, aż góry zobaczymy, a odstrazsał nas śnieg. No, ale postanowiliśmy się wybrać tak czy siak. Dojechaliśmy we wtorek wieczorem, więc już całą środę mieliśmy dla siebie. A że już nam się zachciało wysokich górek, to poszliśmy na Świnicę.
Po zabraniu się 6.40 w busa do Kużnic zapakowaliśmy się (co by trochę oszczędzić nogi) w kolejkę na Kasprowy. Pojechaliśmy już pierwszym kursem - Kasprowy o 7.15, to jest to

Na drodze kupa śniegu, w dodatku oblodzonego - totalna ślizgawka, zero przyczepności. Nieco nas to przeraiło, ale już po jakichś stu metrach wszystko się unormowało - śnieg był wszędzie, ale już nie oblodzony. Na Skrajnej Turni mała rewelacja - szedłem pierwszy, i jka wlazłem na szczyt, to zauważyłem kozice. Sały 5 metrów od nas, było ich kilka, w tym małe. Niestety za mną szli tacy ynteligenci, którzy patrzyli w zupełnie inna stronę i nie zważając na nic preszli jakieś dwa metry od kozic. Nie dziwi mnie specjalnie, że wtedy uciekły.
Pierwsza niespodzinka czekała nas na Pośredniej Turni. Przetarty szlak, zamiast, tak jak latem, trawersować górę szedł w kierunku szzcytu. Poszedłem pierwszy, zobaczyłem, że nic nie ma (ścieżka się urywała), po czym stwierdziłem, że trzeba iść na dziko bokiem. Po przekonaniu paru osób poszliśmy w bok - i za jakieś 50 m udało nam sie nadepnąć na znak szlaku

. Krótki odpoczynek na Przełęczy, i atak. Nasi towarzysze odpadli niemal od razu (huraganowy wiatr, szlaku nie widać) - zostaliśmy tyklko ja i mój rodzic. Po jakiejś godzinie podążania w górę stwierdziliśmy, że szlak powinien iść na płd.-wsch. stronę grani, ale zezsliśmy za wcześnie. Widać jednak było, co nas czeka - półka zakopana, łańcuch pod lodem. Zawróciliśmy.
Po nieco szybszym zejściu (tak z 30 minut, nie musieliśmy wydeptywać drogi) postanowiliśmy zejść ze Świnickiej do Murowańca Tu też trochę emocji - na półce, którą idzie szlak, nie było śladu suchej ścieżki - trzeba się było wbijać w śnieg butami. Śniegu za mało na raki, które przezornie wzięliśmy, ale za ślisko na normalne buty. No, ale nie było aż tak żle - jakiś dobrodziej porobił dobre chwyty na ręce, chociaż jego śladów ani śladu

Żlebem też nie można było iść - lawinki. Postanowiliśmy jeszcze trochę pokombajnować i poszliśmy na dziko (wszystko i tak pod śniegiem, przyroda nie ucierpiała) do Długiego Stawu. Piknie tam był - dziewiczy teren. Potem, już bez dalszych przygód, zeszliśmy do Murowańca, i dalej przez Boczań do Kużnic.
Czwartek: Kasprowy (znowu kolejką - rozpuściliśmy się, nie ma co ) - Czerwone Wierchy - Hala Ornak - Kiry. Już na pierwszy rzut oka widać, że śniegu ubyło - na Kasprowym już leżało niewiele, i podobnie przez całe Goryczkowe. Na Wierchach też lepiej, ale tu już było trochę puchu - na Krzesanicy porobiły się zaspy, czasami trzeba było kombinować, gdzie iść. Po wejściu na Ciemniak postanowiliśmy trochę trasę wydłużyć, no i postanowiliśmy zejść przez Dolinę Tomanową - jak się odrobinkę obniżyliśmy, to śniegu drastycznie ubyło. Nieco już zmordowani, popodziwialiśmy trochę Taterki z Ornaku, i stoczyliśmy do Kir
Piątek - znowu w Wysokie. Kużnice - Boczań - Murowaniec - Zawrat - Piątka - Szpiglasowa - M.Oko - Palenica. Po rutynowym przejściu na Halę Gąsienicową (piękna pogoda, trochę gorąco) popatrzyliśmy na OP (śniegu ubyło rochę, ale mniej niż by się, sądząc z kamery internetowej, wydawało) ruszyliśmy na Czarny Staw. Pod Kościelcem maluteńkie łatki śniegu. Po wejściu na próg Zmarzłego Stawu zobaczyliśmy, że chyba jednak nie będzie tak łatwo - cały Zawratowy Żleb zawalony śniegiem, tak samo Nowy Zawrat. Widać, że o przejściu szlakiem letnim nawet lepiej nie marzyć. Po konsultacji z lekarzem lub farmaceutą postanowiliśmy iść żlebem - jak się okazało, nie my pierwsi na to wpadliśmy. Stopnie w śniegu wydeptane, wchodzi się łatwiej, niż nie po śniegu górą. Na przełęczy popatrzyliśmy, jak jacyś pionierzy próbowali się przebijać wzdłuż łańcucha. Jak siedzieliśmy na górze, doszło pięciu chłopa ze Świnicy - przetarli szlak. Odnotowując, że da się tam iść, stwierdziliśmy jednak, że lepiej będziemy kontynuować wcześniej ustaloną trasę (Szpiglasowa wyglądała niezbyt niebezpiecznie). Po kolejnym rutynowym kawałku (no, może poza zejściem z Zawratu, na którym ślisko jak trzy pierony) dotarliśmy pod Przełęcz. Niestety, śnieg "turystów" nie odstrasza - staliśmy 15 minut, zanim dostaliśmy się do drogi. Niestety, na Mięgusze i Rysy widoków brak - chmura.
Po zejściu ze Szpiglasa (chyba rekord, 1h20minut) sturlaliśmy się powolutku do Palenicy.
Sobota - Kasprowy - Świnica - Zawrat - Piątka - Dol. Roztoki - Palenica
W piątek udało nam się dojrzeć, że na Świnicę zdążyły już wleżć niezłe tłumy, więc postanowiliśmy spróbować jezcze raz. Coby się na nas góra nie obraziła postsnowiliśmy tym razem wejść na Kasprowy - poza tym, mimo 7.00 kolejka do kolejki zawaliła już całe schody, także nie mieliśmy wyboru. Na górze śniegu już dużo mniej, szlak praktycznie czysty. Po przejściu na Przełęcz Świnicką i krótkim odpoczynku rozpoczęliśmy "atak" . Tym razem śnieg nie zasypywał całego szlaku - mniej więcej było wiadomo, gdzie iść, ale w takich warunkach na Orlą bym się nie wybrał. Po przejściu na południowo wschodnią stronę grani rzut okja na półkę - nie powinno być problemu. I nie było - coprawda cała zasypana, ale śnieg bardzo zbity i mało śliski, a łańcuch odkopany. Po wyminięciu jednej bojażliwej pacjentki trasa nabrała nieco tempa. Po łańcuszkach szło się trochę trudniej niż zwykle (ślisko), ale i tak łatwiej niż przez Buczynowe w idealnych warunkach. Krótki odpoczynek i zejście do Zawratu - w niektórych momentach troszkę wzrastały trudności, ale nic ponad przeciętną. I tak najtrudniejsze do zejścia były te kominki na końcu, mimo że na nich nie było śniegu wcale. Po kolejnym odpoczynku postanowiliśmy spróbować schodzić do Murowańca - niestety, w żlebie śnieg zaczął robić sie niepewny, a letni szlak, choć wydeptany, okazał się zupełnie niemożliwy do przejścia - za dwoma panienkami wciągniętymi na siłę chyba przez mężów zrobił się kilkudziesięcioosobowy korek, i musielibyśmy chyba czekać z godzinę. Jakiś miły facet mówił, że był już na Rysach i że tam też szlak prowadzi letnim wariantem, wzdłuż łańcuchów. Postanowiliśmy więc powtórzyć wariant przez Piątkę, choć tym razem do MOka nie chciało nam się przechodzić. Gdy byliśmy już prawie w Palenicy, zaczęło padać.
Niedziela - Kiry - Hala Ornak - Iwaniacka Prełęcz - Ornak - Siwa Prełęzc - Starorobociański - Kończysty - Jarząbczy - Wołowiec - Chochołowska Polana - Siwa Polana.
Kategoria ciężkawa, na szczęście pod koniec udało nam się trochę odciążyć dzięki wypożyczeniu rowerków (godziny trakie, żę dostaliśmy całkiem sensowny sprzęt). Wejście na Iwaniacką piękne, tak samo Ornak, Starorobociański, i wszystko inne. Kondycja o dziwo dopisywała, także zdążyliśmy przejść wszystko. Śniegu już całkiem malutko, chociaż trudnawe miejsca były jak na szlak w Zachodnich. Dokuczał nam nieco brak wody, ale roztopiliśmy sobie trochę puchu.. Natomiast nastroje nam siadły, kiedy przy podejściu na Wołowiec uświadomiliśmy sobie, że zgubiliśmy cyfrówkę!! Jeśli ktoś jakimś cudem znalazł gdzieś między Jarząbczym a Wołowcem cyfrówkę Sony Cybershot,bardzo proszę o jakiś znak. Po zejściu w umiarkowanie dobrych nastrojach do Polany Chochołowskiej przez dolinę Zadnią Chochołowską, pożyczyliśmy rowerki i za 20 minut dotarliśmy do Siwej.
Poniedziałek, czyli "Poszukiwacze zaginionej cyfrówki"
Choć się pogodziliśmy ze stratą, stwierdziliśmy, że nie zaszkodzi nam poszukać aparaciku ( w niedzielę było za póżno, żeby się cofać). Tak więc po wyruszeniu o 8 z Siwej Polany, o 9 byliśmy już (dzięki rowerkom) na Chochołowskiej, a o 11 na Wołowcu. Niestety, znależć nam się nic nie udało (aparacik zostawiliśmy najprawdopodobniej między Łopatą a Wołowcem, nieco niżej od szlaku (po płn. stronie zbocza). Na Jarząbczym biegała kozica. Po dojściu do Kończystego nasze stawy przypomniały nam że od 6ściu dni nie odpoczywaliśmy, tak więc poszliśmy na dół przez Trzydniowiański i Krowi Żleb. I w ten sposób dowiedzieliśmy, się, że ten szlak nie na darmo jest nazywany "najbrzydszym w polskich Tatrach". Te półmetrowe schodki dały naszym kolanom nieżle popalić, i w dodatku gdzieś w 1/3 zejścia zaczęło lać, także było niezbyt przyjemnie. O 17 byliśmy w Zakopcu, o 20 wsiedliśmy w autobus do Kielc
Przpraszam za chaotyczność, ale jeszcze nie zdążyłem odespać
