Piątek wieczór, dochodzi 19-ta otrzymuje potwierdzenie, że mam wolne w ten weekend, więc szybko ostatni raz sprawdzam pogodę i rozpoczynamy pakowanie na pierwszy dla mnie w tym roku wyjazd górski. W powietrzu wisi nutka podniecenia, bo Świnicę planowaliśmy już w poprzednim sezonie, ale jakoś tak nie układało się. Mając nadzieję, że wszystko mamy kładziemy się na krótki sen. Poranek w Zakopanym wita nas leciutkim przymrozkiem. Dokonując we wtorek ryzykownego zakupu, nie musimy się męczyć z podejściem z samego dołu wykorzystując kolejkę na szczyt Kasprowego. Po uzbrojeniu się w kijki, raki, aparaty i kamery wypadałoby się posmarować kremem. Patrzymy po sobie proszącym spojrzeniem, że to właśnie ta druga połówka wzięła ten zbawienny kosmetyk. Na nic zdały się czary i inne mary i próby teleportacji na dół. A jednak! Gdzieś na dnie plecaka odnajdujemy resztkę kremu "20". Ruszamy granią na wschód. Jako, że mamy sporo czasu, co rusz się zatrzymujemy, by podziwiać widoki dookoła i uwiecznić je na stałe. Ładnie z trasy prezentują się naokoło szczyty przykryte starą warstwą śniegu, spore nawisy, które zapraszają aby na nie wejść. Żwawym krokiem, równym tempem dochodzimy do Świnickiej Przełęczy i dalej po krótkiej chwili odpoczynku zaczynamy właściwe zdobywanie dziewiczego szczytu dla Barbórki. Dzięki dużemu nastromieniu szybko zdobywamy wysokość i swój szczyt. Jest nas tam ok. 10 osób. Basia jest wniebowzięta, głowa jej się kręci dookoła szyi, chłonie rozległe widoki same ochy i achy. Świeci słońce, wiatr nie wieje czego chcieć więcej. Siedzimy na szczycie prawie, albo nawet ponad godzinę - no ale jednak trzeba zejść co czynimy. Trawersując Pośrednią Turnię postanawiam zdobyć jeszcze jeden szczyt. Prosto na krechę wchodzę na sam czubek Turni. I po dłuższej chwili dołączam do Basi na "liliowej" przełęczy. Następnie schodzimy na Halę Gąsienicową gdzie na tle gąsienicowej pary robię szalone zdjęcie. Podczas schodzenia Boczaniem czujemy, że z naszymi facjatami nie jest dobrze. Krem "20" okazał się zbyt słaby co skutkowało tym, że musiałem dziś zbudzić moją cudowną żonę o 4 rano, aby nałożyła mi make-up, cobym mógł stanąć oko w oko z ambasadorami.





























Nasz weekendowy system wyjazdowy przewiduje, że pierwszego dnia robimy coś porządnego natomiast drugi dzień jest lajtowy. Tak też było i tym razem. W niedzielę rano jedziemy na Przełęcz Snożka i ruszamy na Lubań. Już na samym początku rzuca nam się w oczy jakby kamieniołom czy cosik w tym stylu i aż się prosi by poprowadzić tam ferratę (taki ewenement - ferrata w Gorcach). Zazwyczaj nie lubimy chodzić lasem ale po tym co nam się przytrafiło dzień wcześniej wolimy nie wystawiać się na słońce. Ogólnie podobała nam się trasa, która poprowadzono szlak. Po niecałych dwóch godzinach stoimy już na nowo wybudowanej wieży widokowej. Niestety przejrzystość powietrza już nie ta sama co wczoraj no i to co nas najbardziej interesowało zobaczyć jest pod słońce. Wobec tego zdjęcia nie wyszły jak byśmy chcieli. Po półgodzinnym popasie postanawiamy schodzić tą samą trasą, gdyż długa droga przed nami. Był to piękny górski weekend - proszę o więcej.











