Ostatnie alpejskie wakacje prawie bezszczytowe, ale bardzo górskie i wielokilometrowe, gubiłam się tym razem na amen, cofałam spod szczytów, no i zaliczyłam dwie nieplanowane nocki w plenerze, przy dobrej i gorszej pogodzie - napiszę pewnie i to oględnie tylko o jednej, bo choć, patrząc wstecz, nie zamieniłabym tych przygód na łóżko w schronisku, to jednak trochę wstyd. Główny wyjazd to mniej znane Alpy Nadmorskie, a na przystawkę miałam Berchtesgadeńskie. I od nich zacznę.
Zauroczyło mnie kiedyś zdjęcie Kamiennego Morza zamieszczone przez Kyjo, pewnie wystarczyłaby mi i sama nazwa, żebym zapragnęła się tam znaleźć. Nie przeszłam go jednak tak, jak chciałam, czyli wzdłuż najdłuższego wymiaru, w zamian zaliczyłam zróżnicowaną triadę: 1. grań Watzmanna, 2. niżej - płaskowyż Kamiennego Morza i 3. jeszcze niżej - Królewskie jezioro, które szczęśliwie na koniec zobaczyłam, trochę na pocieszenie, bo plany były inne – chciałam przejść jeszcze dalej, z Riemannhaus przez Hochseiler do Matrashaus, ale zabrakło mi dnia.
Steinernes Meer / Kamienne Morze to ten płaskowyż na drugim planie, przejdę połowę terenu widocznego poniżej, idąc od prawej strony, a zdjęcie robię z ostatniego, południowego wierzchołka masywu Watzmanna.

Trasa: Watzmannhaus - Wimbachgrieshütte - Ingolstädter Haus - Riemannhaus – Kärlingerhaus - St. Bartholoma (dojazd: Warszawa-Wiedeń-Salzburg-Berchstengaden-Ramsau: autobusy, pociągi i statek).
Grań Watzmanna. Między schroniskami Watzmannhaus i Wimbachgrieshütte jest 10-godzinna trasa, a na niej grań z 3 szczytami i 1400 m ostrego zejścia na finał. Wyszłam przed piątą, nie ja jedna, jak widać na zdjęciu, ludzi było sporo i trudno się dziwić - trasa jest wyrazista, efektowna, a także w przyjemnym stopniu nieco trudna.

Podeszłam łatwą i długą 3-godzinną trasą pod pierwszy szczyt -
Hocheck, który jest jednocześnie początkiem grani,

a tam jakaś Niemka pyta mnie, gdzie idę, i zaczyna krzyczeć, trochę histerycznie: nie idź tam, tam jest strasznie! tu masz szczyt – machnęła ręką za siebie, porób sobie panoramy i schodź na dół!... Chyba córka próbowała ją uciszyć. Ciekawe dlaczego akurat do mnie krzyczała, bo nie zagadnęłam nawet do niej – wokół było ze 20 osób. Robienie panoramek zamiast grani – ładnie mnie oceniła, ale przypomniałam sobie, że pomyliłam dworce przy wyjeździe (nie pierwszy raz zresztą, ale tym razem skutecznie - straciłam bilet), i się zastanowiłam: może jakiś pech czyha?
Grani jeszcze nie widziałam, zaczynała się parę metrów dalej, wstałam, żeby odszukać wejście, zobaczyłam ją, pięknie się piętrzyła na tle nieba, no i wiadomo, z każdym oddechem więcej powietrza, więcej życia, takie miejsca są magnetyczne, a chwile wstępowania na grań – wspaniałe, nie mam zdjęcia, które by to oddało.
Godzinę od pierwszego szczytu jest drugi –
Mittelspitze. Na zdjęciu niżej można nieco prześledzić fragment trasy: poręcz, znak, ludzie, trzy płyty, w okolicach trzeciej, tej najjaśniejszej, trasa przechodzi na tę zacienioną stronę i dość szybko doprowadza na szczyt.

Trzeci szczyt - wciąż daleki
Sudspitze – kończy grań:

Jeśli ostatnie zdjęcie stwarza wrażenie, że trasa jest trudna, to spieszę zaznaczyć, że dla mnie nie była. Trzeba mieć oczywiście jakieś obycie w tego rodzaju górach, być za pan brat z łańcuchami czy linami, no i trzeba wstać rano, trasa jest długa - 10 godzin między najbliższymi schroniskami - i nie można z niej zejść wcześniej. Przejście jest ubezpieczone, skala trudności to B.
Spieszyłam się, ledwie co patrzyłam wokół, ale jakieś zdjęcia Königssee w biegu zrobiłam: jezioro ciągnie się równolegle do grani ponad 2 km niżej i ma prawie 8 km długości, napiszę jeszcze o nim dwa słowa na koniec.
Te białe punkciki to bezszelestne stateczki kursujące między przystaniamiGorzej mi się schodziło - od poprzedniego południa jeszcze nierozchodzona drałowałam z worem do góry w sumie prawie 2400 m i właśnie czeka mnie 1400 m ostro w dół. Schodziłam wolno, asekurancko, ale i tak poleciałam na stromej ścieżce głową (akurat bez kasku) w dół, szczęśliwie plecak przeleciał nade mną i odgrodził mi łeb od kamienia. Ani tu, ani w Alpach Nadmorskich lepiej nie mieć wypadków (a już szczególne poza sezonem), bo komórka w naprawdę wielu miejscach (także w schroniskach) jest głucha jak pień.
Prawie całe 1400-metrowe zejście zawarte jest w tym imponującym, stromym zboczu, na dolinę przypada niewielki spadek wysokości. Wchodzenie na szczyt od tej strony jest pewnie mniej popularne, ale mnie wydaje się wspaniałe i warte wysiłku.

Od następnego dnia będę brodzić po Kamiennym Morzu - idę między schroniskami: Wimbachgrieshütte - Ingolstädter Haus - Riemannhaus – Kärlingerhaus, zatrzymując się w każdym na nocleg. Odległości są krótkie, najdłuższa trasa ma trochę ponad 5 godzin. Przejścia są bezproblemowe, ale czytałam o jakiś trudnych historiach, które się tu zdarzyły, związanych z pogodą i pobłądzeniem, trzeba uważać, a tu szczególnie z powodu braku zasięgu.
Z Wiembachgrieshutte do Ingolstädter szłam ładnie: przez dolinę, las, przez zielone i kamieniste kociołki, ale w końcu pejzaż się otworzył szeroko i zobaczyłam to, po co przyjechałam - Stainerness Meer. Ktoś może wzruszyć ramionami na takie jak niżej pejzaże, inny się zachwyci, zobaczy tu lekko falujące, pastelowe morze, kamienne, czasem przeplatane zielenią, z pięknymi strukturami krasowymi, ciągnące się po horyzont, przejawiające się mniej lub bardziej efektownie w zależności od światła czy pory dnia - w Ingolstädter ludzie rozsiedli się wieczorem przed schroniskiem jak w kinie i gapili przed siebie, ale gdy następnego dnia szłam w przedpołudnie do Riemannhaus, słońce spłaszczyło i ujednoliciło formy.




Watzmann nie odpuszcza, wystawia czubek, gdzie tylko może.


Dodam jeszcze zbliżenie, bo dobrze tu widać ścianę zejściową z Watzmanna (ta zacieniona). Ale czy czasem nie przesadnie ostro wygląda ta stromizna na zdjęciu? W rzeczywistości „aż taka” raczej nie jest.

Trudniejszy, całkiem nieoczekiwanie, okazał się jeden z okolicznych szczytów, na który chciałam wejść.

Wzięłam tę tęczę za dobry znak planowanego na następny dzień wejścia na ten złocisty
Schönfeldspitze, ale się nie udało. Pogonił mnie jakiś górołaz. Już drugi raz podczas tego wyjazdu moja skromna osoba wzbudziła w kimś tego rodzaju emocje, a przecież: ekwipunek mam w normie, idę w kasku, wspinam się powoli do góry, ale bez paniki w oczach, nie zastanawiam się nad każdym ruchem godzinami, owszem, boję się, nie mam tu ułatwień w postaci lin, trzeba się czasem przyklejać do skał, najlepiej wciągając jeszcze brzuch, obawiam się zejścia, ale czuję, że mam jeszcze jakiś niewielki zapas, jeśli chodzi o możliwości.
On zaczął rozmowę i jak na człowieka Zachodu to nieco ponadwymiarowo zaangażował się, aby namówić mnie na odwrót. Posłuchałam, trochę się broniłam „moim” Watzmannem, ale nie ustępował, a Watzmann nie zrobił na nim wrażenia. Podziękowałam i zaczęłam jednak iść do góry. Weszłam kilkanaście metrów... kurcze, człowiek radził mi coś, wyglądał na znawcę, miał argumenty, może trochę wdzięczności mu się należy za to, że zechciał się zainteresować moim bezpieczeństwem, nagle wykonałam zwrot i zaczęłam schodzić.
No i siedziało mi to potem najbardziej gorzką górską gulą w żołądku do końca pobytu. Ha, nie wiedziałam jeszcze wtedy, że w tym roku przyjdzie mi jeszcze raz zawrócić spod szczytu, znacznie atrakcyjniejszego. W drodze powrotnej posiedziałam, pogapiłam na góry i chmury, i tyle.

Wróciłam do Riemannhaus (na zdjęciu niżej), w schronisku sporo gości, personel, liczny, krząta się nieustannie, jak tylko ktoś skończy coś robić, to już zaczyna następne pucowanie, a to klamek, a to szyb, już i tak najczystszych, dystrybucja jedzenia jest niezwykle sprawna, widzę kierownika mającego oko na wszystko i personel jeszcze bardziej mający oko na kierownika. Porcje są ogromne, obliczone na rosłych Niemców, ja od razu proszę o wersję mini, żeby się jedzenie nie marnowało. Inne, i ciekawe kulinarnie, będą schroniska francuskie, które po raz pierwszy poznam wkrótce.

To jest góra, która mi pokazała poprzedniego dnia figę, jest bardzo charakterystycznym punktem krajobrazu, widocznym z daleka, nazywają ją (chyba przesadnie) ichniejszym Materhornem, ale mnie przypomina coś całkiem innego. Idę właśnie do Kärlingerhaus trasą corocznych górskich pielgrzymek o kilkuwiekowej tradycji, widziałam na zdjęciach, jak kolorowy ludzki wąż z 2500 osób wije się pięknie wśród skał.

Ostatniego dnia w strugach deszczu zeszłam ze schroniska Kärlingerhaus do przystani St. Bartholoma. Trasa na pewnym odcinku przypominała postawioną pionowo Dolinę Kościeliską, ale tak lało, tak mało było widać, że nie biorę za to porównanie odpowiedzialności.
Na koniec zejście do jeziora
Königssee. Wszędzie sterylnie czysto. Cisza. Tylko jakieś nieczyste siły który to już raz kazały mi kontynuować trasę nie tam, gdzie trzeba, ale szybko się nawróciłam. Jezioro jest piękne, czyste, niezapaskudzone turystycznym badziewiem, w połączeniu z górami ponoć przypomina fiord, czego ze względu na mgłę nie mogłam zobaczyć w pełni. Na całym 8-kilometrowym jeziorze są tylko 4 przystanki. Jednym z nich jest półwysep z kościołem św. Bartłomieja – cel pielgrzymek, o których pisałam wyżej. Można się tu dostać wyłącznie statkiem albo na piechotę, co na szczęście wymaga trochę wysiłku. Wygląda na to, że Niemcy przypilnowali, żeby zachować urodę tego miejsca, a miasteczko Schönau dotyka tego cudu na samym bardzo wąskim końcu. Na przystani wsiadłam na stateczek i odpłynęłam do domu.

A teraz zmiana kolorów - poniżej będzie ochra, siena, umbra, ugier... w dużych ilościach.
Tanie loty do Nicei miały z pewnością wpływ na wybór kolejnego miejsca wakacji i miesiąc po powrocie z Alp Berchtesgadeńskich znalazłam się w Alpach Nadmorskich. Najwyższy szczyt, Argentera, metrów ma niewiele – 3297, ale towarzyszy mu jeszcze 15 innych 3-tysięczników, a kolejne 20 szczytów ma powyżej 2700. Zaczęłam od południowej, francuskiej części:
Parc National du Mercantour, skąd przeszłam do części włoskiej:
Parco Naturale delle Alpi Marittime. Tak, to są chronione parki i aczkolwiek można zobaczyć samochody schroniskowe, tamę nad jeziorem, drogę do elektrowni wodnej, to jakoś nie cierpiałam bardzo na ich widok, a innego turystycznego bałaganu, kolejek, wyciągów itp. tam, gdzie byłam - nie ma.
1. O Nicei napiszę jedno: ciepła noc na południu Europy to jedna z najbardziej zmysłowych rzeczy na świecie, ciężko było wrócić do pokoju w hostelu, ludzie żyjący w tym klimacie to wybrańcy losu. Rano pociąg do St. Dalmes Tede, potem energiczna zdobywczyni Everestu podwozi mnie na początek trasy - i zostało mi już tylko 3 godziny spaceru pod górę do pierwszego schroniska – Merveilles.
Pod względem wizualnym Alpy Nadmorskie po stronie francuskiej (czyli Mercantour) - w części, którą widziałam - mają jakieś odrębne walory plastyczne, swoistą przyjemną kolorystykę, podbijaną jeszcze przez kontrast z taflami jezior. Wydaje się, że niepotrzebne im są jakieś wybujałe warunki świetlne do zdjęć, są dość fotogeniczne, a niektóre zdjęcia trochę przypominają namalowany obraz.
Marveilles to nie jest dopieszczone schronisko niemieckie z pucowanymi klamkami – nie ten styl. Poza tym: młoda, bystra obsługa, kontrolowany luz, grzeczność. Śpię w bardzo wieloosobowej sali, zliczam w pamięci łóżka – ze 45.
Kolacja: Francuzi integrują się podczas jedzenia i miło jest na to patrzeć. Wjeżdża na stół waza, od razu stery chochlą przejmuje jedna osoba, nalewa wszystkim w okolicy, zupa pyszna, wszyscy szorują łyżkami do ostatniej kropelki - aż mnie ta zapamiętałość zastanowiła, sama na szczęście też zjadłam do dna - bo okazało się, że drugie ląduje, po rozłożeniu ręką stołowego kierownika, na tym samym talerzu, i tak oto mamy kilkadziesiąt talerzy mniej do mycia. Ryż zaczarowany jakąś omastą, do niego mięso minimalnie tknięte słodkim smakiem owoców, umiar! w dopieprzaniu się do składników. Pycha. Dużo. Wszystko dawali z lekką górką.
Może zdjęcie schroniska dla rozdzielenia tekstu (jest przy sąsiednim, położonym nieco niżej jeziorze):

Potem był SER, ser prawdziwy, wspaniały, smakołyk, spora pajda, będę taki kupować do końca pobytu, gdzie się tylko da. Tarta na deser – była tylko poprawna. Stół żyje, ludzie jedzą, piją, rozmawiają, chłopak ze schroniska dba o atmosferę, przechodzi wśród stołów i częstuje ze słoja kostkami cukru zatopionymi w nalewce ziołowej o zabójczej mocy.
Mapy w Polsce nie kupiłam, bo nie było, pojechałam ze zdjęciami jakiś mapek na tablecie. W Nicei dokupiłam nr 113 Alpi Marittime dla części włoskiej (mapa okazała się nie najlepsza), a dla części francuskiej, gdzie miałam być krótko, jako wystarczające uznałam mapki na zdjęciach w tablecie - jak się okazało zbyt ogólne, czasem za mało czytelne, a nawet wprowadzające w błąd.
Starczyłyby, gdybym nie zabłądziła:
2. W Dolinie Merveilles jest „najbogatszy zbiór rytów naskalnych w Europie (ponad 30 000 sztychów z epoki brązu)”. Zerknęłam na jakiś przykład blisko trasy i poszłam dalej. Mój dzisiejszy cel, schronisko Nice, jest niedaleko. Mijam pierwsze małe jeziorko:

zaraz za nim jest następne, to poniżej, a za tym znowu kolejne dwa i schronisko. To popularny szlak, trudno się dziwić, wygląda efektownie. Ja zmierzam w innym kierunku, do schroniska, które jest na lewo, powiem od razu: nie dotrę tam, to znaczy dotrę, ale inną trasą i innego dnia.

Próbuję i tak i siak opisać to błądzenie, ale się nie da bez pogrążających mnie szczegółów logicznie tego opowiedzieć, więc będzie wybiórczo. Zaczęło się od tego, że poszłam złą ścieżką, potem widoczność drastycznie spadła i to mnie załatwiło, czyli skołowało. Przyznam, że opanowała mnie niezrozumiała wobec okoliczności pewność siebie, że zaraz, już za chwilę wybrnę z tego, ale ani tu, ani tam, ani nigdzie indziej schroniska wciąż nie było... aż w końcu zrobiło się późno i wtuliłam się w skały w jakimś osłoniętym od deszczyku miejscu.
Na plus (jedyny) sobie zaliczę, że byłam nie do zdarcia, zero zmęczenia, zero strachu, a kondycja taka, że mnie to aż zastanowiło: wystarczy, że się zgubię, a pod górę wchodzę dwa razy szybciej? Małym usprawiedliwieniem zaś niech będzie nieodgadniona logika oznaczenia trasy: zejście z przełęczy powyżej prowadzi do dwóch schronisk, ale na drogowskazie jest tylko jedno z nich. Jest to dla mnie okoliczność łagodząca, ale jej wartość w całości wydarzenia oceniam bardzo nisko.
Tu już idę nie tam gdzie trzeba, ale jeszcze o tym nie wiem, myślę raczej sobie, że trasa jest krótka, powinnam wkrótce dotrzeć do celu, no ale jakiś Holender tłumaczył mi wcześniej, że napotkam tu trudności nawigacyjne, słabo oznaczoną ścieżkę biorę za te trudności.

A tu lepiej widać, co już niedługo najdzie na mnie z góry, zmoczy i otumani:

Dodam, że teren jest łatwy, trasa miała być bardzo krótka - ale to wersja dla normalnych turystów. Rano lampa. Gdzie się odnalazłam następnego dnia, gdy już było wszystko widać, to jedno, a gdzie myślałam, że jestem, to drugie, gdzie zaś w końcu doszłam, to trzecie – w sumie miejscami jest się z czego pośmiać.
Na koniec zdjęcie z trasy w ulubionych klimatach, gdy okoliczności przyrody tworzą lekko nieokreślone, dzikie obrazy abstrakcyjne:

I jeszcze ważna sprawa: znaczna część doliny podlega szczególnej ochronie ze względu na te rysunki naskalne, warto przed wyjazdem zapoznać się z zasadami przechodzenia przez ten teren.
3. Przejdę teraz do kolejnej doliny, bardzo pięknej, prowadzi do najstarszego obiektu wysokogórskiego w Mercantour -
schroniska Nice (2232 m). Mimo zapowiadanej gorszej pogody schronisko było pełne (pewnie też z powodu soboty), nie ma co liczyć, że się upiecze i jakoś to będzie, trzeba rezerwować, a zważywszy, że zasięgu nie ma, trzeba to zrobić znacznie wcześniej. Dla nich zwalanie się bez rezerwacji jest niezrozumiałe, i słusznie.
Gdy 5 godzin temu zaczęłam schodzić z przełęczy - gdzieś tam na grani po lewej stronie - przez całą drogę na dół miałam piękną pogodę i słońce. Teraz szczyty pokrył śnieg, zaczyna padać grad, potem deszcz, słyszę grzmoty, całe zło naciera w moją stronę, ale schronisko już niedaleko, no i wciąż jest pięknie, gdy pogoda co i rusz odmienia kolor gór, z kulminacją poniżej.

Oto i ono: pięknie usadowiło się nad jeziorem Fous, które podobnie jak jedno z jezior w Mervilees ma tamę (wyszła poza kadr na dole zdjęcia). Jakby się ktoś niepokoił tym uprzemysłowieniem, to dodam, że żadnej drogi asfaltowej, szutrowej czy jakiejkolwiek innej tu nie widziałam.

4. Rano wdrapuję się na przełęcz Colomb (2548 m) – następne schronisko Soria Ellena jest na prawo, ale szyki popsuł mi niewielki błąd na mapce – poszłam więc na lewo, do Madone de Fenestre. Cały teren poniżej przejdę z lewa na prawo następnego dnia:

Powiem krótko:
Madone de Fenestre jest za blisko parkingów i samochodów, ale przyjmijmy, że znalazłam się tam przypadkiem. Cieszy za to oczy i duszę świetlistość, którą czasem w tych górach widziałam, w kilku procentach uchwycona na zdjęciu niżej, można się było w niej kąpać – taka chyba tylko na południu. Po prawej obora z krowami wypasionymi na tych alpejskich trawkach, za nią punkt sprzedaży wspaniałych serów, trudno zapomnieć ich delikatny, a jednocześnie bardzo bogaty smak.

5. Następnego dnia nadrabiam straty i robię trochę dłuższą trasę - przez dwie przełęcze, z finałem w schronisku
Genova-Figari, czyli tuż pod Monte Argentera, najwyższym szczytem Alp Nadmorskich, o którym nieśmiało marzę.
Rano melduję się na pierwszej przełęczy - Colle di Finestra (2471), ważnej na tym terenie w dawnych czasach. Tuż przed nią dwa małe bunkry – trochę ukryte na kamiennym zboczu poniżej, ale nie będę ich przybliżać, wolę pokazać ten nieco surowy w tych okolicach, poranny, zaniebieszczony pejzaż, który wyłaniał mi się z mroku i nabierał kolorów podczas klimatycznego, porannego spaceru, który rozpoczęłam tuż po 3 rano. Dodam, że poprzedniego dnia przechodziłam z sąsiedniej doliny przez przełęcz pewnie gdzieś w okolicach tego dalszego szczytu.

Budynek poniżej jest już po włoskiej stronie. Całość wygląda trochę jak ilustracja z książki, brakuje tylko wychudzonych ludzików i dziwacznych stworów. Są za to kozice, które przychodzą tu licznie, aby, jak przeczytałam, zlizywać ze ścian jakiś kozi smakołyk.

A to cała trasa z powyższej przełęczy, już po włoskiej stronie: na końcowym odgałęzieniu ścieżki można dostrzec schronisko Soria-Ellena, po lewej najwyższy szczyt francuskiej części Nadmorskich - Cime du Gelas (3143). Wydaje się, że włoska część nie ma już tych specyficznych walorów plastycznych, jakie miał francuski Mercantour. Ale nie wiedzieć czemu, to właśnie tu na dnie doliny złapałam słynne chwile górskiej euforii, gdy poczułam, że jestem właśnie w tym jedynym, najlepszym dla siebie miejscu.

Na zdjęciu wyżej jestem już blisko następnej przełęczy – Fenestrelle. Po jej drugiej stronie zaraz zobaczę Monte Argentera (3297). Wejdę? Nie wejdę? Na mapie, niby już tej porządnej, trasę mam zaznaczoną z grubsza do połowy, czyli biwaku na 2568 - brakuje mi 730 metrów.
6. W schronisku Genova-Figari zasięgnęłam języka: od biwaku mam iść prosto do góry! Wyposażona w ten krótki i wyrazisty opis zrywam się przed świtem - niepotrzebnie, bo i tak w ciemnościach tracę mnóstwo czasu na znalezienie oznaczeń w trawie. Będę szła 1282 m do góry, ale bez ekscesów, to tylko PD-. Wszyscy, których spotkałam w okolicach szczytu, szli z drugiej strony, skąd podejście od schroniska jest znacznie krótsze.
Trasa zaczyna się przy schronisku, które (niewidoczne poniżej) jest po lewej stronie jeziora, potem prowadzi trawersem przez to zacienione strome zbocze nad jeziorem i potem prosto do góry w kierunku
Argentera (wierzchołek na środku zdjęcia). Ścieżka jest miejscami słabo oznaczona, szczególnie tam, gdzie porasta trawa - jakieś niewielkie mazki na kamieniach, często białe, często ukryte w trawie, trzeba było ich szukać, co zwalniało tempo. Okazało się, że nad biwakiem też jest oznakowanie, może nie idealne, ale całkiem pomocne. Do przełęczy na grani było dość łatwo, trawers, o którym wyżej, wymaga wzmożonej uwagi, ale trudny nie jest, kilka łańcuchów, już nad biwakiem, chyba zatrzymało jedynych ludzi, których widziałam z tyłu, ale może zawrócili z innego powodu, bo przejście nie było trudne.

Najwspanialszy jest końcowy odcinek od przełęczy Detriti – to było coś ciekawego! wejście niepodobne do innych, długi trawers wąską półeczką wyglądał bardzo atrakcyjnie, ruszyłam szybko w kierunku szczytu - szybko, bo według planowanego czasu powrotu, który sobie solennie przyrzekłam, powinnam właśnie zacząć schodzenie.
Półeczka na początku jest raczej wąska, dodatkowo trzeba było obejść jedno czy dwa wybrzuszenia, które tworzy ściana, ale wisi tam lina, która załatwia problem. Ogólnie, jak dla mnie, trudności na tym odcinku są niewielkie, a i ekspozycja mnie jakoś kompletnie nie stresowała. Trzeba się tylko pilnować, żeby nie potknąć się i nie polecieć na dół. Liny (kiepskie): trochę na tej półeczce i potem już tylko na sam koniec.

Tu zbliżenie, aby poczuć skalę: trzej podkolorowani przeze mnie panowie przechodzą przez trójkątną plamę słońca i kierują się w naszą stronę tą półeczką trawersującą zacienioną część zbocza – na zdjęciu ta ścieżynka wygląda trochę hardcorowo, ale w rzeczywistości ma przyjaźniejsze oblicze.

Za to w górnej części przejście jest już szersze, trzeba się było tam miejscami trochę powspinać. Bałam się nieco o zejście, ale okazało się nieoczekiwanie prostsze niż wejście.

Sprawdziłam na jakimś filmie, że w chwili, gdy zawróciłam, brakowało mi do szczytu 8 minut. Upisałam się, co i jak, i dlaczego, ale wywaliłam. Jaka różnica - nie weszłam i już. Ograniczę się do najważniejszego: nie poradziłam sobie w jednym miejscu, gdzie jak na moje możliwości sznurek wisiał zbyt pionowo – weszłabym po nim bez problemu, gdyby był przyszpilony także na swoim dolnym końcu, ale on sobie dyndał, a tak siłowo, na samych rękach, to ja się po sznurkach nie wciągam, buty mi zjeżdżały.
Pewnie bym coś wykombinowała, jakbym tam trochę postała, podumała, spróbowała to przejść inaczej, w końcu to był jakiś komin i póki co tego rodzaju ubezpieczone przejście nigdy mnie z trasy jeszcze nie zawróciło, ale bardzo przekroczyłam już planowany czas powrotu i postanowiłam wrócić. Dlaczego tak pilnowałam czasu powrotu, to kolejna sprawa, ale najważniejsze w temacie już opisałam wyżej.
Weszłam do miejsca zaznaczonego czerwoną kropką (tuż przy grani po prawej stronie), pierwszy wierzchołek na lewo od kropki to Argentera.

Na dwóch zdjęciach poniżej fajnie zaznaczona jest cała trasa:
https://www.gambeinspalla.org/images/al ... parete.JPGhttps://www.gambeinspalla.org/images/al ... etriti.JPGWydawało mi się, że wyjątkowo szybko schodzę na dół, ale i tak z krótkimi przerwami trwało to 5-6 h.
Na koniec widok z góry na okolice schroniska: jezioro to sztuczny zbiornik przy hydroelektrowni wodnej („arcydziele włoskich inżynierów”); w linii prostej nad jeziorem przełęcz, z której wczoraj schodziłam, na końcu drogi po prawej stronie trochę widać żółte schronisko.

7. Następnego dnia idę przez przełęcz Porco (2580) i miniuzdrowisko Terme di Valdieri do wielce oryginalnego, jeśli chodzi o wygląd,
schroniska Valasco. Będzie tylko jedno zdjęcie z trasy: w takim dziwnym, nieosłoniętym miejscu usadowiło się schronisko Morelli-Buzzi, wstąpiłam tu na zupę i popędziłam dalej, 1000 m w dół. W dolinie robię zwrot w lewo i znowu zagłębiam się w góry. Drogą na prawo mistrzowie łojanci dojadą do Andonno, gdzie mogą się zmierzyć ze wspinaczką za 9b na drodze Lapsus.

Przecierałam oczy, jak zobaczyłam z daleka schronisko Valasco, wyglądało jak przywidzenie, a przez te pasy nawet jak gargamel, ale z bliska (i z góry) jest lepiej, a na pewno ciekawiej – jego historia sięga drugiej połowy XIX wieku i króla, który lubił polowania. Budynek ma wewnętrzny dziedziniec z rzędem drzwi i okien do pokoi naokoło, ale żaden apartament mi się nie trafił, pokój, w którym spałam, przypominał za to koszary.
Jakieś tępe to zdjęcie wyszło, w rzeczywistości dno doliny jest pięknie wodniste, za chwilę dojdę do jakiegoś osobnika zażywającego w potoku kąpieli na golasa.
8. Ostatni dzień pobytu: waham się, czy przejść do sąsiedniej doliny (taki miałam plan) - 1200 do góry i 1000 na dół, czy zobaczyć jeziorka polodowcowe, czyli pospacerować w górach na luzie. Oczywiście żałuję dzisiaj, że wybrałam to drugie - w górach zawsze lepiej się z czymś zmagać niż odpuszczać.
Rano weszłam na rozległy górski taras 600 m nad schroniskiem, gdzie są dwa pierwsze jeziora, trzecie jest po prawej stronie, nieco niżej.
Przy pierwszym jeziorze, w dawnych koszarach wojskowych, jest niewielkie schronisko Emilio Questa (2388) z widokiem na całą dolinę. Przy nim stał motocykl – niżej są mulatiery i wojskowe drogi, w niezłym stanie, choć miejscami przysypane osuwającymi się kamieniami, szczególnie ciekawie wyglądają odcinki brukowane poprowadzone na kamienistych zboczach.

Przy kolejnym - Google przetłumaczyły, że to jeziorko Świętego Mikołaja - posiedziałam, poleżałam, to było takie - przypomniał mi się włoski termin muzyczny - diminuendo wakacji. Cisza, spokój, na całej trasie spotkałam tylko kilka osób.

Przy trzecim, Lago inferiore di Valscura, sporo zrujnowanych domostw, zabudowania wojskowe, kręte drogi - muły dostarczały w jedną stronę amunicję, a w drugą znosiły martwych żołnierzy.

Zakończę przyjemnym akcentem, czyli widokiem na dolinę Valasco.

Trasa: Warszawa > Nicea > St. Dalmes Tede > schr. Merveilles > schr. Nice (Cessole) > schr. Madone de Fenestre > schr. Genova-Figari > schr. Valasco > Cuneo > Bergamo > Warszawa. Samolotem (tanie loty), pociągiem, ale także stopem, człowiek nie zdąży ręki podnieść do końca, a już ktoś hamuje obok. O himalaistce już pisałam. Za drugim razem było to starsze włoskie małżeństwo: sam wdzięk, ciepło i dobroć, dowieźli mnie, nadrabiając drogi, do samego centrum Cuneo. W Bergamo: w rejonie starego miasta chłopak wyjaśnił mi, gdzie jest przystanek w kierunku lotniska, i odszedł do stojącej nieopodal dziewczyny. Ale zaraz wrócił – naradzili się, że muszą mnie podwieźć, bo mogę się spóźnić na samolot. Moje doświadczenia z podróżowania na łebka w Austrii, Słowenii i teraz Francji i Włoszech są podobne: czeka się chwilę, a czasem ludzie sami się zatrzymują, proponując podwiezienie, raz tylko czekałam dłużej (ze 20-30 minut) - nieopodal bramki na autostradzie. No ale za rzadko podróżuję w ten sposób, aby stwierdzić, że powyższe to zasada.
