Na stronie hzs w czwartek pojawiła się informacja, że nowe ferraty wybudowane w Górach Kremnickich są już po zimie otwarte. Na tę wiadomość czekałem. Zaplanowałem dwudniowy ferratowy weekend, który miała zacząć pętla przez ferratę na Martińskich Holach w sobotę. Trzy razy dobieraliśmy się do wariantu C na kaskadach Piwowarskiego Potoku. Za pierwszym razem nie mieliśmy sprzętu ferratowego i daliśmy sobie spokój i przeszliśmy wariant B. Za drugim razem przekopywaliśmy szlak po gigantycznym zimowym opadzie i ta próba się nie powiodła. Za trzecim razem trafiliśmy na oblodzenia i znowu wylądowaliśmy na wariancie B. Tym razem jednak zapowiadano piękną pogodę, śnieg już stopniał - ta próba była skazana na powodzenie. W drodze do Martina, w żartach, wymyślaliśmy możliwe scenariusze, które mogły pokrzyżować nasze plany.
Już parking okazał się dziwnie pusty, a ostatecznie rozwiała nasze wątpliwości tablica na początku szlaku, na której było napisane, że ferrata jest czasowo zamykana od 15 kwietnia do końca maja (gnidy z hzs-u zamieściły tą informację na stronie dopiero dzisiaj). Tak też spóźniliśmy się o tydzień. Czwarta próba przejścia wariantu C zakończyła się dla nas kolejnym fiaskiem.
Na szczęście Martińskie Hole to nie osamotniony masyw górski wśród rozległych nizin i szybko znalazła się alternatywa. Z małofatrzańskim Klakiem mieliśmy, jak dotąd, także niewyrównane porachunki. Byliśmy na nim wcześniej dwa razy, ale za każdym razem pogoda nas nie rozpieszczała. Tym razem miało być inaczej.
Po niedługiej podróży z Martina do Vricka zaparkowaliśmy samochód przy kościele, skąd bezszlakowo ruszyliśmy na przełęcz Huba, gdzie znaleźliśmy stromą ścieżkę prowadzącą na Skalky. Po drodze towarzyszył nam świetny widok na stożkowaty szczyt Duta Skala. Na tym podejściu można mieć pionowe myśli, jak u Mrotchnego.


Widoki ze Skałek są genialne - uwielbiam to miejsce, zresztą widoczność tego dnia była bardzo dobra, jak na kwiecień. W ogóle mam wrażenie, że lepszego kwietnia, pod względem pogody, jeszcze w moim życiu nie widziałem.


Czerwony szlak doprowadził nas na Vricanske sedlo, gdzie następuje kolejne podejście, prowadzące na Ostrą Skałę. Cztery cholernie strome ścianki i jesteśmy.




Okolica Vricka jawi się jako oaza zieleni.

Przed nami niecała godzinka na Klak - na szczycie wypatrzyliśmy spory tłum ludzi. Przy samym krzyżu stoi nieruchomo gościu z ciupagą, ubrany w tradycyjny strój, z którym to wszyscy robią sobie zdjęcia i prowadzą ożywione rozmowy. Z dyskusji turystów dowiedziałem się o tym, że wystaje on tak na tym Klaku, co tydzień. Nudne zajęcie, mógłby chociaż zmieniać te góry - tak to podsumowała moja żona. Wynajęty, pasjonat, albo po prostu wariat - każdy to oceni inaczej.





Widoki z Klaka na Niżne Tatry i Wielką Fatrę:

no i zbliżenie na Tatry.

Sprocket kiedyś bardzo zachwalał Partizana, to poszliśmy na niego z Klaka. Grzbietem tym nie prowadzi żadna ścieżka, co jest w Karpatach bardzo rzadkim zjawiskiem. Pomiędzy jego dwoma wierzchołkami jest jakiś zarys ścieżki, ale niżej znowu ona zanika. Pierwszy wierzchołek oferuje panoramę 360 stopni, drugi stanowi skalny podest, z widokiem głównie w kierunku północnym. Zejście z drugiego nie jest takie oczywiste, ale nie stanowi większego problemu. Za to na zejściu do Vricka kolejne pionowe myśli docierają do głowy. I tylko kolan żal.




Wieczorem podjechaliśmy w rejony kolejnej ferraty, pod Krahule, w Górach Kremnickich. Pasmo pełne pozytywnych niespodzianek, które z daleka wygląda na nudne. Wtajemniczeni znają takie miejsca, jak Trnovnik, położony niedaleko szosy, z piękną panoramą rejonu. Nadszedł czas na chmiel.
Według Słowaków jest to geograficzny środek Europy.

Otoczenie Kremnicy.





Zachód był w wydaniu "kuli ognia".


Wschód był nawet fajny - niestety nam po części przysłoniły go chmury. I góry.

Niedługo po wschodzie dotarliśmy na Skałkę. Samochód zaparkowaliśmy praktycznie na szczycie, a jest to dość wysoko położony parking (jakieś 1200 m npm). Widok ze Skałki bardzo nas zaskoczył; aż pożałowaliśmy, że nie podjechaliśmy tam rano na wschód. Z parkingu do nowego ferratowego areału jest bardzo blisko (jakieś 10 minut), co pewnie ma swoje plusy i minusy. My byliśmy wczoraj pierwsi, co miało ten minus, że nie dało się zrobić sensownych zdjęć, bo było jeszcze zbyt ciemno.

Dojście, a zarazem zejście do ferrat prowadzi przez punkt widokowy na Trubacova Vezę, gdzie później zebrał się tłum gapiów. Trzeba pokonać linowy mostek i można wybierać z dwóch wariantów: E vyzva, bądź B/C komin. Na początek atakujemy komin. W połowie drogi następuje kolejny wybór: albo idziemy łatwiej przez wąską szczelinę (z plecakiem miałem problem się przecisnąć), albo trudniej (C) klamrową drabinką. Następnie oba warianty się łączą. A tam kolejne rozwidlenie: albo dalej kominem, albo na Trubacova Veze. Oba warianty są za B.


Po przejściu komina uznałem, że jestem dostatecznie rozgrzany żeby zaatakować wariant E, czyli wyzwanie. Nigdy się wcześniej z taką trudnością nie mierzyłem, ale miałem nadzieję, że Słowacy trochę przesadzili w wycenie. Po za tym ferraty do D/E nie stanowiły dla mnie większego problemu.
E jednak było dla mnie sporym wyzwaniem i uczciwie musze przyznać, że osoby bez doświadczenia wspinaczkowego, lepiej niech nie próbują przejść tego wariantu. Przebieg ferraty biegnie głównie w niewielkim przewieszeniu i pod koniec brakowało mi już sił w przedramionach. Do tego trasa prowadzi w lewo i trzeba się często podciągać lewą ręką, co w moim przypadku było dość męczące. O ekspozycji nawet nie myślałem, bo nie miałem na to czasu. Na koniec tabliczka z miłą informacją: gratulację, sprostałeś wyzwaniu. Słowacy chyba podchodzą do tej ferraty z należytym respektem, bo podczas naszego pobytu na miejscu, nikt się do niej nie przystawiał.



Na koniec weszliśmy na Trubacova Veze i ta opcja jest chyba najfajniejsza: piękny widok, spora ekspozycja po drodze, ale bez trudności.
Turniczka z niczym się wcześniej nie łączyła, dopóki nie zainstalowano do niej mostu linowego, pod którym widać cały komin w dole i ludzi, którzy nim podchodzą do góry.





Jak widać Słowacy nie próżnują w budowaniu nowych żelaznych dróg, a te w Kremnickich, na pewno są godne polecenia. Ja natomiast zabieram się do szlifowania formy przed kolejnymi ekstremalnymi ferratami. Na razie wytarłem z kurzu drążek do podciągania, zainstalowany między kuchnią i przedpokojem, a to już coś.