W tym miejscu przez 263 dni planowałam dać dramatyczny opis bicia przeze mnie rekordu wysokości przy pomocy Aneto, ale gdy zostało tylko 3 tygodnie do godziny W, prowiant już skompletowany, bilet w jedną stronę w garści, brutalny sposób zostałam wypisana z imprezy. I co teraz? Tatry na razie wykluczone, bo to dopiero sierpień i jestem skutecznie wyleczona z ich wizytacji w sezonie wakacyjnym. Dostałam co prawda ofertę awaryjną w zbliżonym terminie, ale nie miałam przekonania, czy chcę znowu się szlajać po deszczowych Alpach i na dodatek nie sięgać powyżej przełęczy. Nie wpadła mi jednak w ręce żadna alternatywa i rada, a bardziej nie rada obrałam kierunek Park Narodowy Gran Paradiso. Im bliżej wyjazdu, tym coraz gorsze zamieszano prognozy pogody i tym częściej narastał mój sceptycyzm. Na dobicie – pociąg ode mnie do Wawy ruszał o 13.13, IC do Katowic złapał 90-minutowe opóźnienie, nie zdążyłam wciągnąć planowanych klusek śląskich w stolicy Śląska i jak tu nie wierzyć złym przeczuciom, skoro tyle na raz się sprzysięga przeciwko.
Na miejscu okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny, a najgorszym wspomnieniem będzie 25-godzinna podróż licząc od wyjścia z domu. Pierwsza baza noclegowa została wyznaczona w miejscowości Kuronie (znanej też jako Cuorgne) w Piemoncie, w hoteliku mającym czasy świetności gdzieś w okolicy Jana XXIII, ale miał klimę, balkony z widokiem, a codzienne rano pani Muzina serwowała prawdziwe włoskie cappuccinko
Cuorgne to nieduże podupadające miasteczko , straszące licznymi pustostanami, chociaż wąskie uliczki nawet w takich warunkach mają swój niepowtarzalny śródziemnomorski klimat. Rankiem z okna też było co podziwiać.
Dzień pierwszy – króliki doświadczalneCeresole Reale – Lago Lillet – Colle Della Porta (3005m n.p.m.)– Ceresole Reale22 km, 1600 m przewyższenia,10 godzin na nogach
Początek powinien być taki – wypoczęci i głodni przygód zrywamy się skoro świt i ogrzewani pierwszymi promieniami słońca ruszmy w trasę. Nic z tego – Włosi otworzyli stołówkę dopiero o ósmej i zanim nasza cała 36 osobowa ekipa opustoszyła bufet minęła godzina i dopiero ok.10-tej stanęliśmy przed szlakowskazem, nieco powyżej kolejnej piemonckiej metropolii Ceresole Reale (ok.150 mieszkańców). Na dzień dobry falstart – przewodnik w sobie tylko wiadomy sposób wprowadził nas w krzaki (tak się kończy używanie gpsa zamiast oczu).
Po powrocie na właściwe tory telepaliśmy się czas jakiś lasem, ale że drzewostan nie był jakiś szczególnie bujny, co jakiś czas stawaliśmy na punktach widokowych, podziwiając przeciwległe zbocza doliny Orco. Na tym etapie jeszcze byle co cieszyło oczy

Po drodze minęliśmy co najmniej 2 wodospady

oraz filię Matki Boskiej Granparadiskiej

W miarę nabierania wysokości robiło się coraz ładniej, zimniej i niestety pochmurniej. Region słynie z tego, że prawie codziennie w okolicach 15-tej regularnie chmury wypróżniają się na turystów.

Ze 4 godziny zajęło nam dotarcie do pierwszego celu – niewielkiego polodowcowego jeziora Lillet, w połowie skutego lodem, co jak na tę wysokość i końcówkę lata jest dość nietypowe, ale muszę przyznać, że było tam dość zimno i kiedy przylazły chmury trzeba było wrzucić ciepłe ubranie i wspomóc się rękawiczkami . Tak się prezentowało jezioro oraz zejście w jego kierunku:


Duża grupa ochotników podjęła się kolejnego wyzwania – spaceru na Colle della Porta. Dla piszącej te słowa miał to być zarazem rekord wysokości ustanowiony przy pomocy nóg, więc oczywiście dopisałam się do listy. Podejście po wysokich kamieniach urozmaiciło monotonne człapanie alpejskimi zakosami. Łapiąc oddech można było pogapić się na fragment Lago Ceresole, które wije się w dolinie przez 3,2km.


Dół jeszcze skąpany w słońcu, my zaś powoli zaczęliśmy zanurzać się w chmury, które postanowiły nas całą rodziną przywitać na przełęczy, fundując lany poniedziałek w sobotę.

W tym miejscu nastąpiło czary mary - normalnie przekraczając przełęcz przechodzi się do innej doliny, a my zaś nie cofając się zawinęliśmy niewidzialnego rogala i zaczęliśmy zejście z powrotem do doliny Orco. Jak napisałam wcześniej, panuje tu specyficzny zimny mikroklimat, toteż zaskoczeniem nie okazały się 3 śniegowe płachty niestopniałego od zimy śniegu

Chmury tymczasem się przetoczyły i odsłoniły przecudny widok na zieloną dolinę, rozpoczynawszy zarazem wodną część naszej epopei, serwując niezliczoną ilość potoków, kaskad i oczek wodnych.



W międzyczasie okazało się, że nikt z organizatorów nie szedł tą trasą, a trudności i czas przejścia zostały wyliczone zza biurka, zatem należało się spodziewać niespodziewanek. Pierwsza przyszła niebawem, gdy drogę zagrodził potok, na pierwszy rzut oka nie do przejścia suchą nogą. Część luda zdecydowała się zdjąć buty, inni poszli szukać płycizn, ja uznałam, że jak szybko przebiegnę, to woda nie zdąży wlać mi się do środka. Zdążyła Przy drugim potoku, już głębszym, byłam mądrzejsza o jedno doświadczenie życiowe i grzecznie zanurzyłam bose stopy w lodowatej wodzie. Ale za to potem jak było w nie ciepło

Za trzecim razem, kiedy woda sięgnęła mi do pół uda mocząc za wąskie u dołu spodnie, by je wystarczająco wysoko podwinąć, zrobiło mi się wyjątkowo wesoło. Poniżej migawki z przeprawy i fragment wodnej pułapki widziany z góry:




Droga tymczasem biegła i biegła i biegła i nie miała końca, zwłaszcza że ni w cholerę się nie opuszczaliśmy się na dno doliny, tylko suneliśmy naprzód po kolejnych chopkach góra-dół-gór-dół. Lud skandował: Gdzie jest zejście? Gdzie jest zejście? Ale tego nie wie naprawdę nikt

Jednemu facetowi, „którego imię niech będzie zapomniane”, że zacytuję Pana stojącego w innym miejscu, puściły nerwy i zaczął rzucać obelgi w stronę organizatorów, że nie płacił za taki chaos. Gorzej niż dziecko, a pomyśleć, że pół godziny wcześniej na rozgrzewkę po krioterapii częstował wyczesaną pigwowcówką… Mi tam było wszystko jedno, możemy nie zdążyć na kolację, za to miałam w zamian łazęgę po górach późnym popołudniem, czego nie doświadczałam za często nawet na tatrzańskich ścieżkach. Tego ciepłego wieczornego światła nie da się porównać z niczym innym. Droga na dół się w końcu znalazła i doprowadziła do Ceresole Reale.



oczekujcie dalszego wynurzenia