Wytaczamy się ode mnie o 4:45. Sądziłem, że będą egipskie ciemności, ale gdzie tam. Całkiem jasno już było. Ula szerokim uśmiechem skwitowała na dzień dobry moje krótkie spodenki. No rzeczywiście zbyt gorąco rano nie było. Zgarnujemy po drodze Monikę, Elę i Anię i mkniemy żwawo pustą o tej porze Zakopianką. W Jabłonce spotykamy się z Jackiem i pakujemy się do jego samochodu. Jesteśmy w komplecie – czyli sztuk 6. Przed nami wciąż kawał drogi. Już od wczesnego ranka wiedzieliśmy, że idealnie trafiliśmy z pogodą. Super przejrzystość jak na maj. Po drodze jeszcze drobne zakupy w Liptowskim Mikułaszu. Wziąłem 1,5 – litrowego gambrinusa, bo jak wiadomo od przybytku głowa nie boli

. W Stanisovskiej dolinie jesteśmy ok. 8:30. W trasę wychodzimy tuż przed 9. Odcinek „asfaltowy” robimy na początku, by się już nie męczyć po południu. Generalnie im wyżej tym piękniej, ale konkretne widoki zaczynają się od Stanisovskiego Sedla.



Do tej pory było łatwo, lekko i przyjemnie, o czym również świadczyli spotykani po drodze rowerzyści. Ale jak to w górach bywa – do czasu. Po wejściu w las żarty się kończą a pot leje się po plecach. Szlak jest mimo wszystko jednak w miarę przyjazny turyście, bo nie ma podejść „na krechę”. Cały czas poruszamy się drobnymi zakosami. Na Ogniste docieramy bez szlaku jakąś wydeptaną leśną ścieżką. Pięknie tu jest a widoki na Dziumbir i Chopok z resztkami śniegu bajeczne.








Wejście na szczyt czcimy moją pigwówką. Teraz czeka nas jeszcze większa atrakcja – legendarne okno skalne – ponoć największe na Słowacji. Podsłuchujemy tubylców i okazuje się, że trzeba tam dojść wąską nieoznakowaną ścieżką. Tak też czynimy. Perć chwilami wiedzie w całkiem eksponowanym terenie, mamy też do pokonanie stromy piarżysty kominek. Po drodze też są inne okienka ale o znacznie mniejszym prześwicie.


Ostatecznie po jakichś 20 minutach bez ofiar w ludziach docieramy na miejsce. Okno robi ogromne wrażenie. Warto było wstać o 4 by zobaczyć na własne oczy takie cuda natury. Bajka.





Wracamy z powrotem na szczyt tą samą drogą, pokonując nieco eksponowane piarżyste progi skalne…

Nie zatrzymujemy się już na Ognistym i bez zbędnej zwłoki ruszamy dalej. Teraz idziemy głównie lasem, co rusz przedzierając się przez potężna wiatrołomy. W dobrych nastrojach zdobywamy kolejny szczyt o nazwie Slema (1514 m n.p.m.).

Widoki z niego jednak żadne, więc po zjedzeniu czegoś rozpoczynamy ostateczne zejście. Po drodze jeszcze mamy okazję podziwiać Tatry w całej okazałości.


Pętelkę domykamy równo o 17, więc biorąc pod uwagę liczne postoje całkiem niezły czas. Przy samochodzie super miła niespodzianka. Jacek schował przed wyjściem w strumyku dwie Łomże. Ależ smakowały. Dzięki Jacku i Danielu

.

Wracając zgodnie ze świecką tradycją zahaczyliśmy o bar Sponti. Było pysznie i miło jak zawsze. Nie było korków na Zakopiance a i tak byliśmy w domu po 22. Piękne i wciąż bardzo niedoceniane są Niskie Tatry, ale jednak kawał drogi do nich mamy. Aby zrobić coś sensownego trzeba naprawdę wcześnie wyjechać i liczyć się z późnym powrotem, ale zapewniam, że warto. Dziękuję wszystkim za wspaniałe towarzystwo. Specjalne pozdrowienia dla Łukasza T., który miał być z nami, ale coś poszło nie tak. Z tego co pamiętam to dotarł tam tydzień później.