Ostatni dzień lata, wtorek. Zapowiadają ostatni ładny dzień po prawie tygodniu palemki w Tatersach. Grzechem było by ... Robota nie zając

Zero towarzystwa, wszyscy w robocie, w Wysokie nie bardzo chce mi się samemu jechać, Słowacja odpada bo za długo trzeba jechać a wcześnie rano nie mogę ruszyć, zostały Zachodnie. Kminię zatem co w tych Zachodnich ogarnąć a dawno nie byłem. I olśnienie, przecież mogę pyknąć Bystrą od naszej strony, najwyższa w Zachodnich to już nie ma lipy a jak dołożę do tego Starorobociański to już będzie wypas. Odstawiam dziecka do szkoły i kierunek Chochołowska. Na Siwej jestem o 10:30, parking pełny, niewielka kolejka do kasy, co się wyprawie, toż to środek tygodnia i dnia a ludzi jak w weekend. Startuje o 11, aż do odbicia szlaku w Dolinę Starorobociańską biegnę.


Opuszczam tłum idący na Polanę Chochołowską i wbiegam w dolinę w kierunku Przełęczy Iwanickiej, jest okropnie gorąco a w samej dolinie brak cienia, bo drzewa powalone przez wiatr, dopiero przed przełęczą jest fragment leśny, gdzie można odpocząć w cieniu.

Podejście na Ornak to mordowania jakich mało, już zapomniałem jakie strome jest to podejście. Plus jest taki, że szybko zyskujemy wysokość i widoki robią się coraz zacniejsze.



Piękne kolorki się już zrobiły. Kierunek Siwe Skały.







Podejście na Siwy Zwornik też niczego sobie. Jest przed drugą, padam na wysuszoną trawę już po słowackiej stronie, leżę z zamkniętymi oczami i przegryzam batonik, ciepły wiatr osusza me spocone czoło, PKP, sielanka do porzygu

Po piętnastu minutach stwierdzam, że Bystra sama się nie zrobi i trzeba ruszyć cztery litery.


Trawers w kierunku Bystrej Przełęczy jeszcze biegnę, potem szlak na szczyt staje dęba, ale równym tempem bez stopów wychodzę na szczyt, ludzi sporo.




Pochłaniam kolejny baton i paczkę żelków, nie mogę napatrzeć się na Krywań, przejrzystość petarda.




Po trzydziestu minutach trzeba wrócić do rzeczywistości. Zbiegam granią w kierunku Błyszcza i w dół znów pod Siwy Zwornik.







Przy podejściu na Starego zmęczenie daje już o sobie znać, ale idzie się znakomicie dzięki wyremontowanemu szlakowi, pamiętam go jako wydartą przez deszcz rynnę zasypaną luźnymi kamieniami, teraz są schodki, niskie i płaskie, więc zaliczenie szczytu to formalność





Na szczycie jestem może z dziesięć minut, zbiegam na Kończysty.





Potem kolejny pagórek Trzydniowiański, tutaj na szlaku co chwilę inna nawierzchnia








Tu już jestem srogo zrypany, do Chochołowskiej schodzę Krowim Żlebem, jakoś kolana nie chcą mi się już zginać

Po drodze jeszcze informuję dwie panie wyraźnie zatrwożone, że to co słychać to nie ryczenie dźwiedzia a jeleni bo jest rykowisko



O 18 jestem na parkingu, zrypany na maksa, piękny dzień, ukręciłem troszkę pypcia
