Rok 2020 był specyficzny, więc i jego ostatni dzień musiał być wyjątkowy i był. Prognozy pogody nie były szczególne, więc losy sylwestra w górach ważyły się do końca, zwłaszcza, że musiałem to okupić jednym dniem urlopu. Przekonała mnie ostatecznie Krysia, która w sylwestra z racji prowadzonej działalności ma ręce pełne roboty, a w tym roku przez wzgląd na panującą sytuację - niestety dla siebie, a stety dla nas miała wolne. Rzeczywiście taka okazja aby się spotkać w takim gronie, w tym bądź co bądź szczególnym dniu może się długo nie powtórzyć. Zatem klamka zapadła. Plan na górską trasę to najmniejszy problem. Mam ich przygotowanych na pęczki na różne okazje i choć przejście przez Grodzisko, Księżą Górę i Ciecień na papierze może jakoś szczególnie ciekawie nie wygląda, to ja mam ogromny sentyment do tamtych rejonów. A na Grodzisku nie miałem okazji być wcześniej, więc to dodatkowa motywacja. Trasę zaplanowałem tak aby na polanę pod Cietniem dotrzeć na ognisko jakąś godzinę przed zachodem słońca. Na ironię, w tym szczególnym dniu, gdzie nawet abstynenci coś piją zostałem kierowcą. Plus był taki, że wieczorem wybieraliśmy się do znajomych, więc na swój pokrętny sposób było mi to na rękę. Z Poznachowic Górnych po rozstawieniu samochodów wyruszyliśmy tuż przed 10-tą. Grupa zacna, sztuk 8, nawet Rafał się w ostatniej chwili załapał. Idziemy zatem w kierunku Grodziska, na razie bezszlaczem – taką głęboką drogą z szeleszczącymi liśćmi pod nogami.

Jest ponuro, tajemniczo – niskie chmury i mgła. Prognozy pogody na ten dzień nie były jednoznaczne. Niby momenty miały być, ale jak to w górach na dwoje babka wróżyła… Dochodzimy do szlaku. Ten moment trzeba uczcić, póki jeszcze mogę.

Teraz ostrzejsze podejście pod Grodzisko. Chmury się rozstępują, jest nadzieja.

Tutaj otwieramy pierwszego szampana. Nie ukrywam, że nie chciało mi się go nosić w plecaku. Krysia jest jak zawsze przygotowana. Plastikowe kubki, życzenia. Super klimat.



Po szampanie oczywiście kolejne specyfiki. Ja mogę już co najwyżej robić za barmana, ale miło popatrzeć jak ludzie się dobrze bawią.
Z Grodziska opuszczamy się w dół, a chmury znowu nas witają. Zbaczając z niebieskiego szlaku można dotrzeć do miejsca oznaczonego na mapie jako Grodzisko „Klasztorzysko”. Oczywiście zboczyliśmy. Czy warto było ? Nie, nie ma tam nic ciekawego. Poza jakimiś 100 m przewyższenie i błotem na butach, nic to nie wniosło do tematu. Fotek zatem z tego miejsca brak (na znak buntu). Wracamy zatem na nasz dzisiejszy niebieski szlak w rejonie przysiółka „Borsuki”. A tu taka atrakcja – jakby wychodek na długich palach okraszony solidną kałużą (fosą) po sąsiedzku. Takie naturalistyczne klimaty jak z powieści Prusa, czy też niektórych filmów Smarzowskiego.

Uwieczniam też Grodzisko z drugiej strony. Widać, że jest to zadziorna, choć mała górka.

Cały czas jestem w kontakcie z Grześkiem (forumowym Kefirem), z którym tego dnia mieliśmy się spotkać gdzieś na trasie. On z rodzinką wchodził od strony Szczyrzyca, więc pewnie spotkamy się w okolicach Cietnia. Kolejnym charakterystycznym punktem na naszej trasie jest urokliwa, mała kapliczka. Wcześniej weszliśmy jeszcze na jakiś szczyt bez nazwy.

Teraz odbijamy nieoznakowaną ścieżką na Księżą Górę. Super miejsce, widać przystosowane do obrzędów religijnych. Kiedyś była tu wieża widokowa. Została rozebrana w 2014 roku

. Nie mniej miejsce to bardzo przyjemne, choć widokowym nazwać go nie można. Tutaj też spotykamy pierwszych tego dnia turystów.



Liczne postoje natury barowo-gastronomicznej spowodowały, że zrobiło się dosyć późno. Musieliśmy więc wreszcie przyspieszyć. Odcinek do Cietnia przechodzimy już dobrym turystycznym tempem. Przed ostatnim podejściem spotykamy wreszcie Kefira. Miła pogawędka, wypijamy po jednym i każdy rusza w swoją stronę. Cały czas towarzyszą nam niskie chmury, ale ciągle tli się we mnie nadzieja, że w decydującym momencie pokaże się słońce i zgodnie z planem będziemy świadkami zachodu słońca na polanie pod Cietniem.

Schodzimy na polanę, zbierając po drodze suche drzewo. Rozpalamy ognisko i wtedy chmury niespodziewanie zaczęły opadać.

Czyli wszystko zgodnie z planem, najbardziej optymistycznym planem

.




Ognisko pali się w najlepsze. Otwieramy drugiego szampana, którego cały dzień targał Rafał. Nie byle jaki to szampan, tylko niebieski

.

Trzeba przyznać, że świetnie się komponuje z fantastycznym zachodem słońca. Chyba nikt z nas nie spodziewał się takiego finału. Jeszcze kilka zdjęć, kilka kiełbasek, kilka kieliszków wiśniówki (ci co mogą) i rozpoczynamy zejście do Wiśniowej.



Nawet się udaje w miarę sprawnie dotrzeć na dół, choć niektórym buty odmówiły posłuszeństwa. Obyło się bez czołówki, choć na dole już mogłaby się przydać. I kiedy już dochodziliśmy do parkingu w Wiśniowej zaczęły wybuchać fajerwerki, to taka moja ostatnia niespodzianka dla uczestników

. Teraz trzeba było żwawo ruszać do domu, bo jak wiadomo w sylwestra panował zakaz przemieszczania się, który został zawieszony, ale jednak obowiązywał. Czyli takie jasne i zrozumiałe jak działania jedynie słusznej partii rządzącej. Niemniej przed graniczną godziną 19-tą udało się dotrzeć do domu. Był to piękny sylwester, którego myślę na długo zapamiętamy. Nie miałbym nic przeciwko, by w kolejnych latach kultywować tę piękną, świecką tradycję. Amen.
Tę relację napisałem jakiś czas temu i przyznam, że nawet o tym zapomniałem. Czekała w archiwum na publikację, niczym nieznane utwory Death czy Queenu. Choć to oczywiście nie ten rozmiar kapelusza…
Przypomniał mi o niej zbliżający się wielkimi krokami kolejny sylwester. I znowu swoiste daja-vu. Ponownie kiepskie prognozy pogody – gorsze niż te sprzed roku. A co najgorsze to z różnych względów nie ma opcji by spotkać się w sylwestra w tym samym gronie co rok temu. No cóż życie idzie do przodu, jedne rzeczy się prostują, ale więcej niestety się komplikuje. Takie chwile jak ten sylwester sprzed roku uczą nas, by cieszyć się chwilą, bo tak naprawdę nikt z nas nie wie gdzie będzie za rok. Nie warto pewnych rzeczy odkładać na później. Ważne jest tu i teraz. Dużo zdrowia dla tych, którzy najbardziej tego potrzebują. I obyśmy takich sylwestrów mogli przeżyć jeszcze wiele w tym naszym zacnym, ale jak najbardziej otwartym gronie. Zatem jak to mawiał ś. p. Lemmy z Motörhead „i abyśmy zdrowie mieli bo pojawiają się coraz to nowsze gatunki wódek i piw”…