Wielokrotnie będąc w górach na urlopie leciałem o świcie zrobić sobie trasę zanim na dobre zacznie się dzień. Dlaczego nie zrobić tego patentu z domu?
W ten weekend miałem być ze starszymi synami w Beskidzie Żywieckim. Niestety wieczór przed wyjazdem okazało się, że starszy, który faktycznie po szkole był trochę niewyraźny, ma 39 stopni. No to po weekendzie. Czarna seria trwa. Wiem jedna, że ja musze się wyrwać w góry choć na chwilę.
W niedzielę wstaję o 2 w nocy i po pół godzinie jestem gotowy do jazdy. Sprawnie docieram do Szklarskiej Poręby, 4.20 ruszam z parkingu przy Muzeum Mineralogicznym. Idę żółtym szlakiem do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Jest rześko, gdzieś tam między drzewami przebija sie wschodzące słońce. Myślałem o wyjeździe na wschód, ale to bym musiał chyba jechać tuż po północy, Karkonosze są jednak dość daleko.
Po 55 minutach docieram do schroniska, ale zatrzymuję się tylko na łyk wody. Idę prosto jak strzelił do grani granicznej, gdzie pojawiam się po dalszych 15 minutach. Na śniadanie idę na Łabski Szczyt. Zapowiada się ładny dzień i widoki są fajne. We wschodniej części Kotliny Jeleniogórskiej w dolinach zalegają chmury. Nade mną piękne słońce. Moim planem było zeksplorowanie fragmentu czeskiej części Karkonoszy. A nie znałem jej w ogóle, i musze przyznać że przez to Karkonosze do tej pory wydawały mi się bardzo jednowymiarowe. Można dojść na grań, przejść jej kawałek i wrócić. Jak się okazało, byłem w dużym błędzie.
Po zejściu ze skałek Łabskiego zastanawiam się jak najwygodniej dostać się do Łabskiej Budy. Nie chciało mi się iść szlakami naokoło, a teren był zachęcający. Niestety po kilkudziesięciu krokach moje mokre buty powiedziały mi, że chyba nie był to najlepszy pomysł. Coraz mniej przekonany brnę jednak dalej i po dłuższej chwili docieram do żółtego szlaku, którym już bez przeszkód dochodzę do obrzydliwego, na marginesie, schroniska.
Od tamtej pory dalszą część drogi wiedzie po górnej krawędzie Łabskiego Dołu i cały czas ma się po lewej stronie ogromną dolinę. A za nią wyższe szczyty Karkonoszy ze Śnieżką na ostatnim planie. Po kilkunastu minutach dochodzę do Panczwskiego Wodospadu. Jest tu naprawdę ładnie, jednak popodziwiać sam wodospad pewnie zdecydowanie warto z dołu.
Po chwili jestem juz przy Wrbatowej Budzie i zmieniam kierunek marszu na zachodni. Cały czas mam świetne widoki na wschód, teraz ponadto widzę niższe partie gór na południe a także zaczyna być widać kocioł po szczytem Kotel, na który właśnie się udaję. Po drodze przechodzę przez Harrachowe Kamienie, które są przeuroczomym miejscem. Wkoło mnie wszędzie widzę bunkry. Musze o tym poczytać bo nic o nich nie wiem, a są ich w tamtych okolicach chyba dziesiątki.
Mam zamiar podejśc sobie w stronę szczytu Kotel, jest nawet wydeptana ścieżka, sam szczyt jest zarośnięty i nie ma tam po co iść, ale widok spod szczytu, z ograniczenia kotła, jest fantastyczny. Ciekawie patrzy się „od tyłu” na główną grań ze Szrenicą, Łabskim i przekaźnikiem nad Śnieżnymi Kotłami. Oczywiście nie musze dodawać, że jestem zupełnie sam. Sielanka.
Z kotla zbieram się do drogi powrotnej, wracam przez Źródła Łaby na granicę i schodzę do schroniska pod Łabskim Szczytem. Tam piję fantastyczne bezalkoholowe piwo „Sowie” – polecam, jest kapitalne, jem strudel i piję kawę. Posilony lecę do samochodu. Na dole już sporo ludzi było, największy znak, że trzeba sie zbierać. Łażenie samemu o świcie to jest to!
Przy samochodzie jestem po równo seściu godzinach, o 12.30 jestem w domu.
Czeskie Karki są kapitalne, mam już wobec nich następne plany
Naładowałem baterie na kilka tygodni










