Na Babiej Górze byłem kilkadziesiąt razy. Kiedyś miałem ambitne plany, że policzę dokładnie ile, ale zważywszy na upływ czasu i coraz większe luki w pamięci ostatecznie się poddałem. Kiedyś jeździłem na tę górę w różnych porach roku. Od kilku lat jest to początek grudnia – jako przystawka do corocznej wycieczki nowosądeckiego PTT. To jest takie nasze wewnętrzne święto gór obchodzone zawsze w zacnym towarzystwie. Podobnie jak coroczna Rumunia z PTT, również i Babia Góra cieszy się ogromną frekwencją i można nawet spotkać osoby, których nie widziało od kilku lat.
Wyruszamy ode mnie niemal punktualnie o 6-tej. Zabieramy kolejno Basię, Pawła i Wiolę. Wszystko idzie zgodnie z planem. Jedziemy Zakopianką bo tak jest szybciej, jeśli chodzi o atakowanie BG od strony południowej. Po drodze historyczna chwila – pierwszy raz jedziemy tunelem wydrążonym pod Luboniem Małym.


Na Polanie Stańcowej (bo stąd będziemy dzisiaj wchodzić na Babią) witamy się z Krysią, Joasią, Jarkiem i Wojtkiem. Czekamy na ekipę z PTT, ale moja „Wtyczka” wysyła mi info, ze są dopiero w Spytkowicach. Wypijamy więc po 4 imieninowe Basi i smętnym krokiem rozpoczynamy podejście. Śniegu na dole prawie nie ma. Jest przymrozek, więc błota też nie. Idzie się dość przyjemnie, choć od początku szlak konsekwentnie pnie się w górę. Dochodzimy do pierwszego punktu widokowego i tu takie cuda…

Kawałek dalej docieramy do wiaty, gdzie czeka na nas reszta naszej grupki. Tutaj można chwilę odpocząć i nieco uszczuplić zapasy napojów regeneracyjnych.


Ruszamy dalej, wciąż jest stromo i coraz bardziej ślisko, ale raczki moim zdaniem niekonieczne. Za nami robi się coraz gwarniej, co oznacza, że czub ekipy z PTT zaczyna nas doganiać. I rzeczywiście. Powitaniom nie ma końca, a znajomych twarzy jest mnóstwo. Z jednymi widzieliśmy się raptem 2 tygodnie temu, ale są i tacy z którymi całymi latami nie mieliśmy szczęście się spotkać, jak choćby Magda czy Renia. Już jedną zwartą grupą wychodzimy z lasu. Przejrzystość powietrza fantastyczna.



Jeszcze kawałek i docieramy do ruin starego schroniska. Są to faktycznie ruiny, bo w oczy rzuca się głównie tablica informacyjna ze zdjęciem starego schronu.


Tutaj docierają wreszcie do naszej grupy moje 2 „wtyczki” – Marta z Asią, choć na zdjęciu jest tylko jedna z nich.


Stąd na szczyt jest już bardzo blisko, ale jeszcze odrobinę trzeba się spocić. Zaczyna też, jak to na Babiej mocno wiać.

No i jesteśmy. Tu wieje już całkiem solidnie, ale widoki bajka. Zaczyna się też imprezowanie. Kieliszki krążą jak w kalejdoskopie. Zdecydowanie jest to wyjście tylko dla orłów.

Ale to jest najbardziej otwarta i sympatyczna grupa z jaką mam okazję chodzić po górach. Trzeba zrobić trochę zdjęć aby wyrwać się z tego „kieratu”.

Focimy zatem.




Jak robiliśmy sobie zdjęcie z naszą 9-cio osobową grupką przy krzyżu, ekipa z PTT już zdążyła się oddalić w kierunku Przełęczy Brona. Nic dziwnego, bo mają kawałek drogi przed sobą, a ekipa wyjątkowo liczna (autokar + bus). Ale zdjęcie grupowe pozwole sobie wrzucić, choć nie jest mojego autorstwa i mnie na nim nie ma…

Ja mam inny plan na zejście. Kawałek w kierunku Brony szlakiem, a następnie nieoznakowaną ścieżką (choć nie do końca – tzw. zimny chodnik - SK), która stanowi łącznik do żółtego szlaku. Ostatni rzut oka za siebie na szczyt Babiej…

Przed siebie w kierunku Beskidu Żywieckiego i Śląskiego…

No i pora zbaczać. Przetarcia ścieżki brak. Są tylko drewniane tyczki, robiące tu za kierunkowskazy.

Brak stuptutów trochę mi się tutaj dał we znaki, bo miejscami śniegu sporo nawiane i władował mi się do buciorów, a wiadomo jakie miłe to uczucie. Niżej śniegu mniej, a widoki wciąż przyjemne.

Dochodzimy do żółtego szlaku i drewnianej wiaty. Tutaj odpoczynek i dalej w dół żółciakiem. Po drodze taka mini wieża widokowa, gdzie też zasiedliśmy na dłuższa chwilę.

Dochodzimy wreszcie do łącznikowego szlaku niebieskiego, które ma nas ostatecznie doprowadzić na polanę Stańcowa. Ale do tego jak się okazało daleka droga. Póki co przy pomocy trójnoga Krysi robimy wspólne zdjęcie.

Na dole śniegu praktycznie nie ma. Wydawało się, że stąd do samochodu jest już bardzo blisko, ale jak to zwykle bywa papier to papier, a życie życiem.

Deptamy więc beznamiętnie trochę po gruncie ubitym, trochę po błocie. Wydawało się, że będzie już tylko z górki, ale gdzie tam. Trzeba było chyba jeszcze z 200 m w pionie podejść, mijając po drodze takiego sympatycznego drewnianego misiaczka…

W końcu gdzieś koło 15:30 docieramy do samochodu. Wyszło cos koło 15 km i 1000 m przewyższenia.
W sukces polskiej reprezentacji w meczu z Francją wierzymy umiarkowanie, więc mecz decydujemy się oglądać na komórce w samochodzie. Wynik zgodny z oczekiwaniami, choć rzekomo gra lepsza. Nie do końca to zauważyłem, może dlatego, że na komórce oglądaliśmy.

No cóż kolejna Babia zaliczona. Znowu z w zacnym szerokim gronie, jak od dobrych kilku lat. Taka świecką tradycję należy kultywować, póki sił i zdrowia starcza… Zatem do zobaczenia za rok – przynajmniej na Babiej…