Ogólnie, to był to wyjazd ludzi niezdecydowanych, albo też nie do końca zdecydowanych.

Jak w styczniu na stronie PTT pojawiło się ogłoszenie o planowanym wyjeździe na Główny Szlak Świętokrzyski to pierwszą reakcją była obojętność w czystej postaci. Podejścia do tematu nie zmieniły również pytania znajomych czy się wybieram. Bo się nie wybierałem. Góry Świętokrzyskie – czy to w ogóle są góry ? Czterodniowe przedzierania się przez „krzaczory” nie było atrakcyjną wizją. I po co to ? Dla kondycji ? Dla odznaki ? Dziękuję postoję. Każda propozycja kilkudniowego wyjazdu z nowosądeckim PTT powoli wwierca się jednak w umysł, penetrując jego najgłębsze obszary. Z drugiej strony marzec – taki nijaki okres, a pewnie zbiorą się jak zawsze fajni ludzie i będzie sympatycznie. Cena też atrakcyjna. Kiedy się decydujemy z Anką i Pawłem jechać, to okazuje się, że lista jest praktycznie zamknięta. To musi być jednak przeznaczenie.

Ale wkrótce dzwoni Krzysiek i mówi, że załatwienie większego autobusu/busa nie powinno być wielkim problemem. No w tej sytuacji nie ma już wyjścia. Klamka zapadła.
Tropem Wincentego Witosa wraz z Piotrkiem, Mariuszem i Andrzejem kierujemy się na Wierzchosławice. Z drugiej strony zmierza Paweł. Spotykamy się wszyscy nieco przed czasem. Nie ma jeszcze tylko busa PTT. Gdzieś po pół godzinie zmierzamy już wszyscy razem w kierunku Kuźniaków, gdzie rozpoczniemy naszą mordęgę, ale nie tak szybko. Krzysiek proponuje, aby po drodze zobaczyć miejsce gdzie Dunajec wpada do Wisły, na co wszyscy ochoczo przystają. Miejsce na pewno warte odwiedzenia.

Robimy też pierwszą grupówkę.

Stąd już niespełna godzina jazdy i meldujemy się w Kuźniakach.
Jest tu kropa (a nawet 2) informująca o początku Głównego Szlaku Świętokrzyskiego...


Oraz ruiny wielkiego pieca (całkiem dobrze zachowane).

I to by było na tyle wstępu. Kijki w ręce i ruszamy. Jak to w PTT bywa żwawo - ogary poszły w las.

Pierwszy nasz szczyt to Kuźnicka z ciekawymi skałkami...


Kolejny to jeszcze ciekawsza Perzowa Góra z kształtnym niewielkim obeliskiem na szczycie.

Ale najciekawsze przed nami. Rezerwat Perzowa Góra z kapliczką ukrytą między skałami to prawdziwa perełka. Super miejsce, które naprawdę warto zobaczyć...




Potem mniej ciekawy dosyć długi odcinek aż do wieży widokowej (tarasu) w miejscowości Oblęgór. Tutaj zasłużony dłuższy odpoczynek. Trochę zjedliśmy, nieco wypiliśmy. Niektórzy nawet piekli kiełbaski na specjalnie przygotowanym do tego celu grilu. Nawet drewno było przygotowane. Na bogato.


Stąd ponownie w górę na szczyt Siniewska, mierzący 449 m n.pm. To chyba dzisiejszy rekord wysokości.



Schodzimy do miejscowości Widoma, by za chwilę wejść na kolejny bardzo niewybitny szczyt o nazwie Baranie. A wcześniej takie przyjemne swojskie widoczki...


Już trochę mamy w nogach. Organizatorzy przewidzieli na dzisiaj 24 km, do tego trochę bonusów. Widać w moich oczach zmęczenie wędrowca...


Kolejnym istotniejszym punktem na naszej dzisiejszej trasie był rezerwat przyrody Kamienne Kręgi. Przypomniał się od razu brazylijski serial wyświetlany kiedyś w TV – wtedy jeszcze publicznej.

Na koniec jeszcze kopalnie „Tumlin – Gród” i kaplica pw. Przemienienia Pańskiego.

I wreszcie z ulgą schodzimy do Tumlina. Była już lekka szarówka, a nogi jak z ołowiu.

Najlepsze są te powroty autokarem na kwaterę, jak jeszcze coś komuś zostało w plecaku.

A tym razem tak było. I tak w dobrych humorach docieramy do Wieczernika, bo tam będziemy rezydować przez najbliższe dni. Wieczernik, post, prawie 30 km w nogach... Tym razem chyba będzie mniej imprezowo niż zwykle. Obiadek, prysznic po parę kielichów i do spania...
Dzień 2Po śniadaniu nasz autokarobus miał nas podwieźć tam, gdzie wczoraj skończyliśmy czyli do Tumlina. Ale jak to bywa na wyjazdach z PTT – jeśli jest szansa zobaczenia jeszcze czegoś ciekawego po drodze (albo prawie po drodze) to robimy to... Ktoś słusznie wyczaił, że nie tak daleko znajduje się legendarny Dąb Bartek. No to do dzieła. Parę kilometrów nadłożone, ale „drzewko” to jak najbardziej warto zobaczyć. Robi wrażenie, choć tu i ówdzie widać, że to trochę jak ząb po leczeniu kanałowym. Tu wsporniki, tu podpory, tam jakieś wypełnienie betonem. Ale najważniejsze, że wciąż stoi. Uwieczniamy więc go na wszelkie sposoby.




Teraz już nie ma odwrotu. Zaczynamy w miejscowości Tumlin – przysiółek Węgle. Idziemy najpierw szeroką utwardzona drogą, a potem w błotnistym terenie.

Szczyt Sosnowica (403 m n.p.m.), który był pierwszym na naszej dzisiejszej trasie praktycznie niezauważalny. Jedyne ciekawsze miejsce godne uwagi w tym rejonie to pomnik upamiętniający sformowanie 4 Pułku Piechoty Legionów AK.

Teraz trochę adrenaliny – czyli przejście przez krajową S7. Ale z dużej chmury mały deszcz. Czynimy to korytarzem dla zwierząt poprowadzonym nad jezdniami. Udało się bez ofiar w ludziach, ale jest jeden problem. Ominęliśmy w ten sposób miejscowość Wiśniówka, a przy tej tabliczce (z wiadomych względów) bardzo chciałem sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie.

No cóż, nie można mieć wszystkiego. Kolejnym „szczytem”, który „zdobywamy” po drodze jest mierząca bagatela 418 m n.p.m Domaniówka. Też nazwa się nie najgorzej kojarzy – zwłaszcza dla tych bywających na Słowacji i w Czechach.

Chwilami widoki całkiem przyjemne.

I tak dzielnie maszerując dochodzimy do monumentalnego kościoła w Masłowie Pierwszym.

Tabliczka informuje, że do św. Katarzyny mamy stąd jeszcze 3,30 h. Niemało, zwłaszcza, że trochę w nogach już mamy. Szturmujemy miejscową bibliotekę aby zdobyć pieczątki do książeczek. I że ja też się dałem na to namówić.

Raczej nie staliśmy się ulubieńcami miejscowej sprzątaczki...
Następnie kawałek asfaltem i znów wchodzimy w „góry”.

Zdobywamy Klonówkę (470 m. n.p.m.). To już naprawdę nie są żarty.

Kawałek dalej znajduje się wieża... (no nie przesadzajmy) platforma widokowa. Wchodzimy, podziwiamy, focimy.


Przed nami najciekawszy fragment wycieczki (poza sławnym dębem). Wchodzimy na Diabelski Kamień. Tutaj jest fajnie, są skałki i w ogóle fajne miejsce na odpoczynek. Podoba się.


Po dłuższej przerwie wyruszamy dalej, a ja tak dla uspokojenia samopoczucia uznałem, że zadzwonię sobie na swój drugi telefon, który ostatnio mi się zawieruszył, co kosztowało mnie mnóstwo nerwów. Dzwonię, dzwonię i nic, cisza. No przecież nie można mieć takiego pecha. Od tej pory dalszą moją trasę determinowała tylko jedna myśl – czy ja zostawiłem telefon w pokoju czy znowu gdzieś posiałem. Sił od razu mi przybyło i wysunąłem się na czoło stawki. Błyskawicznie zszedłem dość stromym fragmentem szlaku do drogi i nie czekając zbyt długo rozpocząłem samotne podejście na Radostową. Jak odpoczywałem doszło mnie kilka osób i dalsze podejście szliśmy już w kilka osób. Byłem oczywiście już mniej rozmowny, bo moją głowę zaprzątała tylko jedna myśl. Po dosyć męczącym podejściu jak na warunki Gór Świętokrzyskich stajemy na szczycie Radostowa.

Miała tu być nieco dłuższa przerwa aby grupa się scaliła, ale mnie oczywiście nosi. Schodzę więc w dół i rozpoczynam podejście na ostatnią dziś górę o ciekawiej nazwie: Wymyślona. Nazwa nazwą, ale góra jest realna i trzeba na nią wleźć. Jest tu nawet dość ciekawie – jest skałka i widać stąd Łysicę, co oznacza, że do św. Katarzyny jest bliżej niż dalej.



Ostatni odcinek to już krew, pot i łzy. Błoto, suche trawska a na końcu asfalt i wypizdówa – jak to w historycznym kieleckim. Ale wszystko to nic, zniosę wszystko tylko ten telefon... Jest jeszcze przy drodze bardzo oryginalna kapliczka...

Słońce zaczyna już zachodzić. Dobrą dniówkę odbębniliśmy.

Na ostatnich nogach wchodzimy z Pawłem w ubłoconych butach do pokoju i jeeeest. Dzwoni.

Ten huk, to był wielki kamień, który spadł z mojego serca. Zatem te dzisiejsze 30 km było ok i miało głębszy sens.
Wkrótce dzwoni Aneta, która dojedzie do nas na jeden dzień, a wieczorem pojawiają się członkowie nowosądeckiego PTT z Kielc i okolic po odbiór znaczków. Zatem impreza. Ale mamy bazę w Wieczerniku prowadzonym przez księży, a jest środek postu. Trochę słabo. Zatem po dość licznym spotkaniu na dużej sali szykują się zajęcia w podgrupach... Ale przynajmniej w jednym dniu trzeba rano wyjść na kacu i to się na szczęście udaje.
Dzień 3No i stało się, ruszamy dnia trzeciego z lekkim bólem głowy na przedostatni odcinek GSŚ. Odcinek jak na te góry topowy i najbardziej reprezentatywny. To właśnie na nim znajduje się Łysica i Łysa Góra, czyli najbardziej znane szczyty Gór Świętokrzyskich. Autokar ma dzisiaj wolne – przynajmniej do popołudnia. Kawałek asfaltem i wchodzimy na szlak. Ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu nie kasują dzisiaj za bilety. Zaczyna się Puszcza Jodłowa.

Źródełko i kapliczka św. Franciszka


Idziemy dalej. Podejście do najcięższych nie należy. Dochodzimy do gołoborza.


A stąd już przysłowiowy rzut beretem na Łysicę. Na szczycie jest trochę lodu, trzeba uważać by się nie wykrzaczyć.


Z Łysicy idziemy głównym szlakiem świętokrzyskim na Skałę Agaty, która jest wyższa o 2 metry, ale to Łysica należy do KGP. Jest to bardzo fajne miejsce z kilkoma skałkami i kolejnym gołoborzem.


Teraz przez Przełęcz Kokonińską schodzimy na Przełącz św. Mikołaja. Miejscami ślisko, bo to zacienione rejony. To bardzo klimatyczne miejsce. Robimy sobie tutaj dłuższy odpoczynek.


Kolejnym ciekawym punktem na szlaku jest tzw. Izba Dobrego Smaku – karczma gdzie można coś zjeść i kupić lokalnego browara. Jest tutaj cały kompleks budynków – taki mini skansen.


Kolejny odcinek do najciekawszych nie należy. Znaczną jego część pokonujemy asfaltową drogą. Tak niestety obecnie przebiega szlak. Kiedyś wiódł on zboczami Łysogór, ale to już historia. Z ulgą ponownie wchodzimy do lasu.

Zmierzamy w kierunku Huty Szklanej. Stąd Łysa Góra jest już widoczna jak na dłoni.

Zaczynamy ostatnie podejście. Po prawej trzy krzyże – coś jak w Kazimierzu Dolnym...

Jeżdżą stąd meleksy – wywożąc starszych i mniej sprawnych turystów na górę. My tego oczywiście nie potrzebujemy (jeszcze), więc żwawo pomykamy do góry. Nie jest to długi spacer i wkrótce stajemy na szczycie Łysej Góry.

Można tutaj wejść na płatny punkt widokowy (gołoborze), no ale ileż razy można. Jest tutaj potężny nadajnik telewizyjny.

I Klasztor Benedyktynów na Łysej Górze. Byłem tu wiele razy, więc nie będę się nad tym szczególnie rozwodził.



Jak już cała grupa zebrała się w kupę to zostało nam jedno – zejście do Trzcianki. Początkowo była opcja aby jeszcze pociągnąć dalej do Paprocic, ale było już dość późno, a nam się tak średnio chciało.

Autokar zatem zgarnął nas z Trzcianki. Na kwaterę wróciliśmy tym razem dość wcześnie. A ponieważ był to kolejny dzień turnieju Raw Air w skokach narciarskich, to postanowiliśmy skorzystać z okazji i obejrzeć zawody. Wszystko było ok, ale do czasu. Siedzimy sobie z Anetą i Krzyśkiem z browarami, ale słyszymy, że reszta naszej grupy już na stołówce. Presja kucharko – kelnerek była coraz większa. I wreszcie jakiś księżulo odciął zasilanie anteny – akurat przed skokami Krafta i Graneruda. Ot taki typowy przykład katolickiego miłosierdzia...

Mają wyczucie... Nie było rady – trzeba było iść na stołówkę, a końcówkę zawodów obejrzeć na komórce. No cóż, noclegi w takich miejscach mają swoje obciążenia...
Wieczorem Aneta wyjeżdża do domu, my się pakujemy, co nieco wypijamy i idziemy spać.
Dzień 4 – ostatniPrzed nami ostatni odcinek Głównego Szlaku Świętokrzyskiego z Trzcianki do Gołoszyc o długości ok. 20 km. Pogoda wymarzona. Najpierw Paprocice.


Potem Góra Jeleniowska.



Potem zmierzamy w stronę Szczytniaka (554 m n.p.m.).

Przed Szczytniakiem jest małe gołoborze.

Jest i sam Szczytniak.


Idziemy dalej, pogoda cały czas wyśmienita.

Kolejny szczyt na GSŚ to Truskolaska (534 m n.p.m.).


Mijamy jeszcze cmentarz z czasu pierwszej wojny światowej...


Został nam finisz Lipową Aleją, ostatnie metry i Główny Szlak Świętokrzyski ukończony. Pora na pamiątkowe zdjęcia.


Trzeba by teraz coś zjeść. W tym celu udajemy się do Opatowca. Z jedzeniem za wesoło może i tam nie było, ale piwo wszędzie smakuje doskonale.



Rzut oka na legendarne ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe i można wracać do domu.


I tak oto mój kolejny wyjazd z nowosądeckim PTT przeszedł do historii. Wydawało się, że termin taki sobie, że plan taki sobie, ale w rzeczywistości wyszło wszystko dużo lepiej niż początkowo zakładałem. Świetna jak zawsze ekipa. Tym razem bardziej kameralna, dzięki czemu praktycznie z każdym można było zamienić słowo na szlaku i poza nim. Wielu ludzi znałem wcześniej, innych miałem okazję poznać na tym wyjeździe. Nie oszukujmy się Góry Świętokrzyskie to jakiś turystyczny top nie jest, ale przy dobrej ekipie wszystko się przejdzie z uśmiechem na twarzy i tak to właśnie wyglądało. To mój nie pierwszy i na pewno nie ostatni wyjazd z tą grupą. Dzięki za towarzystwo i do następnego.